mama w podróży
fot. archiwum domowe

Czy mamie wolno spełniać marzenia? Ja to zrobiłam i nie żałuję!

Czy będąc mamą wolno zrobić coś tylko dla siebie i nie utonąć w wyrzutach sumienia? Uważam, że tak. Zrobiłam sobie urlop od codzienności i wyszło mi to na zdrowie. Mojej rodzinie także!
Beata Turska
mama w podróży
fot. archiwum domowe
Nie napisałam tego tekstu po to, by powiedzieć ci "Pakuj się i rób to co ja: jedź bez dziecka gdzieś daleko", ale by przekonać cię, że nawet jeśli się jest mamą, warto spełniać swoje marzenia (np. iść na studia, napisać książkę kucharską albo – a bo ja wiem? – nauczyć się tańczyć argentyńskie tanga).  A przynajmniej spróbować.

To oczywiste, że dziecko jest najważniejsze.  Ale może kochając je nad życie da się zrobić także coś tylko dla siebie? Ja już wiem, że to możliwe. I że dziecko także na tym korzysta:  ma szczęśliwszą mamę!


Czy matkom wolno podróżować bez dzieci?

Zawsze marzyłam o podróżach. I sporo podróżowałam (oczywiście z rodziną), ale nigdy nie wytknęłam nosa poza Europę. Powód był prosty: miałam dziecko, a w dodatku mój mąż nie wsiadał do samolotu,  więc -  no cóż: chcąc nie chcąc ja też nie wsiadałam.  Do czasu.
Redakcja poleca: Jak być idealną mamą
Psycholog Adriana Klos radzi jak być mamą idealną, nie tracąc przy tym możliwości spełniania swoich marzeń.

No to lecę!

Zaczynał się luty. Za oknem buro, ponuro i wstrętnie. Byłam straszliwie zmęczona brakiem słońca i  tym, że każdy dzień jest podobny do poprzedniego: pobudka o 6.20  - „Bartek, szybciej, bo spóźnimy się do przedszkola” – korek –  praca – korek – „Bartek, szybciej, bo już późno, a  trzeba wcześnie wstać.”

Oklapłam, wszystko mnie drażniło, warczałam na bliskich – powoli zmieniałam  w skwaszone,  pozbawione energii babsko, wkurzone na cały świat za to, że nie może robić tego, co by chciało.

„Kurczę, chcę gdzieś polecieć, ale dziecko, ale mąż, ale pranie, sprzątanie” –  marudziłam znajomym. „Rany, weź już wreszcie gdzieś poleć!” usłyszałam w końcu od kogoś, kto miał  serdecznie dość moich wynurzeń.  „No to polecę!” – pomyślałam. Bo kiedy, jeśli nie teraz? Gdy mój syn skończy podstawówkę? Gdy zda maturę? A może dopiero po jego ślubie?

Polecamy także: Idealne matki nie istnieją!


Kierunek: Indie

Wszystko potoczyło się błyskawicznie.  
Dylemat „sofa czy podróż?” rozstrzygnęłam na niekorzyść sofy. Zresztą nikomu poza mną nie zależało na nowej. Kolejny:  „z biurem czy bez?” -  na niekorzyść biura, bo nie lubię zorganizowanych wycieczek, poza tym samodzielne podróże są o wiele tańsze. Obdzwoniłam znajomych („Polecisz gdzieś ze mną? Proszęęęęę!”).  W końcu usłyszałam upragnione „O.K.”.  Cel podróży był mi obojętny (nie ma kraju, którego nie chciałabym zobaczyć!),  więc gdy koleżanka, Inga,  rzuciła hasło „Indie”,  zgodziłam się bez wahania.  

W rekordowym tempie przygotowałam się do podróży.  Kupiłam w promocji  bilety do Delhi i  z powrotem. Załatwiłam wizę.  Zaszczepiłam się przeciwko różnym paskudztwom. Pożyczyłam plecak i ważący chyba kilogram przewodnik, do którego nie miałam kiedy zajrzeć.  Wzięłam urlop. Zrobiłam mężowi listę ważnych telefonów, spraw do załatwienia itd.  Przygotowałam dziecku koszyczek na święconkę (miałam wrócić w Wielką Sobotę). Obiecałam,  że pozdrowię od niego święte krowy.  
Mój mąż nie bardzo wierzył, że coś wyjdzie z tej podróży. Ja zresztą też. 


O rany, co ja robię?  

Im termin wyjazdu był bliższy, tym bardziej się bałam. Że zachoruję na malarię, umrę i moje dziecko zostanie półsierotą.  Że mnie okradną. Że się zgubię. Że nie zdążę na samolot powrotny i zostanę na lodzie 5 tysięcy  kilometrów od domu.  

I – to było najgorsze – że jestem wyrodną matką, bo robię coś tylko dla siebie.  
Moje wyrzuty sumienia rosły z każdą sekundą, bo zewsząd słyszałam „A co z dzieckiem?”.
Dziecko ma także ojca, a ja za dwa tygodnie wracam” – odpowiadałam, ale żołądek kurczył mi się z bólu.
 
