Mężczyzna, którego nienawidzi matka
Adobe Stock, SB Arts Media
Prawdziwe historie

„Rodzice zajmowali się mną z obowiązku, nie z serca. Nawet mojego syna matka traktowała jak niechcianego wnuka”

„Nie ma nic smutniejszego, niż iść przez życie z przekonaniem, że jest się kimś gorszym. Ta myśl ciążyła mi latami. To nie tak, że rodzice mnie zaniedbywali. Niczego mi nie brakowało, poza poczuciem bycia chcianym i kochanym”.
Człowiek czuje, że jest niechcianym dzieckiem, znacznie wcześniej, niż nauczy się, co te słowa właściwie znaczą. I kładzie się to cieniem na każdym jego dniu, na każdym z trudem stawianym kroku. Jako dzieciak nie zwracałem uwagi na to, jak traktują mnie bliscy. Wprawdzie na uroczystościach rodzinnych w kółko opowiadali o tym, jaki mój straszy brat jest zdolny i mądry, ale niespecjalnie mnie to obchodziło; byłem z natury nieśmiały i nawet wolałem, żeby to Michał był w centrum zainteresowania grubych ciotek i wąsatych wujków. Po raz pierwszy zdałem sobie sprawę, że jestem traktowany inaczej, kiedy miałem osiem lat.
 
Tamtego wieczora ojciec przyjechał z pracy później niż zwykle. Był zły, bo zatrzymała go milicja i wlepiła mu mandat za brak świateł.
 
– Muszę wreszcie to naprawić – warknął i nie zdejmując palta, zawołał do mojego brata: – Michał, chodź mi pomóc!
 
– Ja też chcę – zaoferowałem się.
 
Ojciec tylko machnął ręką.
 
– Jesteś za mały – usłyszałem.
 
Mały czy nie, mogłem się przydać, na przykład potrzymać latarkę albo coś. Ale mnie nie zabrali. Kiedy po godzinie wrócili, obaj zadowoleni, że udało im się wymienić żarówkę i przeczyścić styki, właśnie wtedy, po raz pierwszy, poczułem się gorszy i odepchnięty.

Redaktorki Mamotoja.pl o byciu mamą [CHWILA WZRUSZEŃ NA DZIEŃ MATKI]

Mój o cztery lata starszy brat zawsze był tym lepszym

Większy, silniejszy, mądrzejszy. Lepiej się uczył, lepiej grał w piłkę i lepiej się dogadywał z rodzicami. Sumienny i pilny jak mama – magister farmacji. Duma taty – inżyniera mechanika. Michał od dziecka interesował się elektroniką, oczywiście poszedł na politechnikę. A ja? Nie znosiłem matematyki, chemii ani fizyki. Jedynym przedmiotem, który sprawiał mi radość, był język polski, co nikomu w mojej rodzinie nie imponowało.
 
W dodatku w liceum zaplątałem się w polityczne układy i działalność opozycyjną. Efekt: konieczność zmiany szkoły w połowie trzeciej klasy, co przysporzyło staruszkom dodatkowych trosk i rozczarowań moją osobą. W nowej szkole potworzyły się już stałe paczki znajomych, więc boleśnie odczułem status „bycia nowym”. Wylądowałem w środowisku zupełnie nieznanym, obcym, wręcz wrogim. W dodatku z kuratorem w postaci jednego z nauczycieli na karku.
 
Uciekłem w poezję. Pisałem smutne wiersze o samotności i śmierci, co średnio pasowało do typowego siedemnastolatka, ale ja nie byłem typowy. Moja nauczycielka od polskiego też to zauważyła i zaczęła mnie namawiać na udział w konkursach poetyckich i literackich. Kilka wygrałem, a jury każdego z nich nie mogło się nadziwić, że tych wierszy nie napisał stary, samotny człowiek. Byli tacy mądrzy, a nie wiedzieli, że samotność nie ma wieku? 
 
To nie tak, że rodzice mnie zaniedbywali. Karmili, kupowali ciuchy, dawali kasę, wysyłali na wakacje. Niczego mi nie brakowało, poza poczuciem bycia chcianym i kochanym. Opiekowali się mną z obowiązku, nie z potrzeby serca. Pewnie dlatego nie czuli dumy z moich osiągnięć. Moje małe sukcesy literackie kwitowali wzruszeniem ramion. Ojciec pytał, jak mi się to przyda w szkole, matka – ile na tym zarobię, a brat nieustannie drwił, że na polibudę się z czymś takim nie dostanę. Tyle że ja wcale się tam nie wybierałem; postanowiłem startować na filologię polską.
 
