Dziewczynka, która boi się chodzić do szkoły
Adobe Stock, Rafael Ben-Ari
Prawdziwe historie

„Przez nową wychowawczynię, moja 7-letnia córka znienawidziła szkołę. Płakała, symulowała choroby i miała koszmary"

„Było tak pięknie! Dzieci uwielbiały szkołę, chętnie się uczyły, wspaniale czuły się we własnym gronie… Niestety, w kimś obudziły się chore ambicje. Wymienili Panią Ewę na nową, rygorystyczną nauczycielkę, która chyba za cel wzięła sobie obrzydzenie dzieciom szkoły. Świetnie jej idzie".
Głowę miałem pełną zmartwień, gdy córka szła do zerówki. Niepokoiłem się, jak szybko nawiąże nowe znajomości, jak będzie radzić sobie z nauką. No i na jaką nauczycielkę trafi. Wszyscy wiemy, jakie to ważne. 
 
Gdy po szkolnym apelu na rozpoczęcie roku poszliśmy do sali, by poznać wychowawczynię Mai, byłem bardziej stremowany od córki. Zobaczyłem jednak tę nauczycielkę i napięcie opadło. Na pierwszy rzut oka było widać, że to ciepła i sympatyczna kobieta. Niemłoda, bo na oko ponad  pięćdziesięcioletnia, ale uśmiechnięta i uważna. Miała na imię Ewa.
 
– Dzień dobry, królewno – zwróciła się do Mai, gdy podeszliśmy do niej oboje. – A kogóż to przyprowadziłaś dzisiaj do szkoły?
 
Córcia była jeszcze trochę wystraszona, więc przytuliła się do mnie i zaniemówiła. Jak zwykle postanowiłem ją ratować z opresji.
 
– Maja dzisiaj przyszła z tatą  – uśmiechnąłem się, a nauczycielka spojrzała na mnie z sympatią.
 
– Aha, z tatą… – odpowiedziała, a potem znów skierowała swoje słowa do Mai. – Tylko nie przyprowadzaj taty codziennie, bo nie zmieści się nam w żadnej ławce. 

Redaktorki Mamotoja.pl o byciu mamą [CHWILA WZRUSZEŃ NA DZIEŃ MATKI]

Szkolna codzienność szybko potwierdziła moje przypuszczenia

Na drugi dzień zostawiłem małą z ciężkim sercem, ale odbierałem już w wyśmienitym humorze. Maja była szczęśliwa, rozszczebiotana i podekscytowana tym, czego zdążyła się nauczyć o szkolnym życiu. 
 
Cały czas trajkotała też o pani. Jaka jest dla nich dobra, jaka wspaniała.
 
– My się do pani Ewy nawet przytulamy – mówiła.
 
 – Wszyscy naraz?
 
– Nie, po kolei. Jak ktoś wstanie z ławki i podejdzie. Ona nam pozwala, bo jesteśmy maluchy. Tak o nas mówi.
 
Pani Ewa każdego dnia udowadniała, że jest serdeczną wychowawczynią i bardzo dba o samopoczucie dzieci. Wiele razy widziałem, jak troskliwie się nimi zajmuje, jak doskonale radzi sobie z ich smutkami i odczytuje ich nastroje. Bardzo mnie to cieszyło. 
 
Nie przeszkadzało mi więc w ogóle, że nasza wychowawczyni była już w wieku przedemerytalnym. Co prawda, zerówka jako jedyna klasa nie miała założonego adresu mailowego, ale to nie był problem. Nie przejmowałem się też tym, że pani myliły się niekiedy zeszyty do korespondencji, i w plecaku córki znajdowałem czasem kajety jej koleżanek. Cóż z tego, że pani Ewa była już trochę zapominalska i roztrzepana? Co z tego, że nie znała nowych technologii? Ważne, że była dla dzieci dobra i serdeczna.  
 
Na pierwszym zebraniu rodziców okazało się jednak, że jestem w mniejszości, bo znaczna część rodziców uznaje te drobiazgi za poważny problem. Pretensje padały na forum. 
 
