Dziecko oddane do adopcji
Adobe Stock, EMILIA
Prawdziwe historie

„Ta kobieta miała urodzić nam dziecko. Zgodziliśmy się na adopcję ze wskazaniem, a ona >>sprzedała<< dziecko innym ludziom”

„Po przygodzie z Justyną mieliśmy z Mateuszem serdecznie dosyć krętactwa i drogi na skróty. Dowiedzieliśmy się, że poza nami były jeszcze dwie inne pary, które oszukała. Ci ludzie na nią łożyli, a ona... zniknęła tuż po porodzie po to, aby kilka dni później sprzedać swoje nowo narodzone dziecko jeszcze innym ludziom!".
Oboje z mężem przeszliśmy długą drogę, aby zostać rodzicami. Nie mogliśmy doczekać się swojego maleństwa, ale po latach udało nam się adoptować małego Filipka. Kiedy nasz chłopczyk skończył 4 lata, stwierdziliśmy, że przydałoby się mu rodzeństwo.  Mieliśmy nadzieję, że teraz pójdzie nam łatwiej, już raz przecież przeszliśmy procedury adopcyjne. Nadal jednak w naszych sercach czaił się niepokój, czy aby nie zostaniemy z jakiegoś powodu odrzuceni. Bo… kto to wie? 

Redaktorki Mamotoja.pl o byciu mamą [CHWILA WZRUSZEŃ NA DZIEŃ MATKI]

Kiedy odezwała się do nas tamta kobieta, w sumie uznaliśmy to za dar od losu

Znalazła mnie na portalu o adopcjach, na którym się udzielam od momentu, kiedy podjęliśmy z Mateuszem tę niełatwą przecież decyzję. Gdy udało się nam przysposobić Filipka, nadal działałam na portalu, służąc innym parom pociechą i pomocą. Nie ukrywałam także ostatnio, że zamierzamy z mężem starać się o drugie dziecko. Pewnie więc dlatego któregoś dnia dostałam maila:
 
„Jestem w ciąży i mam bardzo trudną sytuację osobistą. Zdecydowałam się oddać swoje dziecko do adopcji i chciałabym, aby to była adopcja ze wskazaniem. Zastanawiam się, Ewelino, czy byś nie wzięła mojego dziecka?”
 
Byłam w szoku. Słyszałam o takich adopcjach i wydawały mi się o niebo prostsze od zwyczajnego starania się o dziecko. Wystarczyło przecież, aby jakaś mama zrzekła się dziecka na korzyść moją i Mateusza. Jedna wizyta w sądzie i już moglibyśmy cieszyć się ponownie rodzicielstwem, bez męczących wizyt w ośrodku adopcyjnym. Z drugiej jednak strony, która mama zrzeka się tak po prostu swojego dziecka? Odpowiedź brzmiała: mama w potrzebie. 

 

Zadzwoniłam do tej Justyny, która mnie zaczepiła na portalu, bo podała w mailu swój telefon. I usłyszałam jej historię wyciskającą łzy z oczu. 
 
Justyna była już mamą pięcioletniego Kubusia i wkładała wiele wysiłku w to, aby utrzymać to dziecko. Nie była osobą wykształconą, więc jako ekspedientka w sklepie nie zarabiała wiele. W dodatku jej konkubent był typowym draniem z marginesu społecznego. Pił i bił, a gdy dowiedział się, że jego kobieta jest w kolejnej ciąży, wyzywał ją od najgorszych i zwyczajnie wyrzucił z mieszkania. 
 
– Nie mam się gdzie podziać, musiałam pójść do ośrodka dla ciężarnych matek. Nie wiem jednak, co się z nami stanie, gdy urodzę… – płakała mi Justyna w słuchawkę. – Poza tym straciłam pracę, bo moja ciąża jest zagrożona, i nie mam się z czego utrzymać. 

 

Jej sytuacja nie wyglądała ciekawie, ale obawiałam się, że decyzję o oddaniu dziecka podjęła pochopnie i pod wpływem emocji. 
 
– Nie mówię, że nie weźmiemy z mężem twojego maleństwa, ale wolałabym, abyś jeszcze miała czas się zastanowić – powiedziałam Justynie szczerze. 

 

Po rozmowie z Mateuszem postanowiłam jednak tej kobiecie pomóc. Oboje jesteśmy z mężem dość dobrze sytuowani, mieszkamy w dużym, czteropokojowym mieszkaniu, a poza tym mam kawalerkę po babci, która od jakiegoś czasu stoi pusta. Wynajmowałam ją, lecz ostatni lokatorzy wyprowadzili się do swojego kupionego na kredyt „M” i od tamtej pory jakoś nie miałam czasu, aby zająć się ponownie sprawą wynajmu. 
 