I znów w rodzinie zapanowała konsternacja. Same umysły ścisłe, a tu jeden niewydarzony humanista. Co z takim zrobić? Tym bardziej że się uparłem i nie chciałem nawet słyszeć o zostaniu inżynierem, jak mój ojciec i starszy brat.
 
– Nie wiem, czy mi się uda załatwić, żeby go przyjęli – wzdychał ojciec, który w międzyczasie dochrapał się stanowiska dziekana na politechnice. 
 
– U mnie na wydziale coś bym wskórał, ale tam…
 
– A Michałowi też załatwiłeś, żeby go przyjęli? – zapytałem niewinnie.
 
Spojrzał na mnie spode łba.
 
– Nie musiałem. Michał to zdolny chłopak.
 
Aha, czyli ja byłem ten „niezdolny”. Czemu mnie to zabolało? Powinienem przywyknąć.
 
Egzaminy wstępne zdałem wyśmienicie. A tydzień po ogłoszeniu wyników usłyszałem od ojca, że jednak udało mu się załatwić, by mnie jakoś przyjęli. Jakoś…? Z czwartą lokatą na ponad osiemset osób, które startowały na filologię? 
Na pierwszym roku zakochałem się w Ani, koleżance z grupy. Bez wzajemności. Adorowałem ją więc po cichu i z daleka, aż wreszcie po trzech latach studiowania, czyli na początku czwartego roku, ona pierwsza zaprosiła mnie na randkę. Przedtem zdążyła już poumawiać się ze wszystkimi facetami na naszym roku. Nie było ich zbyt wielu, ale i tak ja załapałem się jako ostatni.
 
Okazało się jednak – ku naszemu obopólnemu zdumieniu – że doskonale nam wychodzi wspólne spędzanie wolnego czasu i wspólna nauka. Mieliśmy podobne zainteresowania i podobne marzenia. Oraz zupełnie różną sytuację w domu.
Ojciec Ani zmarł parę lat wcześniej, mieszkała sama z mamą, elegancką kobietą, która doskonale czuła się w roli bizneswoman i prowadziła dużą firmę w branży edukacyjnej. Zajmowała się szkoleniami różnego typu, organizując czasami kursy dla dwustu osób naraz. Jakimś cudem przypadłem jej do gustu i była zachwycona, że wreszcie w ich domu pojawił się mężczyzna. Nie dodawała przy tym niczego w stylu „choćby taki jak ty”, co mocno podnosiło mnie na duchu. 
 
Po obronie pracy magisterskiej ośmieliłem się poprosić Anię o rękę. Moja dziewczyna nie spodobała się ani ojcu, ani matce. Ukrywałem ją przed nimi, bo spodziewałem się problemów, ale i tak mnie zaskoczyli. Za ładna, usłyszałem. Szok! Jakby uroda, wdzięk i klasa mogły być wadą. Michał też się krzywił i wyzłośliwiał. Chyba z zazdrości, że takiemu „nieudacznikowi” trafiła się taka panna. A rodzice, choć nie akceptowali mojego wyboru, uznali za swój obowiązek, by przestrzec Anię przed małżeństwem z ich niewydarzonym młodszym synem.
 
– Bo widzisz, moja droga – przekonywał ojciec – w tym związku to ty będziesz musiała nosić spodnie. Bo Marcin to tak nie za bardzo…
 
Nie wiem, co chciał przez to powiedzieć, ale Ania skwitowała krótko:
 
– Wolę spódniczki.
 
– Ale wiesz – ciągnął niezrażony – że on pisze wiersze?
 
– Oczywiście. – Potwierdziła skinieniem głowy. – I jest w tym bardzo dobry.
 
– Dobry? – zdziwiła się moja matka. – No to naprawdę coś nowego, że jest w czymś dobry.
 
Nie cierpiałem, kiedy rozmawiali o mnie tak, jakby mnie obok wcale nie było. Mieli taką manierę, powinienem się więc przyzwyczaić, ale wciąż mnie to raniło. 
 
– Nie tylko w pisaniu wierszy jest dobry – podsumowała Ania.
 
