Chcę poznać swoje wnuki
fot. Adobe Stock, Syda Productions

„Syn nigdy mi nie wybaczył, że wyrzuciłem go z domu. Marzyłem o poznaniu swoich wnuków, ale tylko żona miała z nimi kontakt”

Nie zjawił się już do domu, a kontakt utrzymywał tylko z matką i bratem. Rzucił studia, wyjechał za granicę. Wiedziałem o tym, bo Maria mi to kiedyś wypomniała, w kolejnej sprzeczce.
Chcę poznać swoje wnuki
fot. Adobe Stock, Syda Productions
Dziewięć lat temu mój starszy syn powiedział, że nie chce mnie już nigdy więcej widzieć. Rozumiem go. Tak bardzo chciałbym cofnąć czas, aby móc naprawić swój błąd.

Gdy Maria powiedziała mi, że Adam chce ze mną rozmawiać na Skypie, w pierwszej chwili pomyślałem, że kpi sobie ze mnie. Ale ona stała w progu naszego pokoju i patrzyła na mnie poważnymi, smutnymi oczami.

– Naprawdę? – spytałem nieswoim głosem, bo trudno mi było w to uwierzyć.
– Naprawdę – żona skinęła głową. Podniosłem się z wersalki, minąłem ją i wolno ruszyłem do dużego pokoju.

W ciągu tych kilkudziesięciu sekund w drodze do komputera, przed oczyma stanął mi tamten wieczór, kiedy to widziałem Adama po raz ostatni.

Niewiele pamiętałem z tamtych chwil, tyle tylko, co z opowieści żony

Byłem przecież wtedy pijany, najzwyklej w świecie uchlany prawie do nieprzytomności, zresztą, jak prawie każdego wieczoru w tamtych latach. Prowadziłem wtedy własny biznes, duży warsztat samochodowy. Zatrudniałem kilka osób, interes dobrze się kręcił, trzymałem wszystko twardą ręką, na brak klientów i kasy nie narzekałem.

A że moja robota wymagała nerwów i stałej uwagi, no to cóż w tym dziwnego było, że pod wieczór wpadałem do baru na szklaneczkę albo i dwie. Stać mnie było, za swoje piłem, odstresować się musiałem. Nie podobało się to moje popijanie żonie, wiadomo, jak to kobieta, zawsze znalazła powód do burczenia. A że ja nie pozostawałem jej najczęściej dłużny, więc awantury były u nas na porządku dziennym.

Co mi tam baba miała jeździć po głowie, ja utrzymywałem dom, na wszystko sam robiłem, synowie kształcili się, obaj na studiach już wyższych byli, więc nie miała się czego czepiać. Ale ona wymyślała mi od pijaków, spokoju nie dawała, gdy wracałem wieczorami, no to za swoje dostawała.

A chłopaki nasze zamiast za ojcem murem stanąć, to matki bronili i przeciwko mnie byli, zwłaszcza starszy, Adam

I wtedy też naurągał mi, gdy trochę bardziej niż zwykle na bani do domu wróciłem, bo ważny powód miałem, interes dobry z kumplem opijałem. Późno do domu przyszedłem, fakt i prawie na czworakach, więc spokojnie chciałem się w pościeli położyć i odpocząć. A żona mi nad uchem zaczęła te swoje stare śpiewki, no to odepchnąłem ją, może trochę za mocno, rzeczywiście.

Ale pijany byłem przecież, nie wiedziałem sam, co robię. I Adam wtedy do mnie podskoczył, ręce mi do tyłu wykręcił, o ścianę prawie mną rzucił, krzycząc, że damski bokser jestem i matki nie pozwoli ruszyć. A jak jeszcze ją raz tknę, to da mi po gębie tak, że tydzień będę z fioletowymi oczami chodził. Przecież nie mogłem sobie pozwolić, żeby smarkacz tak mnie nie szanował, no i wypędziłem nygusa z domu. Niech idzie, niech zakosztuje życia na ulicy, jak mu źle w ojcowym domu.

Opamiętałem się dopiero nazajutrz, gdy wytrzeźwiałem i zobaczyłem, jak Maria w kuchni rozpacza.

– Dzieciaka z domu przepędziłeś, na zatracenie – chlipała, gdy spytałem ją, o co tak beczy. – A wiesz, jaki Adam honorowy jest, on już do domu nie wróci.
Jak zgłodnieje i zmarznie, to wróci, spokojna głowa – odparłem, nalewając sobie mleka do kubka, bo kac mnie męczył straszliwy. – Nie rycz, głupia, zobaczysz, wróci, jeszcze przed nocą.