– Bardzo bym prosiła, żeby pani pilnowała tych dzienniczków. Żeby wkładała je pani do właściwych plecaków. Nie chciałabym, żeby notatki i opinie dotyczące mojego dziecka przeglądał ktoś obcy – robiła pretensje jedna z mam.
 
– Sądzę, że nikt ich nie przegląda. Nawet jeśli je pomylę… – broniła się pani.
 
– Nie wiadomo! – żachnęła się mama.
 
– A skoro już padła kwestia korespondencji… – wstał inny rodzic. 
 
– Kiedy będziemy mieli swojego maila i dlaczego go jeszcze nie mamy?
 
– Proszę wybaczyć, ja jestem niekomputerowa – uśmiechnęła się pani Ewa. 
 
Kobieta siedząca obok mnie przewróciła oczami. A potem wstała i wyartykułowała swoją pretensję.
 
– Słyszałam też, że bywają dni, w które nasze dzieci nie wychodzą na dwór. I to nawet gdy jest pogoda…
 
– No, wiecie państwo. Jest ich sporo, a ja nie jestem już najmłodsza. Gdy nie ma akurat do pomocy innej nauczycielki, zostajemy w klasie.
 
Mijały kolejne miesiące szkoły. Maja dobrze się uczyła, miała wiele koleżanek i kolegów, więc prowadzałem ją rano na zajęcia ze spokojem. Niechętnie chodziłem natomiast na zebrania szkolne. Za każdym razem przewijały się te same problemy i pojawiały podobne pretensje. Lobby niezadowolonych z pani Ewy było bardzo silne, o czym przekonałem się trzy miesiące przed zakończeniem roku szkolnego. 
 
Właśnie wtedy na tablicy ogłoszeń przed salą pojawiła się kartka informująca o tym, że trójka klasowa zorganizowała spotkanie rodziców poza szkołą. Gdy stawiłem się w umówionym miejscu z żoną – a była to restauracja należąca do ojca jednego z chłopców – okazało się, że spotkanie ma charakter konspiracyjny. A o co chodziło? O panią Ewę właśnie.

Uważam, że ta kobieta była nauczycielką z powołania

– Drodzy państwo – zaczęła przewodnicząca trójki klasowej. – Chcielibyśmy omówić kwestię zmiany wychowawczyni. Dzieci przechodzą z zerówki do pierwszej klasy, więc jest teraz doskonała okazja, żeby klasę przejął ktoś młody i z inicjatywą. Bo chyba wszyscy zgadzamy się, że z panią Ewą są problemy. Ona jest typem nauczyciela z poprzedniej epoki, a my potrzebujemy kogoś nowoczesnego, kto zainspiruje nasze dzieci.
 
– A czy to możliwe, żebyśmy wpłynęli na zmianę wychowawcy? – powątpiewał ktoś z sali.
 
– Myślimy, że tak. Wystarczy, że trójka klasowa w imieniu wszystkich rodziców poprosi o to dyrekcję.
 
– A dlaczego pani Ewa tak się państwu nie podoba? – zapytałem.
 
– Z wielu powodów, proszę pana – odpowiedział klasowy skarbnik. 
 
– Pani Ewa nie podejmuje na przykład żadnych inicjatyw, jeśli chodzi o konkursy międzyklasowe i międzyszkolne. Dzieci nie biorą w nich udziału. A powinny, żeby nauczyć się rywalizacji i rozbudzić ambicje! – Czy próbował się pan kiedyś dodzwonić do pani Ewy? – dołożył swoje trzy grosze kolejny niezadowolony rodzic. – Proszę spróbować. Podała numer do siebie, a nigdy nie odbiera. Przecież powinniśmy mieć z nią stały kontakt.
 
– No nie jestem pewien, czy to konieczne… – próbowałem wtrącić.
 
– Proszę pana, a jej metody pedagogiczne? Nie zauważył pan, że pani Ewa uczy dzieci tak, jak to się robiło dwadzieścia lat temu?
 