Jej pewność siebie i fakt, że śmiała z nimi dyskutować, zirytowały moją matkę. Z trzaskiem odsuwanego krzesła wstała od stołu.
 
– Widzę, że już postanowiliście i nasze zdanie się nie liczy – powiedziała oschle. – Ale pamiętaj, drogie dziecko, że cię przestrzegaliśmy.
 
– Nigdy nie zapomnę – odparła Ania w podobnym tonie. 

Nie poprawiło to jej notowań. I po swojemu nas ukarali

Na ślubie cywilnym wszystko było jeszcze w porządku, chociaż cały cały chodziłem z nerwów. Ania mnie uspokajała, trzymała za rękę, uśmiechem kwitując komentarze z tłumu, że piękna z nas para. Oprócz moich rodziców i brata, a także mojej teściowej, na ślubie pojawiło się mnóstwo osób z naszego roku – byliśmy pierwszym małżeństwem w naszej paczce. No i oczywiście sporo osób z bliższej i dalszej rodziny, ale głównie ze strony mojej żony. Ja zaprosiłem tylko chrzestnych, bo tak wypadało. Reszta mieszkała w odległych krańcach Polski, a nie było nas stać na fundowanie im noclegów w hotelach.

Już nie wspominając o tym, że moje relacje z dalszą rodziną też nie należały do udanych. Wszyscy dali się skazić opinią moich rodziców, że jestem nic niewart. Oni od lat traktowali mnie jak kukułcze jajo, więc po co miałem ich zapraszać? 
Na ślubie kościelnym było już dużo gorzej. Moja matka głośno zawodziła, jakby to był pogrzeb; ojciec wyglądał, jakby miał zaraz dostać wylewu; a brat siedział z ponurą miną. Chrzestni też wyglądali jakoś niewyraźne. Dlaczego – dowiedziałem się godzinę później.
 
Na weselu z całej mojej rodziny stawił się tylko Michał, i to w dodatku mocno spóźniony. Coś tam mętnie tłumaczył, że ojciec się źle poczuł, matka nie chciała go zostawić samego, a chrzestni uznali, że skoro rodzice nie idą na wesele, to oni będą się tam głupio czuli sami, więc pojawił tylko Michał. Stracił gdzieś cały swój rezon. Wyraźnie wstydził się za naszych rodziców i chyba wreszcie zrozumiał, jak to jest być mną.
 
Następnego dnia, na sporym kacu, który potęgował moją determinację, zjawiłem się w domu mniej więcej w porze obiadu. Liczyłem, że zastanę rodzinkę i uzyskam jakieś wyjaśnienia, ale mieszkanie było puste. Czyli tak to zamierzali rozegrać. W porządku. Niewiele myśląc, spakowałem swoje rzeczy w dwie torby i plecak i wyszedłem. Klucze zostawiłem u sąsiadki.
Mama Ani na mój widok współczująco pokiwała głową i powiedziała, że miejsca jest dość i możemy póki co zamieszkać we trójkę. Postawiła tylko jeden warunek; mieliśmy się zająć domem, bo ona nie miała kiedy. Chętnie przystaliśmy na jej propozycję. Ja lubiłem różne prace prace domowe, za które zwykle nie pozwalano mi się brać, bo przecież miałem dwie lewe ręce. Ania z kolei kochała gotować. No i oboje pracowaliśmy jako nauczyciele, więc mieliśmy – przynajmniej teoretycznie – więcej czasu.
 
Z rodziną pozostawałem w stanie zimnej wojny, o której wywołanie rzecz jasna obwiniano mnie. Z tego, co donosił mój brat – od ślubu nasze układy zdecydowanie się poprawiły – moi rodzice mieli pretensje, że wyprowadziłem się bez jednego słowa. Afront, jakiego oni się dopuścili, ignorując wesele, jakoś im umykał. Sytuacja poprawiła się nieco, kiedy urodził się nam synek. Krzyś z miejsca stał się ulubieńcem dziadka, który z wiekiem złagodniał, choć mama nadal zachowywała pewien dystans, jakby nas testowała. Niestety, gdy kilka lat później ojciec zmarł, powalony wylewem, matka wróciła do swojej krytycznej postawy. 
 