– To się doskonale składa, bo możemy zaproponować Justynie, aby do nas przyjechała. Będzie miała osobne, niekrępujące mieszkanie i spokój potrzebny do podjęcia decyzji. A jednocześnie lepiej się poznamy – powiedziałam mężowi. 

Stwierdził, że to dobre rozwiązanie

Justyna bardzo się ucieszyła i dwa dni później była gotowa do przeprowadzki. Podjechaliśmy po nią z Mateuszem. Na progu ośrodka dla samotnych matek przywitała nas drobna kobiecina, której kolan czepiał się pięcioletni maluszek. No, obraz nędzy i rozpaczy. Nawet rzeczy nie miała za wiele. Ot, jedną torbę. 
 
– Wiesz, cieszę się, że się zdecydowaliśmy jej pomóc – powiedział mi potem Mateusz, kiedy zostawiliśmy już Justynę w jej nowym domu. – Początkowo wcale nie byłem przekonany, czy dobrze robimy, chociaż poparłem cię we wszystkim. Ale teraz widzę, że to był konieczny dobry uczynek. 
 
Justyna wprowadziła się do w pełni urządzonego mieszkanka. Oczywiście, nie było tam żadnych luksusów, ale wszystkie potrzebne sprzęty. Dostała ode mnie także wiele nowych ubrań, podobnie jak jej synek, Kubuś, dla którego znalazło się także łóżeczko i zabawki. 
 
Mały szybko zaprzyjaźnił się z naszym Filipkiem. Starałam się spędzać z nim i Justyną sporo czasu, aby wyczuć, jakim ona jest człowiekiem. Początkowo wydała mi się osobą szalenie pokrzywdzoną przez los. Pochodziła z patologicznej rodziny i zawsze musiała sobie sama radzić. Uciekła z domu, mając 17 lat i pół roku później zaszła w ciążę z pierwszym facetem, z którym się przespała. 
 
– Na szczęście wtedy poroniłam – przyznała mi się otwarcie, że gdyby nie to, to pewnie by jednak przeszła aborcję. 
 
– Kompletnie nie byłam przygotowana na to, że będę matką. Zresztą nie miałam wtedy prawie nic, wszystkie moje rzeczy mieściły się w jednej torebce. 
 
„Teraz masz w sumie niewiele więcej…” – pomyślałam ze współczuciem. 
 
Historia Justyny to była historia jej kolejnych nieudanych związków z rozmaitymi dziwnymi facetami, z których żaden nie był tym właściwym, który powinien zostać ojcem jej dziecka. 
 
– Kubusia nie oddam, bo kocham go nad życie, ale nie dam rady wychować jeszcze jednego dziecka. Adoptujecie je z Mateuszem? – kiedy Justyna mówiła te słowa, miała łzy w oczach. 

Ja także nie wytrzymałam i popłakałyśmy się obie

W miarę jednak jak poznawałam Justynę, zaczęła wydawać mi się coraz mniej godnym zaufania człowiekiem. Z upływem czasu zaczęła bowiem mieć do mnie rozmaite pretensje… A to w mieszkaniu było za chłodno, a to nie działał piekarnik, a to znowu lodówka za mało chłodziła. W małej kuchence trudno było przygotować dania, z rur leciała żółta woda, nie działała spłuczka w WC, sąsiadka się jej czepiała, że za głośno puszcza muzykę i ciemne zasłony w oknach przyprawiały ją o depresję. 
 
Te i jeszcze mnóstwo innych dziwacznych zarzutów puszczałam mimo uszu, traktując je jako zwykłe rozchwianie emocjonalne ciężarnej. W końcu wiadomo, że w czasie ciąży zmienia się chemia mózgu, stąd te nieuzasadnione pretensje, stany depresyjne i dziwne żądania. 
 
Justyna nalegała także, abym dawała jej pieniądze do ręki, bo sama chciałaby robić sobie zakupy. Ale ja tego się wystrzegałam, zaopatrując ją w najpotrzebniejsze rzeczy i pytając zawsze, czego jeszcze potrzebuje. Miałam bowiem pewne podejrzenia, że gdyby tylko dostała gotówkę do ręki, to by ją wydała na… alkohol, zamiast na swoje potrzeby czy dziecka. 

