Mężczyzna, który zabrał syna na survival
Adobe Stock, romankosolapov
Prawdziwe historie

„Zabrałem syna na wyprawę, żeby zrobić z niego prawdziwego faceta. Tymczasem to ja okazałem się słabeuszem bez wyobraźni”

„Chciałem pokazać synowi, co to jest prawdziwa szkoła przeżycia, i trochę mu zaimponować. Dzieciaki teraz nie widzą świata poza Internetem. Chciałem żeby syn poznał, co to znaczy być prawdziwym mężczyzną. Ale stało się odwrotnie i jestem z niego dumny”
Z dzieciństwa pamiętam, że większość czasu do piętnastego roku życia spędziłem na bieganiu po podwórzu, grze w piłkę i na zabawie w wojnę. Tymczasem mój syn za nic w świecie nie chciał wychodzić na powietrze. Ćwiczenia na lekcjach wuefu, wyjście na basen, kręgielnia – owszem, ale nic ponad to. Teraz próżno wypatrywać dzieci na podwórkach, za to wszyscy siedzą z tabletami w swoich pokojach i grają albo czatują przez internet. Cherlaki! 
 
Postanowiłem to zmienić. Przynajmniej w swojej rodzinie. Oczywiście, wiedziałem, że samo ględzenie ojca z fotela przed telewizorem nie wystarczy. Tu trzeba dać przykład, a nie jedynie opowiadać tonem pełnym wyższości, co należy zrobić. Innymi słowy zamierzałem pojechać z synem w teren i podzielić się moim doświadczeniem trapera i włóczykija. Przedstawiłem pomysł małżonce. Trochę się bałem, że będzie oponować. Niepotrzebnie...
 
– Jedźcie, pewnie! – zakrzyknęła entuzjastycznie. – Ostatnio strasznie zdziadziałeś, przyda ci się trochę wysiłku.
 
„Co? Ja zdziadziałem?! No owszem, byłem facetem po czterdziestce, z nadwagą, zakolami i zmarszczkami wokół oczu. Ale do starego dziada jeszcze mi daleko”. I tego miałem zamiar dowieść. O dziwo, Ernestowi też spodobał się mój pomysł. Stwierdził, że w weekendy zazwyczaj się nudzi, więc możemy jechać. Określiłem nasz wypad jako bieg survivalowy, by podnieść atrakcyjność naszej wycieczki modnym nazewnictwem. Potem zaczęliśmy ustalać szczegóły. Jak survival, to survival, żadnej łatwizny. Każdy bierze swój plecak, żelazną rację żywności i podstawowe ubrania. Do tego mały namiot i wędkę.
 
– Pojedziemy pociągiem do Zalewek, tam jest kilka jezior i lasy. Spędzimy dwa dni z przyrodą i będziemy pokonywać własne słabości – ostrzegałem.
 
– Pociągiem? Super! – Ernest był zachwycony. – Nie tylko ten samochód i samochód.
 
Rzeczywiście, od kilkunastu lat jeżdżę wszędzie autem. Inaczej nie wyrobiłbym się z czasem. Jednak kiedyś pociąg albo autobus były dla mnie codziennością.

Redaktorki Mamotoja.pl o byciu mamą [CHWILA WZRUSZEŃ NA DZIEŃ MATKI]

Plan był ambitny, ale wierzyłem, że nam się uda!

W sobotę skoro świt wymaszerowaliśmy z domu i skierowaliśmy się na dworzec PKP. Pogwizdywałem wesoło, bo czułem się naprawdę jak za dawnych lat… przez kilkaset metrów. Po przejściu tego dystansu plecak zaczął mi coraz bardziej ciążyć, na twarzy pojawiły się kropelki potu. Na szczęście stacja nie była daleko.
 