Ale syn nie wrócił do domu ani tego dnia, ani następnego

Zabrał swoje rzeczy pod moją nieobecność i wyniósł się. Matkę tylko poprosił, żeby mi przekazała, że nie chce mnie nigdy już więcej widzieć, że skreśla mnie ze swojego życia na zawsze. Parsknąłem wtedy śmiechem, myślałem, że smarkaczowi odbiło i głupoty plecie tylko. No, bo gdzie by mu mogło być tak dobrze, jak nie w domu, na stół miał podane, kasę ode mnie dostawał, no słowem żyć, nie umierać. Ale Adam się zawziął.

Nie zjawił się już do domu, a kontakt utrzymywał tylko z matką i bratem. Rzucił studia, wyjechał za granicę. Wiedziałem o tym, bo Maria mi to kiedyś wypomniała, w kolejnej sprzeczce. Powiedziała też, że jeżeli nie przestanę pić, nie zrobię czegoś ze sobą, to ona mnie też zostawi, niech się zapiję na śmierć.

I jak chcę stracić dom i rodzinę, to jestem na najlepszej drodze do tego

Przestraszyłem się wtedy nie na żarty, bo z jej oczu biła taka determinacja, że wreszcie dotarło do mnie, że naprawdę mogę zostać sam. Poszedłem więc na leczenie, bo i w warsztacie przez to moje picie zaczęło się dziać gorzej, bałem się, że i klientów, i robotę w końcu stracę. I jakoś los mi poszczęścił, przestałem pić, wziąłem się w karby.

W domu zaczęło się układać, ale Adam wciąż nie chciał ze mną kontaktu. Od żony wiedziałem, że naszemu synowi powiodło się, znalazł dobrą pracę, ma dziewczynę, zamierza się ożenić. Cieszyłem się w duchu z tego i miałem nadzieję, że z czasem jakoś uda mi się skruszyć lody między nami. Ale na swój ślub z Lizą Adam przysłał zaproszenie tylko matce. I tak się na mnie zawziął, że gdy urodził się nasz pierwszy wnuk, Szymon, on mi o tym nie powiedział.

O tym, że zostałem dziadkiem, dowiedziałem się od żony

I to ona jeździła do nich co lato, na kilka tygodni, to Maria opowiadała mi o Szymku, pokazywała jego zdjęcia. Miałem łzy w oczach, gdy patrzyłem na tego jasnowłosego berbecia, śmiejącego się ze zdjęcia niebieskimi oczami, identycznymi jak moje. W ogóle ten mały był tak podobny do mnie, po prostu skóra zdarta z dziadka.

I chociaż serce mi się rwało do nich, nieraz łapałem się na myśli, że nic nikomu nie powiem, kupię bilet na samolot i polecę za ocean, to w końcu pogodziłem się z tym wszystkim. Wiedziałem, że zawiniłem i że muszę odpokutować. I miałem nadzieję, że przyjdzie taki dzień, że uścisnę tego jasnowłosego chłopczyka i jego ojca, mojego syna.

Tak było przez kilka lat, dokąd na świat nie przyszedł nasz drugi wnuk, Karolek. Sądziłem, że i tym razem poleci do nich Maria, żeby pomóc synowej przy nowo narodzonym maluchu.

Liza była sierotą i dlatego chętnie przyjmowała teściową w swoim domu, wiedziałem to z opowiadań żony

A ja przyszykowałem dla wnuków prezenty. Wiedziałem, że Szymek interesuje się starymi samolotami, więc własnoręcznie zrobiłem mu piękny model przedwojennego dwupłatowca. A dla Karolka kupiłem pozytywkę w postaci obracającej się karuzeli z kolorowymi konikami. Z głębi serca były te zabawki, Maria miała im je zawieźć.

Jednak choroba pokrzyżowała jej plany. Odnowiło się jakieś dawne schorzenie nerek i mowy nie było, aby mogła polecieć do syna. Gadała z nim tylko przez tego Skypa. I pewnego wieczoru stanęła w progu i powiedziała, że Adam chce rozmawiać ze mną. Z bijącym serem usiadłem przy biurku, wpatrzony w monitor komputera. Mój syn zmężniał przez te lata, z chłopaka zrobił się prawdziwy mężczyzna.

Poczułem dumę w sercu i taką radość, że byłbym się przed tym kompem normalnie rozryczał, jak baba.

– Tato, urodził mi się drugi syn – powiedział Adam bez żadnych powitalnych wstępów. – Chciałem ci sam o tym powiedzieć i…
– Synku – przerwałem mu. – Pozwól mi do was przylecieć, tylko na parę dni, pozwól mi uścisnąć Szymka i ciebie, tak cię proszę, ja się zmieniłem, nie piję już od kilku lat i… – w gardle mi zaschło, zabrakło słów, a twarz syna na monitorze rozmazała się we mgle moich łez.
– Tato, jeżeli chcesz, to przyleć – usłyszałem poważny głos Adama. – Ale wiedz, że ja jeszcze nie jestem gotowy na nasze spotkanie, to Szymon chce cię poznać, wiesz, że on ma tylko jednego dziadka, Liza nie ma rodziców…
– Dobrze synku, przylecę… – tylko tyle mogłem wyjąkać.
I poleciałem, dwa tygodnie później, najwcześniejszym lotem, na jaki udało mi się kupić bilety.