Lata mijały, ale płynący czas nie leczył ran. Z matką widywałem się od święta, i tylko wtedy, kiedy raczyła mnie zaprosić. Gdy zjawiłem się bez zapowiedzi, albo udawała, że jej nie ma w domu, albo otwierała drzwi i pytała niby żartobliwie: „a ciebie co tu przywlokło?”. A gdy już mnie zaprosiła, zawsze zaznaczała, że mam być sam albo tylko z Krzysiem. Kiedy Krzyś był w gimnazjum, przestaliśmy z Anią pracować jako nauczyciele, zatrudniła nas teściowa. Potrzebowała pomocy i zaufanych osób, bo jej firma rozwijała się prężnie. Zabraliśmy się z zapałem do nowych zadań, z czasem wprowadzając też własne pomysły, takie jak nauka języka polskiego dla obcokrajowców i platforma do nauki przez internet, czyli tak modny obecnie e-learning.
 
Kiedy Krzysiek poszedł na studia, moja teściowa oznajmiła, że wycofuje się z firmy, zostawia ją nam, a sama zamierza od teraz podróżować po świecie. Kobieta, z którą nie łączyły mnie więzi  krwi, ceniła mnie bardziej niż rodzona matka. 
Moje relacje z rodzicielką były chłodne i rzadkie, ale były. Gdzieś w głębi serca wciąż miałem nadzieję, że zdarzy się jakiś cud i w końcu matka przestanie traktować mnie jak niechcianego pasierba. I pojawiła się na to szansa...
 
Gdy Krzysztof był na trzecim roku, matka tak pechowo upadła, że złamała biodro i konieczne było wstawienie endoprotezy. Brat nie owijał w bawełnę, kiedy się u nas zjawił.
 
– Bycie jej ulubieńcem ma też spore minusy. To mnie zawraca gitarę, gdy czegoś chce, a ostatnio coraz częściej, potrafi dzwonić po parę razy dziennie. A teraz jeszcze to biodro... – Westchnął ciężko. – Jest niepełnosprawna i potrzebuje pomocy, ale od ciebie jej nie przyjmie, a do mnie nie chce się wprowadzić, bo upiera się przy tej swojej niezależności. Dlatego obmyśliłem plan, że Krzysiek z nią zamieszka. W końcu kawał z niego chłopa, jedną ręką ją podniesie, no i studiuje fizjoterapię. Co ma wam siedzieć na głowie. Niech się wprowadzi do babki, będzie miał bliżej na uczelnię, no i zajmie się staruszką, zakupy zrobi, coś ugotuje, posprząta. Co ty na to?
 
– Mniejsza o mnie – odparłem. 
 
– Ważniejsze, co na to Krzyś i matka.
 
– Matkę biorę na siebie – zapewnił. 
 
– A ty przekonaj młodego.
 
W tym momencie młody wszedł do salonu, z trudem mieszcząc się w futrynie razem ze swoją brodą i muskułami. Gdy wprowadziliśmy go w plan Michała, mruknął po chwili namysłu:
 
– Średnio mi się to podoba, ale jak mus, to mus.
 
– No to super! – mój brat odetchnął z widoczną ulgą.
 
Ale nie było super. Matka obiecała Michałowi, że przemyśli jego propozycję, jednak gdy ją odwiedziliśmy z Krzyśkiem w szpitalu, patrzyła na nas tak, jakbyśmy zamierzali ją zabić.
 
– Wybij sobie z głowy – wycedziła ze złością.
 
– Co mam sobie wybić z głowy? – nie zrozumiałem.
 
– Przejęcie mojego mieszkanie. Proszę, jaki się nagle troskliwy synek znalazł, z miłym wnuczkiem na dokładkę. Ale dziękuję wam bardzo za taką pomoc i opiekę. Gdzie mnie oddacie? Do domu starców? A może na cmentarz jak najszybciej wyślecie?

 

Słuchałem zszokowany. Słyszałem, że na starość ludzie dziwaczeją, miewają paranoje i manie prześladowcze, wszędzie widzą spiski. Mimo wszystko… posądzenie mnie i Krzyśka o to, że chcemy ją skrzywdzić, by przejąć jej mieszkanie, było czystym szaleństwem. Choć wiedziałem, że właśnie taka wersja pójdzie w świat, nawet jeżeli pomysł był Michała.
Krzysztof obrócił się na pięcie i wyszedł z sali bez słowa. Matka, śmiertelnie obrażona, patrzyła w okno. Nie chciała rozmawiać. Ja już też nie. 
 