Pociąg zawiózł nas do Zalewek. Wysiedliśmy na peronie, przeszliśmy przez wioskę i wkroczyliśmy między zarośla za ostatnimi budynkami. Asfalt się skończył, zaczęła się wyboista droga gruntowa. Po lewej zalśniła tafla pierwszego mijanego jeziora, przed nami był już tylko las.
 
– Tu jest kilkanaście jezior i stawów – poinformowałem Ernesta. – Pozwiedzamy teren. Podobno w szuwarach można natknąć się na siedliska rzadkich ptaków. Jednak najistotniejsze jest spanie i wyżywienie. Konserwy to tylko zabezpieczenie. Postaramy się złowić i upiec rybę na kolację, a kto wie, może  nawet upolować coś biegającego.
 
– Blee… – wzdrygnął się Ernest. – Chcesz kogoś zabić?
 
„Rany, co to za ekologiczna propaganda? A zafoliowane kotlety w markecie to niby skąd się biorą? Z powietrza?”.
 
– Dobrze, najpierw orientacja w terenie – zmieniłem temat.
 
– Mam geolokalizację w tablecie. Pokazuje, gdzie jesteśmy – pochwalił się Ernest i wyciągnął urządzenie. Zmarszczyłem brwi.
 
– Prawdziwy traper nie polega na elektronice. Bateria się wyczerpie albo satelita spadnie z kosmosu i jesteś ugotowany. Mam dobrą mapę topograficzną, to wystarczy. Zaznaczamy trasę i pozycję według punktów charakterystycznych terenu i wskazań kompasu. 
 
Wyciągnąłem przygotowane wydruki, gdzie widniały zarysy mijanych jezior.  Ruszyliśmy. Po kolejnych kilkuset metrach droga kończyła się na polanie, z której wychodziło wiele ledwo widocznych ścieżek.
 
– Tędy – zakomenderowałem, porównując mapę oraz wskazania kompasu z otaczającą nas zieloną ścianą lasu. 
 
Wdarliśmy się między zarośla. Plecak ciążył, paski wydawały się to za luźno, to za ciasno zapięte. Co chwilę je poprawiałem, ale niewiele to pomagało. Zarośla jeżynowe zaczepiały mnie kolcami przy każdym kroku, leszczyny biły gałęziami po twarzy. Po kilkuset metrach ścieżka rozmyła się w gąszczu chwastów, podłoże stało się wilgotne i buty zaczęły grzęznąć w błotnistej mazi. Pojawiły się szuwary. Dotarliśmy do brzegu jeziora. Razem z Ernestem pochyliliśmy się nad mapą.
 
– Hm, trzeba obejść to jezioro. Za nim zaczyna się nasze Eldorado – pokazałem cel dzisiejszej wędrówki i zaznaczyłem naszą obecną pozycję na mapie, przynajmniej tak sądziłem.
 
Zawróciliśmy. Zgodnie z kompasem, mapą i szacunkową liczbą kroków powinniśmy skręcić we właśnie mijaną ścieżkę, żeby obejść akwen i znaleźć drogę. Tak zrobiliśmy i… znowu doszliśmy do bagien rozciągających się wokół jeziora.
 
– Tato, może wykorzystamy sytuację i spróbujemy podejrzeć jakiś rzadki okaz ptaka – zaproponował Ernest. 
 
Jak na zawołanie z szuwarów wystartowało wielkie skrzydlate... „coś”; wyglądało jak żuraw.
 
– E, później. Wolę znaleźć lepsze miejsce – powiedziałem.
 
Znowu zawróciliśmy i spróbowaliśmy pójść w wyznaczonym przez mapę, kompas i moje traperskie umiejętności kierunku. Powitały nas ponownie szuwary i błoto.
 
– Może… – Ernest wyciągnął tablet.
 
– Zostaw to – warknąłem. – Jak zawodzi mapa, trzeba obserwować otoczenie. Gdzie jest północ?
 
– Tam, gdzie rośnie mech – popisał się wiedzą mój syn. 
 