Z lotniska odebrał mnie Adam

Długo mu się przyglądałem, jak stał za barierkami i ledwie mogłem rozpoznać w tym barczystym, potężnie zbudowanym mężczyźnie tego chudego chłopaka, jakim widziałem go po raz ostatni. A potem nie mogłem już powstrzymać łez, Adam też się wzruszył, chociaż nie chciał tego pokazać po sobie. Uścisnął mnie mocno, ale nic nie mówił, chwycił tylko moją walizę.

– Mam samochód na parkingu – powiedział. – Ale tato… – urwał i potrząsnął głową. – Nie gniewaj się, ale ja jeszcze nie jestem gotowy na to, żeby zaprosić cię do naszego domu, wynająłem ci pokój w hotelu, będzie ci tam wygodnie.

Nic się nie odezwałem, ściśnięte gardło nie pozwoliło mi ani na jedno słowo.

Ale zasłużyłem sobie na to, pewnie, że zasłużyłem…

Jednak było mi tak bardzo przykro, mimo wszystko nie spodziewałem się tego, że będę mieszkał w hotelu. Długo jechaliśmy autostradą z lotniska do miasta, milczeliśmy. Panowało między nami takie skrępowanie, jakbyśmy nigdy nie byli rodziną. Wiedziałem, że nie będzie łatwo, obaj pamiętaliśmy, w jaki sposób Adam opuścił nasz rodzinny dom.

Ale nie śmiałem się odezwać, ten młody mężczyzna, który był przecież moim synem, tak bardzo mnie onieśmielał.

– O piętnastej Szymek kończy szkołę, podjedziemy tam, Liza też przyjdzie – Adam pierwszy przerwał milczenie. – Powiedziałem małemu, że pojedziemy razem w tobą na lody, ucieszył się bardzo.

Zgadzałem się na wszystko, dla mnie najważniejsze było, że wreszcie jestem razem z synem, którego nie widziałem od dziewięciu lat, że poznam swoje wnuki, zobaczę synową.

– Karolek trochę chorował, więc zostanie w domu z opiekunką – Adam jakby czytał w moich myślach. – Więc może następnym razem… – nie dokończył zdania, byliśmy już pod moim hotelem.

Doprowadziłem się do porządku po podróży, odpocząłem chwilę i pojechaliśmy pod szkołę Szymka, gdzie czekała już Liza. Poznałem ją od razu, widziałem ją przecież na filmach, jakie Adam posyłał Marii. Synowa uścisnęła mnie serdecznie, wycałowała w oba policzki, widać było, że się ucieszyła z mojego przyjazdu.

– Bardzo chciałam pana… – zająknęła się i natychmiast uśmiechnęła się przepraszająco. – To znaczy... chciałam tatę poznać.
– I ja ciebie też, dziecko – objąłem ją jeszcze raz, mocno przytuliłem do siebie.

Ponad jej głową popatrzyłem na Adama, nie miał zbyt zadowolonej miny. Widać nie spodobały się mu te nasze czułości, w sercu wciąż miał do mnie urazę za tamto. Przyjechaliśmy o czasie, lekcje właśnie się skończyły i nagle w bramie pojawił się tłumek dzieciaków. Zobaczyłem jasnowłosego chłopca, który biegł w naszą stronę, wymachując radośnie rękami.

Serce mi mocniej zabiło, to był Szymek

A po chwili trzymałem go już w objęciach, przytulałem do siebie, tak, jak przed chwilą jego mamę. Mały tak się cieszył, podskakiwał wesoło, obłapiał mnie w pasie, ciągnął za kurtkę, śmiał się wciąż. A gdy mijał nas jakiś jego kolega, zamachał do niego ręką.

– Zobacz, John, to mój dziadek, z Polski przyleciał do mnie – przedstawiał mnie, krzycząc radośnie. – Mój prawdziwy dziadek…!

Ciepło mi się na sercu robiło, nie sądziłem, że ten chłopczyk tak będzie się cieszył moim widokiem.

– To co, teraz pojedziemy wszyscy na obiad i na lody – powiedział w pewnej chwili Adam. – A potem odwieziemy dziadka do hotelu, żeby odpoczął po podróży.
– Ale tato – zaprotestował mały natychmiast. – Przecież dziadek musi pojechać do naszego domu, przywitać się z moim braciszkiem – chłopiec podniósł na mnie wzrok. – Bo my mamy jeszcze Karolka, ale on jest malutki, taki jak lalka i był chory, więc musisz przyjechać i go zobaczyć…

Widziałem, jak ponad jego głową skrzyżowały się spojrzenia Adama i jego żony.