Litania pretensji ciągnęła się jeszcze długo. Próbowałem polemizować, zbijać argumenty przeciwników pani Ewy, ale na próżno. Widziałem, że wielu rodziców zostało już przekonanych, a ci, którzy się wahali, ulegali presji grupy. Nie zrobił na nich wrażenia nawet mój koronny argument, że dzieci są z wychowawczynią szczęśliwe. Nie mogłem pojąć, jak można nie brać pod uwagę tak ważnej kwestii, dla mnie to była podstawa. Byłem wściekły, ledwo się opanowałem.

Ależ mi było głupio! Ale ona zachowała się z klasą

Po tej burzliwej dyskusji przeprowadziliśmy głosowanie. Zdecydowana większość rodziców chciała zmiany wychowawczyni. Tym samym trójka klasowa została zobowiązana, by załatwić sprawę. No i załatwiła.
 
Jeszcze w trakcie roku szkolnego dowiedzieliśmy się, że pani Ewa nie będzie prowadziła dzieci w pierwszej klasie. Miała się nimi zająć jakaś młoda nauczycielka. Na zakończenie roku szkolnego pani Ewa pożegnała się z nami i dziećmi z godnością. Gdy dziękowała nam za współpracę, patrzyłem na tych, którzy wymyślili, by od nas odeszła. Nie mrugnęli nawet okiem. Zresztą, co mieliby powiedzieć? 
 
Potem zaczęły się wakacje. 
 
Dwa miesiące minęły nam beztrosko i radośnie. Nawet na wczasach Maja wspominała szkołę z uśmiechem na twarzy. Wiedziałem, że to zasługa pani Ewy, że to dzięki niej moja jedynaczka tak lubi chodzić na zajęcia. Dlatego zastanawiałem się, jak zareaguje na nową nauczycielkę. 
 
Poznaliśmy ją oboje z córką w pierwszy dzień szkoły. Pani Iwona jest młoda, energiczna i pewna siebie. 
 
Kiedy przywitała nas w klasie, pierwsi podeszli do niej ci, od których zaczęła się cała historia ze zmianą wychowawczyni. Widziałem, że są podekscytowani. A ona? Zachowywała się kulturalnie, ale sprawiała wrażenie dość sztywnej i zasadniczej. Uśmiechała się, lecz nie było w tym uśmiechu serdeczności, a jedynie grzeczność. Wcale mi się to nie podobało. 
 
W pierwszych dniach szkoły bardzo często wypytywałem Maję, jak jej się podoba nowa wychowawczyni. Ciężko było jednak coś z niej wyciągnąć, bo była znacznie mniej wylewna niż w przypadku poprzedniej. Potakiwała tylko, że pani jest fajna, że jest im z nią dobrze. Czekałem więc w kolejnych tygodniach, aż sama poczuje potrzebę, by trochę poopowiadać. No i w końcu naszło ją na zwierzenia. Zaczęło się jednak od skarg…
 
– Co się dzieje, kochanie? – zapytałem pewnego dnia, gdy jechała w samochodzie smutna i cicha.
 
– Bo się dzisiaj popłakałam…
 
– Dlaczego? – zdziwiłem się.
 
– Pani była niesprawiedliwa.
 
– Jak to?
 
– Bo jak wstałam z ławki, żeby jej pokazać, że zepsuła mi się temperówka i nie mogę naostrzyć ołówka, ona na mnie nakrzyczała.
 
– Nakrzyczała? Dlaczego?
 
– Bo myślała, że ja idę do koleżanki, a my nie możemy chodzić po klasie.
 
– A wyjaśniłaś jej, dlaczego wstałaś?
 
– Nie pozwoliła mi. Odesłała na miejsce i zabroniła mi mówić.
 
Podpytywałem córkę wtedy, czy pani często krzyczy, czy dzieci dobrze się z nią czują. I dowiedziałem się, że jest im znacznie mniej wesoło, niż było z panią Ewą. Pani Iwona wymagała podczas zajęć zupełnej ciszy, surowiej karała za wszelkie przewinienia, rzadziej pozwalała dzieciom się bawić, częściej i surowiej je oceniała. Z każdym tygodniem przybywało dni, w których Maja wychodziła ze szkoły smutna i przygnębiona. 