Spojrzał na pień najbliższego drzewa i mina mu zrzedła. Mech obrastał je z każdej strony.
 
– Taa… – mruknąłem tonem znawcy. – Pozostaje obserwacja bezpośrednia. Z korony drzewa.

Cóż, nie wszystko poszło tak, jak sobie założyłem...

Zrzuciłem z ulgą mój plecak i przymierzyłem się do solidnego drzewa obok. Najniższe gałęzie wychodziły z pnia nad moją głową, ale przynajmniej było ono wyższe niż pozostałe, więc dobre jako punkt obserwacyjny. Chwyciłem za gałąź i spróbowałem się wspiąć. Kiedyś potrafiłem zawisnąć jak małpa i równie zgrabnie się wspinać. Jednak teraz niespodziewanie moje nogi okazały się ciężkie jak ołów, ręce po kilku próbach utrzymania ciężaru ciała bolały, a palce jakby same się rozwierały, puszczając zwisającą gałąź.
 
– Podeprzyj mnie – powiedziałem do syna.
 
– Jesteś pewien. Nie wyglądasz jakbyś… – zaczął Ernest, ale zamilkł pod moim groźnym spojrzeniem. 
 
Po chwili patrzyłem na niego z góry. Potem udało mi się wspiąć konar wyżej i jeszcze jeden… Do czubka nadal było daleko, gdy nagle poczułem, że boję się wysokości. Potoczyłem wzrokiem po okolicy, w szparze pomiędzy gałęziami zobaczyłem taflę wody i przeciwległy brzeg.
 
– Tam jest jezioro! – krzyknąłem. 
 
Żadne wielkie odkrycie, ale musiałem mieć jakieś wyniki obserwacji. Zacząłem się zsuwać. Jedna gałąź, druga, najniższa. Hop! Wylądowałem na ziemi i poczułem niemiłe ukłucie w kostce. Krzywo stanąłem.
 
– Musimy iść wzdłuż brzegu, wtedy obejdziemy jezioro – zakomenderowałem, kuśtykając w zarośla.
 
– Tato, kulejesz.
 
– Drobny uraz – bagatelizowałem sprawę. 
 
Sekundę później zapadłem się po kolana w błotnistą maź. Zażartowałem, próbując się wydostać z bagniska: 
 
– O, kąpiel borowinowa. Zaraz mi przejdą wszelkie bóle.
 
Jednak nie przeszły. Ernest pomógł mi się wydostać z błota. Następnie stwierdził, że musimy wrócić do miasta i pojechać na pogotowie.
 
– Nie ma mowy! Survival to walka z przeciwnościami i własną słabością. Idziemy – oznajmiłem.

Zmęczenie odebrało mi rozsądek

Ruszyłem ostro w krzaki i znowu się zapadłem po kolana. Ernest zaproponował, że poniesie mój plecak. Odmówiłem, ale po dalszych kilkuset metrach zmagania się z bólem, przepakowaliśmy jednak część moich rzeczy do niego. Było mi dużo lżej. W końcu, po godzinach kluczenia i zapadania się w błoto, znaleźliśmy małą polankę przy brzegu, ze śladami ogniska. Jak widać, nie tylko my się tu włóczyliśmy. Strasznie brudni od kolan w dół, poszarpani przez gałęzie i kolce od kolan w górę, głodni i wyczerpani – padliśmy na trawę.
 
– Rozbiję namiot – powiedział Ernest.
 
– Dobrze, byle prosto i z naciągniętym tropikiem – stwierdziłem łaskawie. 
 
W duchu dziękowałem Bogu, że nie muszę już ruszać bolącą nogą. Stawianie namiotu poszło mu nieźle. Nadszedł wieczór, zjedliśmy po konserwie, rezygnując dziś z połowów i gonitw za dzikim zwierzem.
 
