komunijne szaleństwo
fot. Adobe Stock

„To nie komunia, to biała histeria i targowisko próżności”

Mając ledwie dwadzieścia dwa lata zostałam ciotką honorową – matką chrzestną córeczki mojej przyjaciółki. Wzięłam sobie do serca ów zaszczytny obowiązek. Interesowałam się i uczestniczyłam. Kupowałam drobiazgi, zabierałam Julcię na spacery i nie przestałam, kiedy doczekałam się własnego potomstwa. Zrobiło się pod górkę, gdy wybuchła komunijna histeria. 
Ewa Janczak-Cwil
komunijne szaleństwo
fot. Adobe Stock
Osobiście wzięłam rozbrat z religią i kościołem katolickim – do tego stopnia, że nawet nie ochrzciłam syna. Tymczasem jako matka chrzestna byłam skazana na wysłuchiwanie kolejnych modlitw, recytowanych mi do słuchawki przez niespełna dziesięciolatkę, która guzik rozumie z tego, co deklamuje, ale deklamuje. Znosiłam to dzielnie, dyskretnie przewracając oczami.

Komunia czy wybory Miss Universe?

Kolejny punkt na komunijnej liście paranoi: strój. Mówimy o mszy, że przypomnę, a kwestia tego, w co ubierze się dziecko, urastała do rangi wyboru kreacji na ślub. Bo może inna alba, inny wianek, nie takie zupełnie płaskie buty… W co ubierze się matka dziecka było niemal tak samo ważną kwestią jak ubranie matki panny młodej. Ja też nie mogłam przyjść po prostu w czymś ładnym, eleganckim, o wygodzie już nie wspomnę, bo nikogo ona nie obchodziła.

– Nie możesz być ubrana na jasno, bo się zlejesz z Julką na zdjęciach. Ale szafirowa kiecka też odpada, przecież będziesz dominować. Nie możesz mi przyćmić dziecka!

Zrobiłam szybki przegląd szafy i w końcu znalazłam coś, co zyskało uznanie w oczach mojej przyjaciółki i nie było w kolorze zarezerwowanym przez nią samą, jej mamę, babcię ze strony ojca, inne ciotki… Nie rozumiałam tego. Góra dwugodzinna msza w kościele, a potem uroczysty obiad. Koniec. Czemu przypominało to wybory Miss Universe?

Zredukowano mnie do straszaka i skarbonki

A już zupełne szaleństwo objawiło się przy prezentach. Dotąd byłam po prostu ciotką, która miała trwać przy swojej córce chrzestnej. Z powodu komunijnej histerii zostałam sprowadzona do roli „prezentodawczyni”.
– Julka, jak będziesz niegrzeczna, to ciocia nie kupi ci prezentu na komunię!
Kiedy usłyszałam to pierwszy raz, zdębiałam. Nie wiedziałam, jak zareagować. Wydawało mi się oczywiste, że matka chrzestna przynosi prezent, choć dotąd temat nie został podjęty, przynajmniej nie tak wprost. Jednak poczułam się dziwnie, gdy użyto mnie jako straszak na smarkatą, która ma się dobrze zachowywać, bo inaczej ciotka sponsorka nie da lizaka.

– Monia, przesadziłaś… – zwróciłam przyjaciółce uwagę. – Rozumiem, że prezent od Mikołaja możecie uzależnić od zachowania młodej, ale nie rób ze mnie jakiejś groźnej ciotki. Poza tym nie uważasz, że to trochę, hm, niestosowne, sprowadzanie uroczystości religijnej do prezentów?
– Tak, tak, masz rację, to doświadczenie duchowe, no ale sama wiesz…
Nie wiedziałam i nie rozumiałam, bo sytuacja się nie zmieniała. Przeciwnie.

Zrozum, nie stać mnie na taki drogi rower!

Komunia nadal była używana jako środek represji. Bądź grzeczna, posłuszna, ucz się ładnie, sprzątnij pokój, zjedz brokuły, bo inaczej nie będzie gości, obiadu w restauracji ani tych nieszczęsnych prezentów, które każdy gość był niejako zobowiązany ze sobą przytargać. 

Zaczęłam odnosić wrażenie, że po komunii każde grzeczne dziecko śpi na górze prezentów jak smok z legendy na górze złota i szlachetnych kamieni. Byłoby fajnie, gdyby dało się zorganizować taką komunię drugi raz, już w dorosłym życiu, taką wypasioną, żeby rodzina i przyjaciele zrzucili się na podarunki o wiele bardziej kosztowne niż te, które dostaliśmy w prezencie ślubnym. Swoją drogą to chore, że nowożeńcy dostają na nową drogę życia parę stów w kopercie i się cieszą, a dzieciak musi dostać na komunię laptopa za minimum średnią krajową, bo inaczej wstyd będzie. Dodatkowo – miast się duchowo uwznioślać – jest straszony, że ta góra potencjalnych prezentów szybko stopnieje, jak będzie pyskował albo nie wyjdzie z psem. Ja miałam, bardzo tradycyjnie, kupić rower. 

Żeby się nie popsuł

Okej, kupię rower. Niech mi tylko córka chrzestna powie jaki. Kiedy dostałam od niej kilka linków, mało się nie zakrztusiłam kawą. Piękne były, fakt, i gdybym miała miejsce w naszym ciasnym mieszkanku, chętnie bym dla siebie kupiła takie cudo, zamiast wypożyczać miejskie gruchoty. Ale trzy tysiące za rower dla smarkuli, która za rok czy dwa z niego wyrośnie? Przegięcie. Rany, to była niemal cała moja pensja! Przegięcie do kwadratu. 