– Posłuchaj, Szymek... – mój syn przykucnął przy małym. – Dziadek nie może do nas jechać właśnie dlatego, że Karolek był niedawno chory i… – zająknął się, popatrzył na żonę, jakby u niej szukał ratunku.
– Wiesz, że do nas nikt nie może teraz przychodzić, a my też zmieniamy ubrania po wejściu do domu, żeby nie wnosić bakterii, bo Karolek mógłby znowu zachorować, prawda? – powiedziała Liza, jednak w jej głosie nie słychać było przekonania.
– A twój dziadek nie ma ubrania ani butów na zmianę…
– Tata może mu pożyczyć – szybko odparł chłopiec, ale popatrzywszy na ojca, pokręcił głową.
– Nie, będzie za duże…
– No właśnie – odezwał się Adam i wziął małego za rękę. – Jedźmy już na te lody.

Ale chłopiec nie dawał za wygraną

– Przecież możemy kupić dziadkowi nowe ubranie w sklepie – wyrwał się ojcu i chwycił mnie za rękę. – A jak nie macie pieniędzy, bo wydaliście dużo na lekarzy, ja wiem, to możecie wziąć moje, ze skarbonki, nie muszę już zbierać na nowy rower.
– Przestań, Szymon – skarcił go Adam. – Jedziemy na lody i już, nie ma gadania.
– Ale dlaczego? – mały nie puszczał mojej dłoni, a twarzyczka wykrzywiła mu się do płaczu. – Przecież mam dużo w skarbonce, nawet na kapcie dla dziadka wystarczy.

W tym momencie nie wytrzymałem, serce mi się ścisnęło, nie mogłem pozwolić, aby dzieciak się rozpłakał.

Posłuchaj, Szymon, skoro tata tak mówi, to niech tak będzie – spojrzałem w tym momencie Adamowi w oczy. – Karolka mi pokażesz, jak przylecę następnym razem, będzie już duży i na pewno zdrowy…
– Hej, panowie, przestańcie – przerwała mi Liza, robiąc żartobliwą minę. – No nic nie myślicie, a to takie proste – pokręciła głową z udanym oburzeniem.
– Oczywiście, że zaprosimy dziadka po obiedzie do domu, a ubranie na zmianę może wziąć z hotelu, na pewno jakieś ma, pojedziemy tam po obiedzie i zabierzemy – uśmiechnęła się do mnie i zaraz potem stanowczo spojrzała na męża. – Nie możemy pozwolić na to, aby Szymek kupował dziadkowi kapcie, to nie wypada… – roześmiała się, głaszcząc synka po włosach.

Poczułem, jak to całe napięcie z nas opada. Szymek zaczął podskakiwać i pociągnął mnie za rękę w stronę parkingu, Liza poszła za nami, a Adam… No cóż, mój syn niewiele chyba miał tu już do powiedzenia, mądrość jego żony i opór małego przeważyły. A gdy siedzieliśmy już w samochodzie, włączył muzykę i położył mi rękę na ramieniu.

– Sorry, tato, trochę mnie zakręciło – popatrzył mi w oczy z niepewnym uśmiechem. – To wszystko za długo trwało, ale dobrze, że wreszcie jesteś.

Nakryłem jego dłoń swoją, uścisnąłem ją mocno. To były jego pierwsze serdeczniejsze słowa, jakie powiedział do mnie od ponad dziewięciu lat. Wiedziałem już, że wreszcie odzyskałem syna, zaprosił mnie do swojego domu, więc miałem nadzieję, że wybaczył mi dawne winy. Ale nie wiem, czy to by tak łatwo poszło, gdyby nie ten jasnowłosy chłopaczek, dla którego byłem ukochanym dziadkiem z dalekiego kraju, który nic nie wiedział o mojej przeszłości, nie widział mnie nigdy pijanego. I wiedziałem, że nie zobaczy… Musiałem to tylko jeszcze przyrzec jego ojcu. 

Andrzej, lat 65

Czytaj także:
Redakcja poleca: Nie taka zwykła woda – jak Oliwka z AZS odzyskała radość życia dzięki pobytowi w Avène [WIDEO REPORTAŻ]
Nieprzespane noce, rozdrapane rany na całym ciele, bandaże chroniące przed zakażeniami... Oto codzienność dziecka chorego na atopowe zapalenie skóry. Oliwka, bohaterka tego reportażu, miała mnóstwo szczęścia – wygrała konkurs, w którym nagrodą był 3-tygodniowy pobyt w Uzdrowisku Avène. Zobacz, jakie efekty przyniosła jej kuracja Wodą termalną.
Oceń artykuł

Ocena 6 na 2 głosy

Zobacz także

Popularne tematy