– Chyba musisz trochę przesunąć ten plecak, żeby nie dotykał ścianki – zasugerował Ernest, kiedy już się położyliśmy. – Słyszałem, że jak coś przylega do tropiku, to on przecieka.
 
– Tak, tak – mruczałem, słuchając go już przez sen. – Nie pada przecież.
 
Jednak zaczęło. Plecak dociśnięty do tropiku stał się malutką rynienką, którą spływały kropelki wprost do mojego śpiwora. Obudziłem się o świcie cały mokry. Noga bolała jak diabli, a kostka przypominała banię. Ernest obejrzał to wszystko i zarządził:
 
– Ja idę po pomoc. Ty tu leżysz i nigdzie nie chodzisz.
 
– Ale… – zacząłem oponować.
 
– Nie pójdziesz z taką nogą. A ja się nie zgubię, mam to – wskazał tablet z włączoną mapą i czerwonym punktem wyznaczającym jego obecną pozycję.
 
Po kilkudziesięciu minutach przyjechał terenówką z leśniczym. Pomogli mi wsiąść. Ernest pakował sprzęt, leśniczy ziewał. Jednak nie powiedział złego słowa na pobudkę w niedzielę o świcie. Jedynie mruczał, niby do siebie, że pełno się tu kręci takich niedzielnych turystów, którzy gubią się w terenie i niszczą gniazda zwierząt. Pojechaliśmy do leśniczówki, gdzie dali nam herbaty. Po kilkunastu minutach wjechał na podwórko nasz samochód. Spojrzałem zdziwiony na syna.
 
– Zadzwoniłem po mamę. Nie dojdziesz na stację w tym stanie – wyjaśnił.
 
Pomyślałem, że zaraz się zaczną przytyki, ale moja małżonka pocałowała mnie, pocieszyła i pomogła usiąść na tylnym siedzeniu. Pan leśniczy odmówił przyjęcia pieniędzy za pomoc i pomachał na „do widzenia”, choć po minie widziałem, że raczej wolałby, aby to było „żegnajcie”.

Czas leci nieubłaganie i wszystko zmienia!

Bilansem tej wyprawy była skręcona kostka, kilka ponurych myśli o starzeniu się i przemijaniu, lecz przede wszystkim rozpierająca mnie duma z syna. Przetrwał marsz, rozbił obóz oraz pomógł potrzebującemu. Zuch. A co najważniejsze, okazał się rozsądnym człowiekiem, który umie ocenić własne możliwości i który nie panikuje w trudnej sytuacji. 
 
Po opatrzeniu nogi i upewnieniu się, że wrócę do zdrowia, porządnie mi się oberwało od żony. Oprócz poprzedniej informacji, że jestem dziadem, dowiedziałem się jeszcze, że brak mi piątej klepki, że nie dbam o siebie i innych oraz skazuję ją na nerwy graniczące z obłędem. Wysłuchałem pokornie tej tyrady, będącej niewątpliwie wynikiem stresu i wspomnianego obłędu, i częściowo przyznałem jej rację. Częściowo, bo zawsze jakiś kawałeczek chłopięcej duszy zostanie, mając za nic gderanie rodziców, nauczycieli, prezesów oraz żon. Nawet u tych chłopców po czterdziestce.

Marek, 42 lata

Czytaj także:
Kobieta w ciąży
Adobe Stock, NDABCREATIVITY
Prawdziwe historie
„Renata >>wpadła<< i szukała naiwniaka, którego wrobi w alimenty. Wybrała mnie, a ja prawie wpakowałem się w to bagno”
„Gdybym posłuchał intuicji, to może opamiętałbym się wcześniej. A tak dbałem, dmuchałem i chuchałem nad nią i moją >>córeczką<<. Zrozumiałem także, dlaczego Renata tak bardzo nie chciała, żebym uczestniczył w porodzie. Liczyła na to, że się nie wyda”.