 

No cóż, nie winiłam jej za to, że ma wyraźną skłonność do butelki, w końcu wychowała się w takim środowisku. Kiedy jednak była pod moją opieką i w dodatku w ciąży, nie mogłam dopuścić do tego, aby piła.  To się Justynie nie podobało, ale miałam to w nosie, dopóki nie spróbowała się za to na mnie… zemścić!
 
Pilnowałam, aby Justyna przechodziła regularne badania. Pewnego dnia zadzwoniła do mnie, że źle się czuje i chyba z dzieckiem coś się dzieje. Spanikowana wybiegłam z pracy i zabrałam dziewczynę do prywatnej kliniki. Czekałam na nią w poczekalni, kiedy podeszła do mnie wzburzona pielęgniarka i oświadczyła mi podniesionym głosem, iż dobrze wie, co z mężem robimy tej kobiecie.
 
– To niemoralne a nawet karalne! – stwierdziła. 
 
– Ale o co pani chodzi? – byłam kompletnie zdezorientowana. 
 
Przecież nie mogło chodzić o to, że fundowaliśmy Justynie badania, a więc o co?
 
– Pani Justyna opowiedziała nam wszystko! Jak ją więzicie i zmuszacie do tego, aby będąc w trudnej sytuacji, oddała wam do adopcji swoje dziecko! To biedna kobieta, nie wiem, jak możecie z nią tak postępować. To nieludzkie… Pani doktor jest tak wzburzona, że zastanawia się nawet nad tym, czy nie wezwać policji!

Policję? Na mnie?

Za to, że bezinteresownie pomagam Justynie? Mieszka w moim mieszkaniu, je i ubiera się za moje pieniądze, ma zafundowaną prywatną opiekę, bo przecież nie ma ubezpieczenia! A przecież nic na razie od niej nie chcę w zamian, jeszcze się z mężem nie zadeklarowaliśmy, czy adoptujemy jej dziecko, chociaż w sercach oczywiście już postanowiliśmy, że dlaczego by nie? 
 
– Nikt nie pomaga tak bezinteresownie! – prychnęła jednak tylko pielęgniarka na moje pytanie. 
 
Wtedy już wiedziałam, że Justyna nie ma uczciwych zamiarów. 
 
– To może zrobimy tak, że to ja wezwę policję i w obecności funkcjonariuszy odpowiem na wszystkie zarzuty? – zaproponowałam.
 
I nagle okazało się, że pani doktor niespecjalnie zależy na tym, aby w jej klinice pojawiła się policja, bo to nie jest najlepszy rodzaj rozgłosu. Zapłaciłam za wizytę przysięgając sobie, że moja noga więcej tam nie postanie i zabrałam Justynę do domu. Po drodze zapytałam ją, dlaczego doniosła na mnie lekarce. 
 
– Byłam na ciebie wściekła, że mi nie dajesz pieniędzy do ręki, bo ja bym sobie chciała sama robić zakupy! – usłyszałam. 

 

– Nic już ode mnie nie dostaniesz! – zapowiedziałam twardo Justynie, czując, że nie jest to odpowiednia osoba, aby robić z nią jakiekolwiek interesy. – Nie zamierzam wyrzucić cię na bruk i możesz u mnie mieszkać do rozwiązania, ale musisz pójść do Urzędu Pracy, aby dostać ubezpieczenie i do opieki społecznej, po wsparcie. 

 

Zobaczyłam w jej oczach błysk przerażenia, ale nie było w nich skruchy, kiedy zaczęła błagać, abym jednak nic nie robiła, aby wszystko zostało jak dotychczas. 
 
– Niestety, straciłam do ciebie serce i zaufanie – byłam jednak nieugięta. 
 
Mimo wszystko nie spodziewałam się, że Justyna wytnie mi taki numer! Mianowicie po tym, jak przestałam ją sponsorować, w ciągu kilku dni… zniknęła.  Zresztą razem z rzeczami z mojej kawalerki. Zabrała kilka mebli, w tym łóżeczko dla Kubusia, garnki, kuchenkę mikrofalową, toster! Miałam dziwne przeczucie, że gdybym się pofatygowała na najbliższy bazar, na którym okoliczni pijacy sprzedawali to, co zdołali wynieść ze śmietnika, tobym tam odnalazła swoje rzeczy. Ale dałam sobie spokój. 
 