Gdyby nie Maja, śmiałbym się tym idiotom w nos

Teraz już co rusz opowiadała mi o swoich szkolnych porażkach, o reprymendach. Widziałem, że mała nie wytrzymuje ciśnienia. Że pani Iwona narzuciła za duży rygor i że traktuje te biedne siedmiolatki, jakby miały już po dwanaście lat. Jakby były gotowe do codziennego, rygorystycznego oceniania. Maja po prostu przestała lubić szkołę. Było kiepsko.
 
– Halo, królewno, dlaczego się nie ubierasz? – pytałem ją rano, gdy mimo pobudki leżała ciągle w łóżku, przykryta kołdrą po sam nos.
 
– Brzuch mnie boli!
 
– Znów? Co się dzieje? W nocy też cię bolał? – przysiadałem przy łóżku.
 
– W nocy nie, ale rano mnie rozbolał.
 
– Przyniosę ci coś ciepłego do picia, to przejdzie, zobaczysz.
 
Sytuacja powtórzyła się kilka razy, zanim zorientowaliśmy się, że te bóle nie są spowodowane zatruciem czy chorobą, a strachem przed pójściem do szkoły. Maję coraz częściej wybudzały w nocy nieprzyjemne sny i coraz rzadziej chciała dzielić się z nami opowieściami o szkolnym życiu. 
 
Nie tylko ona jedna tak reagowała. W końcu sprawa została poruszona na zebraniu szkolnym. Duża część rodziców prosiła panią Iwonę o większą tolerancję dla dzieci. Nawet ci, którzy ją do nas sprowadzili, wymownie milczeli. Wychowawczyni obiecała, że maluchom trochę odpuści, ale obietnicy nie dotrzymała. No cóż, nie jest przecież łatwo w kilka dni zmienić siebie i swoje metody.
 
W końcu postanowiliśmy iść z żoną do dyrekcji. Nie zdążyliśmy jednak, bo wcześniej na tablicy ogłoszeń pojawiło się ogłoszenie o nieformalnym zebraniu rodziców dzieci z klasy pierwszej A. Coś mi to przypominało…
 
Z gorzkim uśmiechem wyobraziłem sobie, jak ci sami rodzice, którzy pozbyli się pani Ewy, będą zachęcać teraz, byśmy wymienili panią Iwonę. No i stało się. Spora część z nich – bez żadnej skruchy, bez słowa „przepraszam” – namawiała, byśmy znów zmienili nauczycielkę.
 
– Może chcielibyście poprosić panią Ewę, żeby wróciła? – skomentowałem złośliwie.
 
– To chyba niemożliwe – powiedziała jedna z tych osób.
 
– No i musielibyśmy ją przeprosić – zaśmiałem się pod nosem.
 
– Co takiego?
 
– Nie, nic. Proszę kontynuować.
 
Nie chciałem się kłócić. 
 
Po co jątrzyć, po co wypominać, skoro wszyscy się zreflektowali i będziemy mieli nową panią. Tak myślałem… Niestety, okazało się, że tym razem dyrektorka szkoły nie jest już tak chętna do zmiany nauczyciela. 
 
Raz przystała na naszą prośbę, bo to był koniec roku szkolnego, bo dzieci przechodziły z zerówki do pierwszej klasy. No i była to pierwsza taka inicjatywa z naszej strony. Tym razem sprawa wyglądała na znacznie bardziej problematyczną. Dyrektorka obiecała porozmawiać z wychowawczynią, poprosić ją, by zmieniła podejście. Nic poza tym.

Tak to wszystko dziś wygląda

Pani Iwona co jakiś czas łagodnieje, delikatnie odpuszcza dzieciom, by za chwilę wrócić do swoich przyzwyczajeń, a my regularnie się z nią przepychamy. Zagryzam zęby, bo czasem krew mnie zalewa na myśl o tym, że pozbyliśmy się tak wspaniałej nauczycielki. I to w imię przerośniętych ambicji rodziców… Coś okropnego!