Chodziłem zdenerwowany po szpitalnym korytarzu. W tej chwili z jednej strony cieszyłem się, że Renata uparła się rodzić sama, bez mojego udziału, ale z drugiej tym bardziej się denerwowałem. Na sali porodowej wprawdzie nie miałbym na nic wpływu, ale przynajmniej widziałbym, co się dzieje, a to także ważne w podobnej sytuacji. Lecz moja młodziutka żona twierdziła, że porodówka to nie miejsce dla mężczyzny. „Mój brat był przy porodzie u swojej żony – powiedziała – i potem nabrał do niej niechęci. To nie są widoki i zapachy dla każdego mężczyzny”. Nie upierałem się. Tym bardziej że przecież rodziła dużo przed terminem. Pewnie i tak bym został wyproszony.   W ogóle to wszystko spadło na mnie tak jakoś nagle, że nie zdążyłem ochłonąć. Zaledwie pół roku wcześniej byłem swobodnym kawalerem z odzysku, zbliżającym się do lat średnich, a dzisiaj miałem zostać ojcem. Chciałem, by ktoś zagościł w moim życiu To nie ja zaczepiłem Renatę, jakoś tak samo wyszło, kiedy podeszła do kontuaru. Lokal był porządny, nie żadna mordownia. Czekałem na kolegę, mieliśmy wypić po piwie i ustalić parę spraw związanych z pracą. Makler giełdowy tak naprawdę nigdy nie ma wolnego, ale z drugiej strony zdarzają się chwile, kiedy jest spokój i można odpocząć. Dlatego nie denerwowałem się, że to czy owo trzeba załatwiać poza normalnymi godzinami pracy.   Jednak Rysiek nie przychodził, a ja piłem już drugie piwo. Nie miałem wprawdzie w czubie, jednak coraz mniej chciało mi się gadać o interesach. Wyczułem ruch po prawej, spojrzałem. Kobieta, czy może raczej jeszcze dziewczyna około dwudziestu pięciu lat, nie więcej. Ładna, nawet bardzo ładna brunetka. Widząc mój wzrok, uśmiechnęła się lekko.   – Nie przyszła? – spytała, ale tak niezobowiązująco, ewidentnie żeby coś powiedzieć, skoro już wymieniliśmy...

Dzieci, które straciły rodziców
Adobe Stock, fizkes
Prawdziwe historie
„Rodzice zginęli, a siostra zastąpiła nam mamę. Poświęciła wykształcenie i miłość, żeby uchronić nas przed sierocińcem”
„Nie musiała tego robić. Nie mam pojęcia, skąd wzięła na to wszystko siłę. Moja druga mama, kiedy została moją mamą, sama była jeszcze dzieckiem, bo miała siedemnaście lat! Było nas troje: ja – dziewięciolatka, siedmioletni Jasio i ona – nasza najstarsza siostra, tuż przed maturą”.