Tamtego dnia odpuściłem sobie. Przestałem się łudzić, że kiedyś zyskam akceptację matki. Nie chce mnie, jej strata. Nie potrzebowałem jej do szczęścia. Od dawna nie byłem już niechciany. Miałem żonę, która mnie kochała, i syna, który mnie podziwiał. 
 
Po żenującym spotkaniu w szpitalu, długo siedzieliśmy w aucie, milcząc.
 
– Sorry, synek – mruknąłem wreszcie. – Wiesz, babcia jest…
 
– Tata, spoko. Nic się nie stało, spłynęło to po mnie. Choć ty… – spojrzał na mnie, jakby widział mnie po raz pierwszy. – Ty to jednak jesteś gość. Mając taką rodzinę, wyrosłeś na całkiem fajnego faceta. Twardziel z ciebie. – Cmoknął mnie z uznaniem.

Marcin, 50 lat


Czytaj także:

Dziewczynka, która ciągle płacze
Adobe Stock, AGphotographer
Prawdziwe historie
„W domu czułam się jak w cyrku. Miałam ochotę uciec od płaczących dzieci, zamknąć się w łazience i przeczekać najgorsze”
„Córka, która miała być ostoją spokoju okazała się małą rozbójniczkę, która wciąż biegała, rozrzucała zabawki, przewracała się i płakała. Nawet jej brat miał tego dość i sam z zazdrości o młodszą siostrę zaczął dokazywać. A ja? Nie miałam nawet sekundy, żeby się zdrzemnąć”.

Wiele dziewczynek marzy, że gdy dorosną, zostaną modelkami albo aktorkami. Ja chciałam zostać mamą. Marzyłam o dwóch córeczkach i atmosferze, jaka panowała w moim rodzinnym domu. Mój mąż, Dominik, doskonale wiedział, że bardzo chcę mieć dzieci i sam także nie mógł się doczekać, gdy w domu zacznie rozbrzmiewać śmiech maluchów. Kiedy zaszłam w ciążę, byłam najszczęśliwsza na świecie. Od początku nazywałam nasze maleństwo Marysią, bo byłam przekonana, że urodzę córeczkę. Kiedy więc ginekolog wypatrzył na USG płeć i zapytał, czy chcę wiedzieć, odparłam: „wiem, że to dziewczynka!”. Nie mogłam uwierzyć, gdy pokręcił przecząco głową.   – Jeśli ma pani już różowe sukieneczki, to radzę oddać, bo ja tu ewidentnie widzę męskie atrybuty.   Wyszłam z gabinetu oszołomiona i spojrzałam na Dominika, który siedział w poczekalni.   – Coś się stało, Eliza? Coś nie tak? – zapytał wystraszony.   – Nie, nie. Wszystko dobrze. Będziemy mieć synka – powiedziałam, a on się rozpromienił. Mnie przyswojenie tej myśli zajęło dobrych kilka dni. Wszyscy mali chłopcy, których znałam, byli rozrabiakami biegającymi z zabawkowymi pistoletami po domu i generującymi ogromną liczbę decybeli. Było to ciężkie zderzenie w porównaniu z moim marzeniem o małej dziewczynce bawiącej się w dom i podającej w plastikowych filiżankach herbatkę lalkom. W końcu jednak uznałam, że nie mogę zachowywać się jak paranoiczka i pogodziłam się z faktem, że urodzę chłopca.   Oluś urodził się w kwietniu i… Zakochałam się w nim od pierwszego wejrzenia. Był najładniejszym bobasem w całym szpitalu, a do tego bezproblemowym niemowlęciem. Nie miał kolek, przesypiał całe noce i prawie nie płakał. Im był starszy, tym bardziej czułam, że trafiło mi się najlepsze dziecko na świecie. Był spokojny,...

Byłam rozwódką, więc żaden kościół nie chciał ochrzcić mojego dziecka
Adobe Stock. Надія Коваль
Prawdziwe historie
„Nigdzie nie chcieli ochrzcić naszego dziecka, bo byłam rozwódką. Nieważne, że mąż mnie bił i się nade mną znęcał”
– Jak pani śmie o coś takiego mnie prosić – wybuchnął duchowny. – Przecież wzięła pani cywilny rozwód. Teraz ma pani dziecko, którego nie uznaje kościół, z kimś… kto według Boga jest zwykłym gachem.