Wiedziałam, że rowery mogą kosztować jedną trzecią tej ceny, zwłaszcza takie, którymi jeździ się po podwórku i wokół bloku. Po co Julce wyczynowy bicykl na rajdy? Zadzwoniłam do przyjaciółki, sądząc, że wybór jednośladów, który otrzymałam, to samowolka Julki.
– No wiesz, wybraliśmy takie porządniejsze, żeby się zaraz nie popsuły…
– Rozumiem, ale nie stać mnie na taki rower. Mogę kupić tańszy albo dać pieniądze, a wy się dołożycie do takiego, jaki sobie wymarzyła – powiedziałam asertywnie.
Przecież nie będę brać kredytu na prezent komunijny! Mąż by mnie chyba udusił.
– Ale obiecałaś kupić rower! – oburzyła się moja przyjaciółka. – Co sobie Julka pomyśli, jeśli zjawisz się bez niego?
– Nie wiem… Może, że była niegrzeczna? – rzuciłam bez zastanowienia, wyprowadzona z równowagi.

Szlag, nie jestem bankomatem, który ma bez dyskusji wypluć odpowiednią ilość gotówki i cześć. Zresztą jak w bankomacie nie ma dość środków, to też ich nie urodzi.
– Monika, nie rozmawiałyśmy o kwocie na prezent, ale zrozum, nie mogę kupić roweru za trzy tysiące – powiedziałam już spokojniej. – Tyle to jest wart nasz samochód! – parsknęłam śmiechem do słuchawki, chcąc rozładować sytuację. – Pomyśl, Julka ma dziewięć lat, za chwilę wyrośnie ze sprzętu i trzeba będzie kupić następny. Może wtedy będzie warto zainwestować w coś lepszego, jak myślisz?
– To nieuczciwe z twojej strony – usłyszałam. – Skoro nie chcesz kupić prezentu, to nie trzeba było się deklarować…

Koszmary o komunii

Wreszcie zrozumiałam, czemu ludzie potrafią się rozstać i śmiertelnie pokłócić w trakcie przygotowań do ślubu. Myśmy się spierały, bo ja głupia nie miałam pojęcia, że prezent komunijny, który nie kosztuje półtorej minimalnej krajowej, to gigantyczny nietakt.

Zaczęłam mieć dość całej tej imprezy, roli chrzestnej, brania udziału w jakimś upokarzającym targowisku próżności, które nie miało nic wspólnego z duchowym przeżyciem. Dzień, który w założeniu powinien być radosnym świętem, prześladował mnie w snach. Autentycznie śniło mi się, że Monika wyśmiewa zakupiony przez nas „nędzny” rower albo że Julka drze ze złością pieniądze, które przyniosłam, nazywając je groszami i płacząc, że nie ma roweru. Mój mąż kpił, że zanim ta komunia dojdzie do skutku, zużyję wagon ziołowych tabletek na uspokojenie. Coś w tym było.

W naszej wieloletniej znajomości z Moniką dotąd się nie zdarzyło, byśmy nie rozmawiały przynajmniej dwa razy w tygodniu przez telefon i chociaż raz na tydzień się nie widziały. A tu mijał miesiąc bez żadnego kontaktu… Chyba wzięła mnie na przeczekanie, licząc, że się ugnę. Tyle że tutaj nie chodziło o to, czyje będzie na górze, tylko o kompletną paranoję, w którą wpadła moja przyjaciółka, oraz o spięcie budżetu mojej rodziny. Zastaw się, a pokaż się, jaka z ciebie dobra matka chrzestna? No nie. Nie wejdę w długi, by sprostać jakimś absurdalnym oczekiwaniom.

Tak oto zniknęło 20 pięknych lat...

Za karę Monika przestała się do mnie odzywać, nie odbierała telefonów. Nie wiedziałam nawet, czy nadal jestem zaproszona na komunię. Napisałam do Julki z pytaniem, czy chce, żebym się pojawiła, ale nie dostałam żadnej odpowiedzi. Widocznie nie byłam już jej ulubioną ciocią.

Ostatecznie poszliśmy do kościoła – wszak tam podobno może wejść każdy. Po mszy Monika odwróciła się do mnie plecami, widząc, że mieliśmy czelność zjawić się bez roweru. Julka była cała przejęta, ale może samą uroczystością, sakramentem, który przyjęła po raz pierwszy, bo chyba to powinno być najważniejsze, prawda? Podeszłam do niej, złożyłam życzenia z okazji tak ważnego dnia w jej życiu i wręczyłam kopertę z okolicznościową kartką oraz nierujnującą nas kwotą. Przyjęła je, ale nie odezwała się ani słowem, nawet „dziękuję” nie usłyszałam… Wróciliśmy do domu, nie czując się dobrze w towarzystwie, które najwidoczniej nie chciało mieć z nami nic wspólnego.

Minął rok i do zgody nie doszło. Nawet pandemia nie złagodziła urazy. Nie mam już przyjaciółki z dzieciństwa. Tak oto sprawa prezentu na komunię unieważniła dwadzieścia lat przyjaźni. Boli, ale niewiele mogę zrobić. Przykro mi, że pieniądze okazały się ważniejsze niż ja. Uczę się żyć ze świadomością, że drugi człowiek – nawet bliski i niby dobrze znany – może bardzo nas rozczarować. Kiedy patrzę w oczy mojego męża i synka, mam nadzieję, że jednak nie z każdym tak jest…  

Mariola

Przeczytaj także:
Redakcja poleca: Jak zrobić loczki: fryzura dla dziewczynki - wideo
Dziewczynki kochają loki! Doświadczona fryzjerka pokazuje, jak uczesać małą dziewczynkę na wielką uroczystość.
Oceń artykuł

Ocena 5 na 1 głos

Zobacz także

Popularne tematy