Moja druga mama, kiedy została moją mamą, sama była jeszcze dzieckiem, bo miała siedemnaście lat! Było nas troje: ja – dziewięciolatka, siedmioletni Jasio i ona – nasza najstarsza siostra, tuż przed maturą.   Rodzice pojechali na zakupy. To był piątek, pod wieczór… Jasio oglądał jakiś film, ja siedziałam przy komputerze, a Zosia wybierała się na randkę ze swoim chłopakiem. Właśnie suszyła włosy, kiedy ktoś zadzwonił do drzwi. To była policja.    Rodzice zginęli na miejscu, w czołowym zderzeniu z dostawczym tirem. Zostaliśmy sami… Najbardziej rozpaczał Jasiek. Nikt go nie mógł uspokoić. Dopiero kiedy Zosia mu przysięgła, że nas nie zostawi i nie odda do domu dziecka, przestał płakać.    – Na pewno? – zapytał. – Bo jak kłamiesz, to ja i tak stamtąd ucieknę!   – Słowo! – odpowiedziała. – Będziemy razem póki nie dorośniesz i nie pójdziesz na swoje. Czy ja cię kiedyś oszukałam?   Faktycznie. Zosia miała taką właściwość, że zawsze mówiła prawdę. Miała z tego powodu same kłopoty, nawet w szkole jej dokuczali, bo mówienie prawdy w każdej sytuacji, zwłaszcza szkolnej, nie zawsze się dobrze kończy. Ale ona była uparta jak muł! Nasz tata tak o niej mówił: wszystkich przekonasz, ale nie Zosię… Jak się uprze, nie ma na nią siły. Prawdziwy muł! Oprócz uporu Zosia miała jeszcze dar przekonywania o swoich racjach.    – Ona wszystkich przegada i wszystko załatwi – tak z kolei Zosię charakteryzowała nasza mama. – Nie ma sposobu, żeby ją przegadać!   Te cechy mojej najstarszej siostry bardzo się przydały, kiedy zaczęła walkę o to, żeby zostać naszą prawną opiekunką. Napisałam „walkę”, bo to była prawdziwa wojna z urzędami, ministerstwami, autorytetami psychologii i pedagogiki oraz  z...

Dziewczynka z zespołem downa
Adobe Stock, eleonora_os
Prawdziwe historie
„Było mi wstyd, że urodziłam chore dziecko i nie chciałam go nawet oglądać. Teraz oddałabym życie za moją córeczkę”
„Karinka przyszła na świat, a ja zamiast radości czułam tylko wielkie przygnębienie. Przecież nie o takim dziecku marzyłam… Świat zawirował mi przed oczami. Zespół Downa? Ale dlaczego? Skąd? Spojrzałam na męża i rodziców. Byli bladzi, milczeli”.

Jak każda przyszła matka, wyobrażałam sobie, że moje dziecko urodzi się piękne, zdrowe i silne. Ale los spłatał mi okrutnego figla. W pierwszej chwili nie chciałam się z tym pogodzić. Myślałam nawet, by je oddać i wymazać z pamięci. Ale tego nie zrobiłam… Dziś jest moim największym szczęściem.    Zaszłam w ciążę w wieku 29 lat. Byłam wtedy wesołą, zadowoloną z życia kobietą. Miałam dobrą pracę, kochającego, czułego męża, własne mieszkanie. Do pełni szczęścia brakowało mi tylko jednego – dziecka. Przez kilka lat staraliśmy się o nie z Piotrem, ale jakoś nam nie wychodziło. Chcieliśmy nawet iść już na badania, by sprawdzić, czy wszystko z nami w porządku. Ale nie zdążyliśmy. Trzy lata temu zobaczyłam na teście ciążowym dwie kreski. Aż popłakałam się ze szczęścia. Moje marzenie miało się spełnić!   Ciążę znosiłam znakomicie. Pracowałam do siódmego miesiąca! Przez cały ten czas zastanawiałam się, jakie będzie to moje pierwsze, wymarzone dziecko. Wyobrażałam sobie, że będzie wręcz idealne. Mądre i odpowiedzialne po tatusiu, wrażliwe i otwarte po mamusi, no i piękne, po babci. Do głowy mi nawet nie przyszło, że może urodzić się chore. Byliśmy z mężem młodzi i zdrowi, w naszych rodzinach nie było żadnych wad genetycznych, na USG lekarz nie dopatrzył się niczego niepokojącego, stosowałam się do wszystkich jego zaleceń. Cóż więc złego mogło się stać?  Na porodówkę trafiłam tydzień przed terminem, w niedzielę. Oglądaliśmy właśnie z mężem jakiś film w telewizji, gdy poczułam, że zaczynam rodzić. Nie wpadliśmy w panikę. Wszystko mieliśmy przygotowane i przećwiczone – torba z rzeczami i dokumentami od kilku dni spakowana, trasa do szpitala wyznaczona i sprawdzona, samochód zatankowany do pełna, po szczegółowym przeglądzie. Żeby broń Boże jakiejś niespodzianki po drodze nie było....