Sylwester, 35 lata

Czytaj także:
Chłopiec, który był świadkiem samobójstwa
Adobe Stock, Roman Bodnarchuk
Prawdziwe historie
„Mój 14-letni syn na zielonej szkole był świadkiem samobójstwa. Nauczyciele, zamiast mu pomóc, obarczyli go winą"
„Jeśli ta kobieta uważa się za pedagoga, to ja mogę być kosmonautką. Prawdziwy pedagog nigdy nie zrzuci własnej winy na podopiecznego. Nasze dzieci były przesłuchiwane przez policję. Bez wsparcia psychologa, bez zawiadomienia rodziców. Przecież one będą miały traumę do końca życia".

Kiedy nasz czternastoletni syn wyjechał ze swoją klasą na zieloną szkołę, wykorzystałam te kilka dni do zrobienia porządków w domu. Nie martwiłam się wcale tym, że Jasiek nie dzwoni, bo to dla niego zupełnie normalne. Nastoletni chłopcy na co dzień niechętnie rozmawiają z rodzicami, to już taki wiek. A kiedy na jakiś czas wyrwą się spod kurateli dorosłych, zupełnie zapominają o domu. Wiedziałam zresztą, że mojemu dziecku na pewno nie dzieje się krzywda. W zeszłym roku był na zielonej szkole w tym samym pensjonacie i wrócił zachwycony.   Kiedy więc pojechałam po niego na dworzec kolejowy, byłam pewna, że zobaczę zadowoloną minę. Tymczasem Jasiek wysiadł z pociągu dziwnie ponury. Co gorsza, jego wychowawczyni wyglądała tak, jakby była obrażona na cały świat. Widząc to, nawet do niej zagadałam życzliwie.   – Pani Moniko, czy coś się stało?    Zaniepokojona podejrzewałam bowiem, że może któreś z dzieci z klasy Jaśka coś przeskrobało na wyjeździe. Albo, nie daj Boże, podpadł jej właśnie mój syn. Ale wychowawczyni zapewniła mnie, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, tylko zwyczajnie źle się czuje, bo jest zmęczona po tym wyjeździe.    W sumie nie dziwiłam się jej. Tydzień z gromadą nastolatków, 24 godziny na dobę…    To, że Jasiek w samochodzie nie był rozmowny, wcale mnie nie zdziwiło. Nigdy nie należał do wesołków.   – Chcesz coś zjeść? – zapytałam go, kiedy dotarliśmy do domu.    – Nie jestem głodny – odburknął tak, że aż mąż podniósł wzrok znad gazety, ale widząc, jak syn chowa głowę w ramiona i człapie do swojego pokoju, odpuścił sobie komentarz.    Pewnie doszedł do tego samego wniosku co ja, że Jasiek jest rozdrażniony ze zmęczenia, i tyle.  Rany boskie, mów! Nasz syn chciał się zabić?!...

Matka, która przelewa na córkę swoje niespelnione ambicje
Adobe Stock, New Africa
Prawdziwe historie
„Marzyłam by córka była lekarzem i robiłam wszystko, by tak się stało. Po latach zrozumiałam, że to były moje chore ambicje" 
„Dotarło do mnie, że to ja popełniałam błędy. Chciałam uszczęśliwić Julkę na siłę! Chciałam dać jej wszystko, czego nie miałam ja. Medycyna była moim niespełnionym marzeniem. Nigdy z nią nie rozmawiałam, nie pytałam o zdanie. Z góry założyłam, że chce tego, co ja".