Kilka miesięcy później na portalu o adopcjach dowiedziałam się, co ta kobieta zrobiła dalej. Otóż dogadała się przez internet z jeszcze inną potrzebującą rodziną, która zgodziła się adoptować jej dziecko. Justyna mieszkała za ich pieniądze do rozwiązania, w naprawdę luksusowych warunkach, bo wynajęli jej dwupokojowe mieszkanie i opłacili poród w prywatnej klinice. Z której Justyna… zniknęła tuż po porodzie po to, aby kilka dni później sprzedać swoje nowo narodzone dziecko jeszcze innym pragnącym potomka ludziom.

Oczywiście, nie nazwała tego „sprzedażą” tylko zwrotem kosztów, jakie rzekomo poniosła podczas ciąży, nosząc dziecko pod swoim sercem – leków, wizyt u lekarzy, lepszego jedzenia. 
 
Po przygodzie z Justyną mieliśmy z Mateuszem serdecznie dosyć krętactwa i drogi na skróty. Zdaliśmy sobie bowiem sprawę, na jakie niebezpieczeństwo mogliśmy się narazić. Kto bowiem dałby nam gwarancję, że ta kobieta kiedyś by nas nie zaczęła szantażować? Nie oskarżyłaby przed sądem o jakieś matactwa, zmuszanie jej do oddania własnego dziecka? W tym wszystkim najbardziej nam żal tego nowo narodzonego maleństwa. Mamy jednak nadzieję, że jego matka się opamięta i pozwoli mu spokojnie żyć w domu nowych rodziców. Oby miało szczęśliwe dzieciństwo!
 
Ewelina,  39 lat

Czytaj także:
Dziewczynka, którą ktoś chce porwać
Adobe Stock, tgordievskaya
Prawdziwe historie
„Chwaliłam się zdjęciami córki w Internecie. Teraz jakiś zboczeniec chciał porwać moje dziecko. Cudem uniknęliśmy tragedii"
„Policjantka rozłożyła przede mną setki zdjęć mojego dziecka. To nie byli zwykli porywacze, tylko... pedofile. Gdy pomyślę, co mogło się stać i jak blisko byliśmy tragedii, wpadam w histerię. Przez nasza bezmyślność prawie straciliśmy córkę".

To chyba normalne, że uważaliśmy naszą córeczkę Agatkę za najpiękniejszą na świecie. Większość rodziców myśli podobnie o swoich pociechach. Czy to coś złego? Samo w sobie nie, ale przekonałam się, że konsekwencje wynikające z takiego podejścia mogą być opłakane.   Gdy urodziłam Agatkę, postanowiliśmy ze Zbyszkiem utrwalać nasze szczęście na fotografiach. Zrobiliśmy naszemu dziecku niezliczoną liczbę zdjęć. Mnogość ujęć, póz, fotki ustawiane, spontaniczne – pełen przekrój tego, jak nasza córcia rośnie z każdym dniem i z każdą chwilą pięknieje, ku radości swoich rodziców.    Rodzina i znajomi patrzyli na nas trochę jak na zwariowaną parę, która rekompensuje sobie jakieś bliżej niesprecyzowane kompleksy czy dokonują projekcji miłości własnej na dziecko (trafiały się takie diagnozy). Tłumaczyliśmy to zazdrością, zwłaszcza gdy takie psychologizowanie serwowały nam moje bezdzietne koleżanki i znajomi Zbyszka, którzy nie zaznali dotąd uroków rodzicielstwa. Ale już mój ojciec pozwalał sobie na prelekcje, wydawać by się mogło, czysto praktyczne.   – Kiedyś było inaczej – marudził. – Na kliszy dwadzieścia cztery albo trzydzieści dwa zdjęcia, więc należało starannie dobierać momenty na fotografowanie. A to cyfrowe cykanie w końcu wam spowszednieje. Kto znajdzie tyle czasu, żeby te wszystkie zdjęcia obejrzeć! Robicie z dziecka maskotkę, modelkę… Spasujcie trochę.   – Ale co jest złego w dziecięcych fotografiach? – pytałam obrażona. – Nie moja wina, że nie miałeś takich możliwości. Ja bym bardzo chętnie pooglądała swoje zdjęcia z różnych okresów dzieciństwa. A jest ich tyle, co kot napłakał. Miałeś tylko jedną kliszę, jak byłam mała?   Wtedy ojciec się obrażał i z tematu zdjęć schodził na kwestie wychowania.   – Wiesz dobrze, że...

