Chłopiec, który jest bity w szkole
fot. Adobe Stock, Helder Almeida

„Syn wracał ze szkoły pobity, a dyrektorka miała to gdzieś. Mówiła, że chłopcy muszą się wyszaleć. Przecież to jakaś patologia”

„Mój syn najpierw wrócił z podartą kurtka, później z siniakami, a następnie z podbitym okiem. nie mogłam patrzeć na cierpienie mojego dziecka. Nie miałam wsparcia ze strony kadry nauczycielskiej, nawet kuratorium oświaty miało mnie gdzieś. Bałam się, że którego dnia syn nie wróci ze szkoły żywy"
Chłopiec, który jest bity w szkole
fot. Adobe Stock, Helder Almeida
Nie chciałam go tam posyłać, ale na prywatną naukę nie było mnie stać. Szkoła na naszym osiedlu nigdy nie miała najlepszej opinii. Ludzie szeptali, że panuje tam przemoc, giną rzeczy, a dyrekcja i nauczyciele przyglądają się temu obojętnie. Nic więc dziwnego, że nie chciałam posłać tam jedynego syna. Jeździłam po całym mieście i próbowałam mu znaleźć inne gimnazjum. Niestety, nie udało się. W państwowych brakowało miejsc i przyjmowali tylko dzieci 
z rejonu, a na prywatne nie było mnie stać.

Jestem samotną matką i choć bardzo się staram, ledwie udaje mi się związać koniec z końcem.
 
Kiedy we wrześniu Adrian po raz pierwszy przekroczył drzwi szkoły, byłam załamana. Starałam się jednak uspokoić. Pocieszałam się, że ta zła opinia jest pewnie mocno przesadzona. Ktoś tam kiedyś chciał się zemścić za to, że dziecko dostawało złe oceny i rozpuścił po osiedlu plotki. W głowie mi się nie mieściło, że nauczyciele pozwalają na takie rzeczy. 
 
Na początku wyglądało na to, że rzeczywiście nie jest tak źle, jak gadają ludzie. Adrian na nic się nie skarżył. Któregoś razu wrócił co prawda w rozdartej kurtce, innego dnia miał siniaki na rękach, ale szybciutko mnie uspokoił. Stwierdził, że to nic takiego, ot, przewrócił się, uderzył na boisku, potknął…
 
Wierzyłam mu. Sama chodziłam przecież do szkoły i miewałam różne wypadki. Raz bawiąc się w chowanego, rozdarłam rajstopy i poharatałam kolana, bo próbowałam się przecisnąć przez małe okienko w piwnicy. Nie przypuszczałam więc, że dzieje mu się jakaś krzywda. Dopiero pod koniec października przejrzałam na oczy.

Nauczycieli w ogóle to nie interesuje…

Nigdy nie zapomnę tamtego dnia. Syn wrócił do domu brudny, posiniaczony, w podartym ubraniu. Przerażona zapytałam, co się stało. Mruknął, że nic i zamknął się w swoim pokoju. Gdy do niego weszłam, leżał na łóżku i gapił się w sufit.
 
Przekonywałam go chyba z godzinę, zanim powiedział prawdę. Okazało się, że przeżywał w szkole prawdziwy horror. Kilku chłopaków codziennie się nad nim znęcało. Poniżali go, zabierali mu pieniądze, a jak próbował protestować, bili go. 
 
– Mamo, ale nikomu nie mów, bo to i tak nic nie pomoże. A oni będą się mścić. Zobaczysz – błagał. 
 
Nie posłuchałam go. Następnego dnia rano poszłam do dyrektorki. Starając się zachować spokój, opowiedziałam jej o wszystkim. Byłam przekonana, że się przejmie, zainteresuje sprawą. Wezwie rodziców tych chłopaków, zagrozi im zgłoszeniem sprawy na policji. Przecież to jej obowiązek. A ona co? Zbagatelizowała problem.