W jednej ze swoich piosenek, Jeremi Przybora napisał: „Średnie miasta, są takie średnie miasta, gdzie żaden dom nad inne nie wyrasta. W średnich miastach mężczyzna czy niewiasta nie zwykli są współziomków swych przerastać…”. Moje miasteczko jest właśnie taką prowincją Nie myślę tu o dostępie do nauki, możliwości kupienia nowoczesnego komputera czy odbioru telewizji satelitarnej. Przede wszystkim mam na myśli mentalność ludzi, którzy tu żyją i terroryzują swoimi poglądami inaczej myślących. Nie zdawałam sobie z tego wszystkiego sprawy do dnia, gdy postanowiłam wziąć rozwód ze swoim mężem . Byliśmy ze sobą zaledwie rok, ale ja wiedziałam, że za nic nie mogę mieszkać pod jednym dachem z człowiekiem, który drugiego dnia po ślubie mnie pobił. Bo zwróciłam mu uwagę, że nie powinien tyle pić. Dałam mu szansę. Jak ostatnia kretynka, ale jeszcze go kochałam. Myślałam, że jednak ludzie się zmieniają. Może jacyś tak, ale nie mój mąż. Kiedy moja mama zobaczyła mnie w progu swojego domu z walizkami, była zaskoczona, a kiedy jej powiedziałam, że wyprowadziłam się od Heńka i chcę wziąć z nim rozwód, spojrzała na mnie, jakby za moment miało zwalić się na nią niebo. – Tu nigdy nie było rozwodu – wydukała. – Więc już najwyższy czas, żeby ktoś dał przykład innym – odparłam. – O czym ty mówisz, córciu – aż załamała ręce. – O Majewskiej, którą mąż bije od dwudziestu lat, a ona nawet nie śmie poskarżyć się na niego proboszczowi. O Zdanieckiej, która ma kochanka na drugim końcu miasta. Wszyscy o tym wiedzą, nawet jej ślubny, lecz wszyscy udają, że nic się nie stało. Mówię o Bolesławskiej, która zwróciła się o pomoc do policji, że mąż ją maltretuje i wszyscy wytykali ją palcami. U nas, mamuś, brudy pierze się w czterech ścianach i to tak, żeby nikt o tym nie wiedział, ani o tym...

Nie mogę pozbierać się po poronieniu
Adobe Stock, Photographee.eu
Prawdziwe historie
„Od lat nie mogę pozbierać się po poronieniu. Wybierałam już ubranka i wyobrażałam sobie, jaką będę mamą”
„Dzisiaj na samo wspomnienie mojej ukochanej maleńkiej istotki łzy cisną mi się do oczu. Nie zapomniałam o niej i nigdy nie zapomnę. Często o niej myślę, choć minęło już 7 lat”.

Moim życiem zawsze rządził przypadek. Najlepszą szkolną koleżanką stała się ta, która usiadła obok mnie, bo nigdzie indziej nie było już miejsca. – Wolne? – zapytała po prostu śliczna blondynka z ogromnymi niebieskimi oczami. A ja w odpowiedzi pokiwałam twierdząco głową. I Zosia zajęła krzesełko obok mnie. Na całe osiem lat szkoły podstawowej Potem nasze drogi na moment się rozeszły, bo ja poszłam do zawodówki, a ona do ogólniaka. Nie przeszkadzało nam to jednak w spotykaniu się popołudniami, po lekcjach. Wymieniałyśmy się wrażeniami, ona opowiadała, kogo poznała i jak jej serce chciało wyskoczyć z piersi na widok tego czy innego szkolnego przystojniaka. Nie znałam tego uczucia. Nigdy nic nie cieszyło mnie do tego stopnia, bym skakała z radości. Gdy inni pytali mnie, czy mam chłopaka, odpowiadałam zgodnie z prawdą, że mam. I wzruszałam ramionami w odpowiedzi na pytania, czy to poważna sprawa. – Czy ja wiem… – nie mogłam się zdecydować, co odpowiedzieć na pytania koleżanek. – Chyba nie do końca… Nie czuję motyli w brzuchu, jak to zwykle się określa. Nie chce mi się krzyczeć na całe gardło, że kocham, że jestem taka szczęśliwa. – Rozumiemy – śmiały się dziewczyny. Ale czy naprawdę rozumiały? Wątpię Przez zawodówkę się prześlizgnęłam. Chciałam być fryzjerką. Udało się, choć jakichś oszałamiających wyników w nauce nie miałam. Zresztą nie było się czym chwalić, w końcu to tylko zawodówka. Pogarda wielu z tych, którzy chodzili do ogólniaka, była czasem nie do zniesienia. Dlatego postanowiłam uczyć się dalej w zaocznym liceum. Z perspektywy czasu, wydaje mi się, że była to najmądrzejsza z moich decyzji. Pracowałam już jako pomoc fryzjerska w niewielkim zakładzie, a popołudniami zdobywałam wiedzę....