Tysiąc razy miałam ochotę powiedzieć „Ok., tylko żartowałam”, ale wiedziałam, że jeśli nie wsiądę do samolotu,  będę żałować do końca życia. Więc wsiadłam. I było wspaniale!

Przeczytaj także: Apel młodej matki - Nie mów mi jaka mam być!
 


Mama w podróży: na żywioł, niemal bez kasy

Nie pędziłyśmy na złamanie karku, byłyśmy tylko w kilku miejscach. Miałyśmy mało pieniędzy (ja tylko te, których nie wydałam na  sofę), więc spałyśmy w najtańszych hotelach i jadłyśmy w tanich knajpkach. Podróżowałyśmy zwykłymi pociągami  i autobusami.   Niczego nie planowałyśmy, nie rezerwowałyśmy, noclegów szukałyśmy na miejscu. Interesowało mnie przede wszystkim  życie: ludzie, ich zwyczaje, stroje, kramy, domy, to, co robią, mówią, jak zajmują się dziećmi, a nawet to co mają na talerzu i jak piorą ciuchy w Gangesie. 
 
Nie sposób opisać wszystkiego, co się wydarzyło,  było tego zbyt wiele.  Mam w głowie tysiące obrazów.
Tętniąca życiem ulica, pełna ludzi  (nawołujących, podśpiewujących, śmiejących się, gestykulujących, kupujących, sprzedających, malujących ręce henną, golących się brzytwą i robiących mnóstwo  innych rzeczy) , riksz, krów, psów, ciuchów, owoców, zapachów i dźwięków. 
Kobieta w przepięknym sari,  niosąca na głowie wieżę stereo wraz z kolumnami.
Czteroosobowa hinduska rodzina (włącznie z niemowlęciem) na jednym motocyklu.
Roześmiane, umorusane dzieci bawiące się, żebrzące, pozujące do zdjęcia. 
Śpiące w moich ramionach hinduskie niemowlę (jego mamie,  podróżującej tym samym autobusem co ja,  zabrakło rąk dla licznego potomstwa).
Ganges, ludzie puszczający na wodę  pełne kwiatów łódeczki z liści.
Światło tysięcy świeczek odbijające się w  bransoletkach i kolczykach hinduskich kobiet.
Świątynie. Kolory jak z bajki. Porażająca bieda, ale też bogactwo. Twarze ludzi, których poznałam. Mogłabym  mówić o tym  godzinami.

Zobacz jak się kąpie niemowlęta w Indiach


Nie jestem wyrodną matką!

Podczas tego wyjazdu nauczyłam się mnóstwa rzeczy.

Przekonałam się, że  jednak nie jestem wyrodną matką, bo fakt, że zrobiłam coś  tylko dla siebie nie tylko nie zniszczył moich relacji z dzieckiem, ale wręcz im pomógł - oboje się za sobą stęskniliśmy. Po powrocie byłam szczęśliwsza,  cierpliwsza i bardziej uśmiechnięta.  Bilans: moje dziecko na tym zyskało a ja spełniłam swoje wielkie marzenie. Nie zamierzam za to przepraszać.

Zobaczyłam jak na dłoni (wcześniej oczywiście też mogłam to dostrzec, ale nie aż tak wyraźnie), że nie  boję się ludzi, radzę sobie sama, nie przeraża mnie konieczność improwizacji, umiem zadbać o własne i cudze bezpieczeństwo i nie wściekam się, gdy jest ciasno, gorąco albo nie tak jak sobie wymyśliłam. To wszystko przydaje mi się także przy wychowywaniu dziecka.

Sprawdziłam, że umiem się dogadać (czasem jedynie przy pomocy rąk i szczerzenia zębów) i z hinduskim staruszkiem, i z dziećmi, i  z młodymi backpackersami, którzy są w podróży od roku czy dwóch. To również procentuje.

I najważniejsze:  zrozumiałam, że choć podoba mi się to co robią ci ostatni,  nie chcę  wyjeżdżać na tak długo, bo jestem mamą i po 2 tygodniach umieram z tęsknoty za synkiem.

Mamie też wolno!

Niewykluczone, że mam więcej szczęścia niż rozumu: moje dziecko nie zostało półsierotą, nie zostałam okradziona, nie zachorowałam, nie spóźniłam się na samolot. Wróciłam do domu cała, zdrowa,  a do tego szczęśliwa i bardzo,  bardzo  stęskniona. Z energią, pomysłami, dobrym nastrojem.  I z przekonaniem, że na pewno taką podróż powtórzę.
 
PS 1. Tak, powtórzyłam daleką podróż. I nie zamierzam na tym poprzestać.

PS 2. Pasja jest zaraźliwa. Mój mąż przełamał niechęć do samolotów, a ja zdołałam zarazić ciekawością świata swoje dziecko. Następnym razem wybierzemy się gdzieś we troje!
 
 PS3.   Roześmiane hinduskie dziewczyny ze zdjęcia spotkałam w Udajpurze, zdjęcie robiła Inga, moja towarzyszka podróży. 
 
 
 
Oceń artykuł

Ocena 6 na 3 głosy

Zobacz także

Popularne tematy