Pamiętam, jak tamtego dnia siedziałam w pociągu do stolicy i z dumą opowiadałam przypadkowo spotkanej pasażerce o swojej córce. Julia była naszym oczkiem w głowie, może dlatego, że komplikacje przy porodzie i trudna operacja odebrały mi szansę na ponowne zajście w ciążę… Dbałam o Julię, chuchałam na nią i dmuchałam. Kupowałam jej najlepsze stroje, najdroższe zabawki.    Gdy miała pięć lat, zapisałam ją na zajęcia taneczne i język angielski. W końcu im szybciej maluchy rozpoczną naukę, tym lepiej, prawda?  Cieszyłam się, że moja Julcia tak wspaniale się rozwija  Była jedną z najlepszych uczennic w całej szkole, reprezentowała ją na wielu konkursach i olimpiadach. Popołudniami nadal uczęszczała na naukę tańca i języka, dodatkowo zapisałam ją na basen. Kiedy rozpoczęła naukę w gimnazjum, doszłam do wniosku, że zapiszę ją też do popołudniowej szkoły muzycznej. Uczyła się tam nie tylko śpiewu, ale i gry na gitarze. Byłam z niej taka dumna!   Gdy poszła do liceum, załatwiłam jej korepetycje z biologii i chemii. Byłam pewna, że zechce zdawać na medycynę. Ja też chciałam być lekarzem, od zawsze o tym marzyłam, jednak moich rodziców nie było stać na opłacenie mi studiów. Pochodziłam z ubogiej rodziny, więc w sumie  na niewiele było ich stać… Dlatego obiecałam sobie, że mojej córeczce nigdy niczego nie zabraknie.   Niestety, mój mąż miał nieco inne zdanie na temat wychowania naszej jedynaczki. Często czepiał się mnie, że za dużo od Julki wymagam, że przelewam na nią swoje ambicje, że chcę, by spełniała moje niespełnione marzenia… Ale to wcale tak nie było! Ja tylko nie chciałam, by czegokolwiek jej zabrakło, przede wszystkim pragnęłam jej pomóc! A przecież kto wie lepiej, czego trzeba dziecku, jeśli nie matka, prawda?   – A spytałaś ją kiedykolwiek o zdanie? Nie!...

Dziewczynka, która gra w gry
Adobe Stock, Anton
Prawdziwe historie
„Moja córka całymi dniami gra w gry pełne przemocy i spędza czas z chłopakami. Nie wiem, co się stało z moją księżniczką”
„Moja córka zamiast księżniczką, jest wojowniczką. Całe dnie spędza przed komputerem grając w jakieś magiczne gry. Zamiast sukienek, wybiera t-shirty i bojówki, a jej przyjaciółmi są sami chłopcy. To mąż wytłumaczył mi, że granie w gry to teraz e-sport i nasza córka jest świetną zawodniczką".

Moment, w którym orientujesz się, że twoja ukochana księżniczka dorosła i stała się kobietą, jest trudny dla każdej matki. Ale kiedy „księżniczka” zamiast sukienki nosi bojówki i T-shirty, a dnie spędza na waleniu w przyciski na klawiaturze oraz krzyczeniu do mikrofonu komputera, zaczynasz się zastanawiać, czy aby na pewno wypuszczasz spod skrzydeł odpowiednio ułożoną kobietę. Wszystko zaczęło się kilka miesięcy temu  Zauważyłam, że Iza spędza coraz więcej czasu przy komputerze. Zwykle włączała go na parę minut, żeby sprawdzić skrzynkę mailową czy wyszukać przepis na ciastka. Teraz swojej aktywności w internecie poświęcała po kilka godzin dziennie.   Chodziło o jedną z tych gier online, popularnych wśród młodzieży. Gracze łączą się w drużyny i walczą z innymi drużynami w jakiejś magicznej krainie. Nigdy nie potrafiłam tego zrozumieć, ale z drugiej strony wiem, że przecież każde pokolenie ma swoje trendy i zabawy. Do dziś pamiętam, jak za moich młodych czasów biegało się za płytami winylowymi, nawet kompletnie nieznanych zespołów. Uznałam więc, że to taka nowa moda, okres przejściowy, i nie zaprzątałam sobie tym głowy.   Iza zmieniała się jednak coraz bardziej. Już prawie nie widywałam jej w spódniczkach, podczas wizyty u fryzjera kazała sobie wygolić niemal pół głowy, co wygląda dziwacznie, bo resztę włosów ma do połowy pleców. Co gorsza, ilekroć ktoś ją odwiedzał w domu, byli to wyłącznie chłopcy. Bladzi od siedzenia przed ekranem, głośni i opowiadający o tych samych dziwactwach co ona. Tacy, którzy z miejsca przypominali mi o tym, dlaczego od zawsze chciałam mieć córkę. Dlaczego kupowałam jej różowe śpioszki, a do zabawy lalki i pluszowe jednorożce. Dlaczego chciałam, żeby Iza pozostała moją małą księżniczką. Córeczko, zajmij się czymś pożytecznym, co? Wielokrotnie próbowałam ją...