Stwierdziła, że w szkole nie ma żadnej przemocy, a doświadczenia mojego syna to tylko zwykłe przepychanki, zabawa.
 
– Przesadza pani, chłopcy muszą się wybiegać, wyszumieć. Taka już ich natura. A pani od razu mówi o maltretowaniu. Syn nikomu niczego nie zgłaszał. To bezpodstawne oskarżenia! Inni rodzice jakoś w takich sprawach nie przychodzą… – powiedziała, patrząc mi bezczelnie w oczy.
 
– Przesadzam? To chyba jakiś żart! Nie przyszło pani do głowy, że mój Adrian milczał, bo się boi? Ale ja nie jestem strachliwa. Jak w tej szkole nie zapanuje porządek, to inaczej porozmawiamy! – wrzasnęłam i wyszłam z gabinetu, bo bałam się, że z wściekłości napluję jej w twarz.
 
Kilka dni później Adrian wrócił ze szkoły z podbitym okiem. Na początku kręcił, że uderzył się o kant drzwi od szafki w pracowni chemicznej, ale jak go mocniej przycisnęłam, pękł. Niestety, znowu został pobity. 
 
– To przez ciebie! – zawołał. – Niepotrzebnie chodziłaś do dyrektorki. Mówiłem ci, że będą się mścić. Jakbyś siedziała cicho, to może zostawiliby mnie w spokoju. A tak? Mam przechlapane! I to u wszystkich, bo kapusiów nikt nie lubi…
 
A potem zaczął mnie błagać, żebym już dała spokój i nigdzie nie chodziła. Bo będzie jeszcze gorzej. Znowu go nie posłuchałam. Nie mogłam. Jestem jego matką i muszę interweniować, kiedy dzieje mu się krzywda! Poza tym, przecież to niedopuszczalne, żeby dziecko nie mogło czuć się w szkole bezpiecznie. 
 
Nie zamierzałam już jednak tracić czasu na rozmowy z dyrektorką. Od razu pojechałam ze skargą do kuratorium oświaty. Byłam pełna nadziei. Myślałam, że tam mi pomogą, od razu zarządzą kontrolę. Urzędnik wysłuchał mnie, spisał protokół 
i oświadczył, że wkrótce zostanie wysłany do szkoły wizytator.
 
– Ale to pilna sprawa! Trzeba działać natychmiast! – zawołałam.
 
– Obowiązują nas pewne procedury, przepisy… Trzeba będzie poczekać… – oświadczył chłodno.
 
Wieść o mojej wizycie w kuratorium niestety dotarła do szkoły szybciej niż wizytator. Dyrektorka musi tam mieć jakąś przyjaciółkę, bo wiedziała o wszystkim już następnego dnia. A  Adrian drogo za to zapłacił. Szykanowali go już nie tylko uczniowie, ale także nauczyciele. Do tej pory przynosił czwórki i piątki, a teraz łapał same jedynki.
 
– Po co robisz te całe afery! Przecież mówiłem, że to nic nie da! Nie dość, że wszyscy mnie nienawidzą, to jeszcze nie zdam do następnej klasy – skarżył się.

Byłam zdruzgotana

Przez całą noc zastanawiałam się, jak mam pomóc synowi. Doszłam do wniosku, że pisanie skarg do kolejnych „świętych” niewiele da, bo moje pisma utkną gdzieś w urzędniczych teczkach lub problem zostanie zamieciony pod dywan. Dlatego muszę wymyślić coś innego. Myślałam, myślałam i w końcu wymyśliłam.
 
– Od dzisiaj nie będziesz chodzić do szkoły – oświadczyłam synowi.
 
Aż podskoczył z radości.
 
– A to tak można? – zaniepokoił się po chwili.
 
– Nie można. Ale nie widzę innego wyjścia z tej sytuacji. Nie pozwolę, by działa ci się krzywda – odparłam. 
 