Moja mama zmarła, kiedy byłam w ciąży
Adobe Stock, Stéphane Bidouze
Prawdziwe historie
„Byłam w ciąży, kiedy moja mama zmarła. Bałam się, że przez nerwy dziecku stanie się krzywda”
Bałam się, że pech mnie nie opuści i coś stanie się mojej córeczce, że nie donoszę tej ciąży, albo coś pójdzie nie tak podczas porodu… Popadałam w paranoję. Leżąc całymi dniami, zaczęłam „rozmawiać” z mamą.

Jechałam do pracy. Byłam już spóźniona, więc przyznaję, że nieco przekroczyłam dozwoloną prędkość. Nagle, ni stąd ni z owąd, wyskoczył mi jakiś motocyklista. Wyprzedzał na trzeciego, chciałam odbić, by uniknąć zderzenia i… dalej nic nie pamiętam. Obudziłam się w szpitalu Na szczęście okazało się, że nic poważnego się nie stało. – Poza kilkoma stłuczeniami, wszystko jest w porządku. Dziecku też nic się nie stało. Na wszelki wypadek zostanie pani do jutra na obserwacji, ale to tylko formalność – powiedział lekarz. – Dziecku? Jakiemu dziecku? Czy ja potrąciłam jakieś dziecko? – przeraziłam się. Doktor spojrzał na mnie lekko zdezorientowany. – Nie, nie, spokojnie. Nikogo pani nie potrąciła – uśmiechnął się. – Mówię o pani dziecku. Jest pani w ciąży . Jakiś ósmy, dziewiąty tydzień. Nie wiedziała pani? W pierwszej chwili jego słowa do mnie nie dotarły. Ciąża? Rzeczywiście staraliśmy się z Norbertem o dziecko, ale przez kilka miesięcy nam nie wychodziło i odpuściliśmy. Zresztą Norbert dostał propozycję wyjazdu za granicę i postanowiliśmy odłożyć te plany na pół roku. Okresu rzeczywiście dawno nie miałam, ale kładłam to na karb stresu związanego z wyjazdem Norberta i zmiany klimatu (byliśmy na wakacjach w Egipcie). A tu raptem okazało się, że jednak jestem w ciąży! Ucieszyłam się. Bardzo. Nieco pechowy ten początek, ale i tak byłam szczęśliwa Katastrofa goni katastrofę! Czy to się kiedyś skończy? Postanowiłam na razie trzymać tę radosną nowinę w tajemnicy. Pierwszy powinien dowiedzieć się Norbert. Nie chciałam komunikować mu tego przez telefon, a wyjechał dosłownie dwa dni przed moim wypadkiem. Musiałam więc odczekać aż cztery tygodnie . Strasznie mnie korciło, by o wszystkim mu powiedzieć. Czasem wręcz...

Poroniłam ciążę, o której nie wiedziałam
Adobe Stock, panitan
Prawdziwe historie
„Nie chciałam i nie planowałam dzieci. Ale kiedy straciłam ciążę, wpadłam w rozpacz”
Byłam w szoku, kiedy lekarka powiedziała mi, że to poronienie, bo nawet nie wiedziałam, że jestem w ciąży. Nie wiem, co się ze mną stało od tego momentu: nie wychodzę z łóżka, płaczę na widok małych dzieci.

Mam 23 lata. Mieszkam z rodzicami, studiuję, baluję. Jak moi rówieśnicy. Lubię dzieci, chętnie się bawię z małymi kuzynami. Ale o tym, czy i kiedy chcę mieć dzieci, jeszcze poważnie nie myślałam. Mam koleżanki, które od dawna mają wszystko zaplanowane: płeć, kolejność, ile pociech. Aldona z kolei powtarza, że w żadne bachory nie da się wkręcić, bo zamierza zajmować się całe życie tylko sobą. Nie jestem świętoszką. Pierwszy raz z chłopakiem poszłam do łóżka jeszcze w gimnazjum Nie to, że jakoś bardzo chciałam. Ale na imprezach wszyscy to robili, nie chciałam być gorsza. Upiłam się tanim winem i dałam zaciągnąć do sypialni Patrykowi z równoległej klasy. Było niewygodnie, trochę bolało. W sumie nic specjalnego. Nie sądzę, żebym kiedyś musiała o tym rozmawiać z psychologiem. Na następnej imprezie Patryk całował się już z Adą. Ale się nie przejęłam – bo on mi się w ogóle nie podobał. Podkochiwałam się w Jaśku, który nie zwracał na mnie uwagi. Na imprezie pożegnalnej na zakończenie gimnazjum nagle zaciągnął mnie na parkiet. – Majka, twoje koleżanki mi powiedziały, że kochałaś się we mnie przez ostatnie 3 lata . Pewnie się więcej nie spotkamy, więc może pora coś z tym zrobić? Byłam zdziwiona, że w ogóle zna moje imię. I choć dawno przestałam o nim myśleć, uznałam, że nie wypada odmówić. Szybki numerek w łazience też nie zrobił na mnie wielkiego wrażenia. Na początku liceum zaliczyłam jeszcze kilka takich akcji Doszłam do wniosku, że z tym seksem to jak z wizytami u dentysty – trzeba to odbębnić. Dopiero gdy poznałam Jacka, zrozumiałam, że to jednak nie tak. Po raz pierwszy byłam naprawdę zakochana. I to z wzajemnością. Jacek mnie nie poganiał. Ani do niczego nie zmuszał. Gdy...