Nasze akcje
dziecko na szczepieniu
O szczepieniach

Szczególne znaczenie szczepień przeciw pneumokokom u niemowląt i dzieci w dobie pandemii COVID-19

Partner
Miasteczko Zmysłów 2
Małe dziecko

Odwiedź Miasteczko Zmysłów i poznaj jego atrakcje!

Partner
KINDER Niespodzianka WSCW
Rozwój dziecka

Poznaj świat emocji dziecka! Ruszyła akcja Widzę, Słyszę, Czuję, Wiem

Partner
Polecamy
Porady
ile dać na komunię
Święta i uroczystości

Ile dać na komunię w 2022: ile do koperty od gościa, dziadków, chrzestnej i chrzestnego

Maria Nielsen
Podróż kleszczowy
Poród naturalny

Poród kleszczowy: wskazania, powikłania, skutki dla matki i dziecka

Ewa Janczak-Cwil
co kupić na chrzest
Święta i uroczystości

Co kupić na chrzest? Prezenty praktyczne i pamiątkowe [GALERIA]

Joanna Biegaj
zapłodnienie
Starania o dziecko

Zapłodnienie: przebieg, objawy, kiedy dochodzi do zapłodnienia

Magdalena Drab
400 plus na żłobek
Aktualności

400 plus dla dziecka na żłobek: zasady, warunki, wniosek

Ewa Janczak-Cwil
Pierwsza komunia święta
Święta i uroczystości

Prezent na komunię: pomysły na prezenty modne i tradycyjne (lista)

Magdalena Drab
biegunka w ciąży
Zdrowie w ciąży

Biegunka w ciąży: przyczyny i leczenie rozwolnienia w ciąży i przed porodem

Ewa Janczak-Cwil
Pieniądze na dziecko
Prawo i finanse

Świadczenia na dziecko: co przysługuje po urodzeniu dziecka 2022? [ZASIŁKI, ULGI]

Małgorzata Wódz
Czop śluzowy
Przygotowania do porodu

Czop śluzowy – co to, jak wygląda, kiedy odchodzi?

Joanna Biegaj
plan porodu
Lekcja 2

Plan porodu: jak go napisać, czy jest obowiązkowy? Wzór do druku

Małgorzata Wódz
wyprawka dla noworodka wiosna
Noworodek

Wyprawka dla noworodka: wiosną to obowiązkowa lista! (ubranka i rzeczy do wózka)

Małgorzata Wódz
twardy brzuch w ciąży
Zdrowie w ciąży

Twardy brzuch w ciąży – kiedy napięty brzuch jest powodem do niepokoju?

Ewa Cwil
pozytywny test ciążowy
Ciąża

Pozytywny test ciążowy – co dalej? Kiedy test ciążowy jest fałszywie pozytywny?

Joanna Biegaj
plamienie implantacyjne
Objawy ciąży

Plamienie implantacyjne: co to jest, jak wygląda, ile trwa? Czy zawsze występuje w ciąży?

Małgorzata Wódz
jak ubrać dziecko na spacer
Pielęgnacja

Jak ubrać niemowlę i starsze dziecko na spacer, by nie było mu za zimno ani za gorąco?

Małgorzata Wódz
Pozycje wertyklane do porodu
Poród naturalny

Pozycje wertykalne do porodu: dlaczego warto rodzić w pozycji wertykalnej?

Dominika Bielas
wody płodowe
Przygotowania do porodu

Jak wyglądają wody płodowe? Jak je rozpoznać?

Beata Turska
9 miesięcy w 4 minuty: tak powstaje życie
Przebieg ciąży

Rozwój płodu tydzień po tygodniu – ten film wzruszy każdego!

Joanna Biegaj