Nie zamierzałam niczego przed nikim ukrywać, załatwiać synowi lewego zwolnienia lekarskiego, czekać aż agresywni uczniowie znajdą sobie inną ofiarę. Wręcz przeciwnie, chciałam, żeby o mojej decyzji dowiedziało się jak najwięcej osób.
 
Jeszcze tego samego dnia złożyłam więc w sekretariacie szkoły stosowne oświadczenie. W uzasadnieniu napisałam, że boję się o bezpieczeństwo dziecka, nie zgadzam się z niesprawiedliwym traktowaniem przez nauczycieli i dlatego zabieram syna ze szkoły. Schowałam podstemplowana kopię do torebki, wróciłam do domu i czekałam.

Groziła, że odbiorą mi prawa rodzicielskie

Dyrektorka zadzwoniła po dwóch godzinach. Była wściekła. Zaczęła mnie straszyć, że jeśli syn nie pojawi się w klasie, to poinformuje o wszystkim władze miasta, a ja zapłacę grzywnę, może nawet stanę przed sądem i odbiorą mi prawa rodzicielskie. Bo do osiemnastego roku życia dziecko musi chodzić do szkoły. Tak stanowi prawo.
 
– Niech się pani opamięta. Naprawdę chce mieć pani kłopoty? Doprowadzić do tego, by syn miał zaległości? – krzyczała w słuchawkę. 
 
– Proszę robić to, co do pani należy – odparłam i rozłączyłam się.
 
Doskonale wiedziałam, że będę miała problemy. Ale o to właśnie mi chodziło. W końcu im więcej szumu zrobi się wokół całej tej sprawy, tym większe prawdopodobieństwo, że ktoś zainteresuje się tym, co dzieje się w tym gimnazjum.
 
Po dwóch tygodniach nieobecności syna w szkole, w domu zaczęli pojawiać się urzędnicy. Panie z „opieki”, kurator, dzielnicowy. Słuchali, co mam do powiedzenia, notowali i przekonywali, żebym jednak posłała Adriana do szkoły. Upierałam się przy swoim, więc dostałam karę grzywny – 1000 złotych. Zagrożono mi także, że jeśli syn nie pójdzie do szkoły, skierują sprawę do sądu.
 
W razie czego przetrwam i to. Żaden sąd nie odbierze praw rodzicielskich matce, która chce tylko ochronić swoje dziecko przed przemocą i niesprawiedliwym traktowaniem. Najważniejsze jednak, że moje działania przyniosły jakieś efekty. 
 
W szkole zaczęła się drobiazgowa kontrola. Z kuratorium, z urzędu. Nawet policja podobno była. Nie znam wyników, ale ludzie na osiedlu mówią, że sytuacja dyrektorki nie jest za wesoła, bo niektóre dzieciaki i rodzice przerwali milczenie…
 
Na razie Adrian uczy się w domu. Pożyczamy zeszyty od koleżanki z klasy i przerabiamy sami cały materiał. Chcę oczywiście, żeby poszedł jak najszybciej do szkoły, ale nie do tej na naszym osiedlu. Dyrektorkę może zwolnią albo gdzieś przeniosą, lecz nauczyciele zostaną. I ci agresywni chłopcy, którzy znęcali się nad moim synem, też. Kto mi da gwarancję, że nie będą się mścić?

Justyna, 38 lat

Czytaj także:
Redakcja poleca: Redaktorki Mamotoja.pl o byciu mamą [CHWILA WZRUSZEŃ NA DZIEŃ MATKI]
Na co dzień tak jak i Wy jesteśmy mamami. Z wszystkimi tego, radosnymi i nie tylko radosnymi, konsekwencjami. Posłuchaj, co jest najpiękniejsze w byciu mamą dla dziewczyn z Mamotoja.pl i... napisz nam swoją własną historię!
Oceń artykuł

Ocena 5 na 1 głos

Zobacz także

Popularne tematy