Nasze akcje
dziecko na szczepieniu
O szczepieniach

Szczególne znaczenie szczepień przeciw pneumokokom u niemowląt i dzieci w dobie pandemii COVID-19

Partner
Miasteczko Zmysłów 2
Małe dziecko

Odwiedź Miasteczko Zmysłów i poznaj jego atrakcje!

Partner
KINDER Niespodzianka WSCW
Rozwój dziecka

Poznaj świat emocji dziecka! Ruszyła akcja Widzę, Słyszę, Czuję, Wiem

Partner
Polecamy
Porady
ile dać na komunię
Święta i uroczystości

Ile dać na komunię w 2022: ile do koperty od gościa, dziadków, chrzestnej i chrzestnego

Maria Nielsen
Podróż kleszczowy
Poród naturalny

Poród kleszczowy: wskazania, powikłania, skutki dla matki i dziecka

Ewa Janczak-Cwil
co kupić na chrzest
Święta i uroczystości

Co kupić na chrzest? Prezenty praktyczne i pamiątkowe [GALERIA]

Joanna Biegaj
zapłodnienie
Starania o dziecko

Zapłodnienie: przebieg, objawy, kiedy dochodzi do zapłodnienia

Magdalena Drab
400 plus na żłobek
Aktualności

400 plus dla dziecka na żłobek: zasady, warunki, wniosek

Ewa Janczak-Cwil
Pierwsza komunia święta
Święta i uroczystości

Prezent na komunię: pomysły na prezenty modne i tradycyjne (lista)

Magdalena Drab
biegunka w ciąży
Zdrowie w ciąży

Biegunka w ciąży: przyczyny i leczenie rozwolnienia w ciąży i przed porodem

Ewa Janczak-Cwil
Pieniądze na dziecko
Prawo i finanse

Świadczenia na dziecko: co przysługuje po urodzeniu dziecka 2022? [ZASIŁKI, ULGI]

Małgorzata Wódz
Czop śluzowy
Przygotowania do porodu

Czop śluzowy – co to, jak wygląda, kiedy odchodzi?

Joanna Biegaj
plan porodu
Lekcja 2

Plan porodu: jak go napisać, czy jest obowiązkowy? Wzór do druku

Małgorzata Wódz
wyprawka dla noworodka wiosna
Noworodek

Wyprawka dla noworodka: wiosną to obowiązkowa lista! (ubranka i rzeczy do wózka)

Małgorzata Wódz
twardy brzuch w ciąży
Zdrowie w ciąży

Twardy brzuch w ciąży – kiedy napięty brzuch jest powodem do niepokoju?

Ewa Cwil
pozytywny test ciążowy
Ciąża

Pozytywny test ciążowy – co dalej? Kiedy test ciążowy jest fałszywie pozytywny?

Joanna Biegaj
plamienie implantacyjne
Objawy ciąży

Plamienie implantacyjne: co to jest, jak wygląda, ile trwa? Czy zawsze występuje w ciąży?

Małgorzata Wódz
jak ubrać dziecko na spacer
Pielęgnacja

Jak ubrać niemowlę i starsze dziecko na spacer, by nie było mu za zimno ani za gorąco?

Małgorzata Wódz
Pozycje wertyklane do porodu
Poród naturalny

Pozycje wertykalne do porodu: dlaczego warto rodzić w pozycji wertykalnej?

Dominika Bielas
wody płodowe
Przygotowania do porodu

Jak wyglądają wody płodowe? Jak je rozpoznać?

Beata Turska
9 miesięcy w 4 minuty: tak powstaje życie
Przebieg ciąży

Rozwój płodu tydzień po tygodniu – ten film wzruszy każdego!

Joanna Biegaj