Nasze akcje
dziecko na szczepieniu
O szczepieniach

Szczególne znaczenie szczepień przeciw pneumokokom u niemowląt i dzieci w dobie pandemii COVID-19

Partner
Miasteczko Zmysłów 2
Małe dziecko

Odwiedź Miasteczko Zmysłów i poznaj jego atrakcje!

Partner
KINDER Niespodzianka WSCW
Rozwój dziecka

Poznaj świat emocji dziecka! Ruszyła akcja Widzę, Słyszę, Czuję, Wiem

Partner
Polecamy
Porady
ile dać na komunię
Święta i uroczystości

Ile dać na komunię w 2022: ile do koperty od gościa, dziadków, chrzestnej i chrzestnego

Maria Nielsen
Podróż kleszczowy
Poród naturalny

Poród kleszczowy: wskazania, powikłania, skutki dla matki i dziecka

Ewa Janczak-Cwil
co kupić na chrzest
Święta i uroczystości

Co kupić na chrzest? Prezenty praktyczne i pamiątkowe [GALERIA]

Joanna Biegaj
zapłodnienie
Starania o dziecko

Zapłodnienie: przebieg, objawy, kiedy dochodzi do zapłodnienia

Magdalena Drab
400 plus na żłobek
Aktualności

400 plus dla dziecka na żłobek: zasady, warunki, wniosek

Ewa Janczak-Cwil
Pierwsza komunia święta
Święta i uroczystości

Prezent na komunię: pomysły na prezenty modne i tradycyjne (lista)

Magdalena Drab
biegunka w ciąży
Zdrowie w ciąży

Biegunka w ciąży: przyczyny i leczenie rozwolnienia w ciąży i przed porodem

Ewa Janczak-Cwil
Pieniądze na dziecko
Prawo i finanse

Świadczenia na dziecko: co przysługuje po urodzeniu dziecka 2022? [ZASIŁKI, ULGI]

Małgorzata Wódz
Czop śluzowy
Przygotowania do porodu

Czop śluzowy – co to, jak wygląda, kiedy odchodzi?

Joanna Biegaj
plan porodu
Lekcja 2

Plan porodu: jak go napisać, czy jest obowiązkowy? Wzór do druku

Małgorzata Wódz
wyprawka dla noworodka wiosna
Noworodek

Wyprawka dla noworodka: wiosną to obowiązkowa lista! (ubranka i rzeczy do wózka)

Małgorzata Wódz
twardy brzuch w ciąży
Zdrowie w ciąży

Twardy brzuch w ciąży – kiedy napięty brzuch jest powodem do niepokoju?

Ewa Cwil
pozytywny test ciążowy
Ciąża

Pozytywny test ciążowy – co dalej? Kiedy test ciążowy jest fałszywie pozytywny?

Joanna Biegaj
plamienie implantacyjne
Objawy ciąży

Plamienie implantacyjne: co to jest, jak wygląda, ile trwa? Czy zawsze występuje w ciąży?

Małgorzata Wódz
jak ubrać dziecko na spacer
Pielęgnacja

Jak ubrać niemowlę i starsze dziecko na spacer, by nie było mu za zimno ani za gorąco?

Małgorzata Wódz
Pozycje wertyklane do porodu
Poród naturalny

Pozycje wertykalne do porodu: dlaczego warto rodzić w pozycji wertykalnej?

Dominika Bielas
wody płodowe
Przygotowania do porodu

Jak wyglądają wody płodowe? Jak je rozpoznać?

Beata Turska
9 miesięcy w 4 minuty: tak powstaje życie
Przebieg ciąży

Rozwój płodu tydzień po tygodniu – ten film wzruszy każdego!

Joanna Biegaj