Nasze akcje
dziecko na szczepieniu
O szczepieniach

Szczególne znaczenie szczepień przeciw pneumokokom u niemowląt i dzieci w dobie pandemii COVID-19

Partner
Miasteczko Zmysłów 2
Małe dziecko

Odwiedź Miasteczko Zmysłów i poznaj jego atrakcje!

Partner
KINDER Niespodzianka WSCW
Rozwój dziecka

Poznaj świat emocji dziecka! Ruszyła akcja Widzę, Słyszę, Czuję, Wiem

Partner
Polecamy
Porady
ile dać na komunię
Święta i uroczystości

Ile dać na komunię w 2022: ile do koperty od gościa, dziadków, chrzestnej i chrzestnego

Maria Nielsen
Podróż kleszczowy
Poród naturalny

Poród kleszczowy: wskazania, powikłania, skutki dla matki i dziecka

Ewa Janczak-Cwil
co kupić na chrzest
Święta i uroczystości

Co kupić na chrzest? Prezenty praktyczne i pamiątkowe [GALERIA]

Joanna Biegaj
zapłodnienie
Starania o dziecko

Zapłodnienie: przebieg, objawy, kiedy dochodzi do zapłodnienia

Magdalena Drab
400 plus na żłobek
Aktualności

400 plus dla dziecka na żłobek: zasady, warunki, wniosek

Ewa Janczak-Cwil
Pierwsza komunia święta
Święta i uroczystości

Prezent na komunię: pomysły na prezenty modne i tradycyjne (lista)

Magdalena Drab
biegunka w ciąży
Zdrowie w ciąży

Biegunka w ciąży: przyczyny i leczenie rozwolnienia w ciąży i przed porodem

Ewa Janczak-Cwil
Pieniądze na dziecko
Prawo i finanse

Świadczenia na dziecko: co przysługuje po urodzeniu dziecka 2022? [ZASIŁKI, ULGI]

Małgorzata Wódz
Czop śluzowy
Przygotowania do porodu

Czop śluzowy – co to, jak wygląda, kiedy odchodzi?

Joanna Biegaj
plan porodu
Lekcja 2

Plan porodu: jak go napisać, czy jest obowiązkowy? Wzór do druku

Małgorzata Wódz
wyprawka dla noworodka wiosna
Noworodek

Wyprawka dla noworodka: wiosną to obowiązkowa lista! (ubranka i rzeczy do wózka)

Małgorzata Wódz
twardy brzuch w ciąży
Zdrowie w ciąży

Twardy brzuch w ciąży – kiedy napięty brzuch jest powodem do niepokoju?

Ewa Cwil
pozytywny test ciążowy
Ciąża

Pozytywny test ciążowy – co dalej? Kiedy test ciążowy jest fałszywie pozytywny?

Joanna Biegaj
plamienie implantacyjne
Objawy ciąży

Plamienie implantacyjne: co to jest, jak wygląda, ile trwa? Czy zawsze występuje w ciąży?

Małgorzata Wódz
jak ubrać dziecko na spacer
Pielęgnacja

Jak ubrać niemowlę i starsze dziecko na spacer, by nie było mu za zimno ani za gorąco?

Małgorzata Wódz
Pozycje wertyklane do porodu
Poród naturalny

Pozycje wertykalne do porodu: dlaczego warto rodzić w pozycji wertykalnej?

Dominika Bielas
wody płodowe
Przygotowania do porodu

Jak wyglądają wody płodowe? Jak je rozpoznać?

Beata Turska
9 miesięcy w 4 minuty: tak powstaje życie
Przebieg ciąży

Rozwój płodu tydzień po tygodniu – ten film wzruszy każdego!

Joanna Biegaj