Zmęczona mama
fot. Adobe Stock, Кирилл Рыжов

„Moje macierzyństwo było więzieniem. Maż mi w niczym nie pomagał, choć byłam na skraju wytrzymałości. Miałam już tego dość"

„Pięciocentymetrowy odrost, w rozciągniętym dresie i podkoszulku. Tak wyglądał mój codzienny strój więzienny, a celą był mój dom. Nie mogłam liczyć na wsparcie męża, byłam zdana sama na siebie. Miałam już tego dość, nie chciałam już dłużej żyć jak kura domowa”
Zmęczona mama
fot. Adobe Stock, Кирилл Рыжов
Kiedy urodził się Maciuś, zdecydowaliśmy z mężem, że przez pewien czas zostanę z synkiem w domu. Andrzej zarabiał dobrze, był w stanie nas utrzymać na przyzwoitym poziomie. Poza tym przez kilka lat staraliśmy się o dziecko, więc teraz pragnęłam zapewnić synkowi opiekę najlepszą z możliwych, czyli moją własną. W taki oto sposób zrezygnowałam z pracy i zostałam kurą domową.
 
Odkąd skończyłam studia, zawsze żyłam na pełnych obrotach – najpierw jako pomoc księgowej, następnie jako księgowa w biurze rachunkowym, a w końcu główna księgowa w dużej firmie produkcyjnej. Przekładało się to na dobre zarobki, ale zabierało potwornie dużo czasu. Jeśli miałabym przy tym zajmować się dzieckiem, chyba nie dałabym rady.

Andrzej nie miał zamiaru mi pomagać 

Początkowo przyjeżdżała do mnie trzy razy w tygodniu mama. Słabo się czułam po porodzie i potrzebowałam pomocy.

Dopiero po jakichś trzech miesiącach zaczęłam radzić sobie sama. Nigdy nie sądziłam, że przy tak maleńkim dziecku może być tyle zajęć. Od rana do wieczora miałam co robić. Pranie, sprzątanie, przebieranie, przewijanie, karmienie…
 
Chwilami kręciło mi się w głowie. Potrzebowałam chwili wytchnienia.
 
– Andrzej, zajmij się małym, wyskoczę na godzinkę do fryzjera – prosiłam męża w sobotę.
 
– Nie mogę, kochanie, mam dziś zebranie – słyszałam w odpowiedzi.
 
– Andrzej, umówiłabym się po południu z dziewczynami na plotki i na zakupy. Tak dawno nigdzie nie wychodziłam…
 
– Kiedy indziej, Majka, dziś wrócę później, mamy naradę.
 
„Jutro”, „kiedy indziej”, „za tydzień” – powtarzał w kółko Andrzej. W końcu doszło do tego, że wychodziłam z domu tylko na spacer z małym. Przy okazji robiłam najpotrzebniejsze zakupy, żeby nie ciągnąć Maciusia po raz drugi.
 
Ubieranie, rozbieranie, targanie wózka z trzeciego piętra i z powrotem – wszystko to było bardzo męczące. Tym bardziej że mój mały synek nienawidził się ubierać i bronił się przed tym, jak tylko mógł. Jego rozpaczliwe krzyki słychać było ze dwa albo i trzy piętra niżej.
 
– Nie wiem, czy ty dobrze zrobiłaś, Majka, że zostałaś w domu – stwierdziła przyjaciółka, kiedy któregoś popołudnia wpadła do mnie na kawę.
 
Milczałam, bo sama miałam w tym temacie coraz większe wątpliwości.
 
– Wygląda na to, że przebywanie tylko z małym niezbyt ci służy – dodała Agata po chwili, kiedy nie doczekała się ode mnie odpowiedzi.
 
– Niby dlaczego?
 
– Spójrz na siebie, dziewczyno – otaksowała mnie krytycznym wzrokiem – Wyglądasz całkiem jak nie ty.

Zerknęłam w lustro. Miała rację

Z pięciocentymetrowymi odrostami, w rozciągniętym dresie i podkoszulku wyglądałam po prostu byle jak. No cóż, do fryzjera nie miałam kiedy pójść, w domowym ubraniu było mi przy dziecku najwygodniej. Sama już nie pamiętałam, kiedy kupiłam sobie coś nowego, bo na zakupy także nie miałam jak pójść z Maćkiem.
 
Agata powiedziała głośno to, co każdy doskonale widział, ale nie to było najgorsze. Włosy zawsze można pofarbować, a dres zamienić na dżinsy lub spódniczkę. Ja jednak zaczynałam pogrążać się w apatii czy nawet depresji… Wstawałam rano, robiłam śniadanie, piłam kawę, potem Andrzej wychodził do pracy, a ja zostawałam z Maciusiem.

Robiłam coś przy dziecku, nastawiałam pranie, prasowałam – wszystko mechanicznie jak robot. Często nawet nie chciało mi się ubrać i do południa chodziłam w piżamie. Dopiero konieczność wyjścia na spacer z małym skłaniała mnie do wrzucenia na grzbiet czegoś innego niż dres. A kiedy padał deszcz albo wiał zimny wiatr, nie wychodziłam z domu wcale.

Wtedy przez cały dzień aż do powrotu męża rozmawiałam tylko z Maćkiem, a właściwie mówiłam do niego, bo on nie potrafił jeszcze odpowiadać. Czułam się coraz gorzej, chwilami miałam wrażenie, że niedługo oszaleję.
 
– Andrzej, nie dam rady tak dłużej – powiedziałam w końcu mężowi.
 
– Jak? – spojrzał rozkojarzony.
 
– Musimy coś ustalić, coś zmienić. Nie mogę spędzać czasu tylko z dzieckiem, bo zwariuję.

– Przesadzasz, przecież jestem z wami… O, chociażby teraz.
 
– Jasne! – prychnęłam. – Z nami, czyli w tym samym pokoju, ale z nosem w komputerze!
 
– Muszę pracować.
 
– Wiesz, ja też chciałabym sobie czasem tak popracować.
 
– Majka, przecież ustalaliśmy…
 
– Tak – przerwałam mu – ustalaliśmy, wiem, ale ja dłużej nie wytrzymam. Nie sądziłam, że to będzie tak wyglądało, nie wiedziałam, że będę całymi dniami siedziała sama.
 
– Ale o czym ty mówisz? Przecież nikt cię nie zamyka, możesz pójść na spacer, do galerii, do fryzjera, umówić się z koleżankami…
 
Spojrzałam na niego jak na wariata – zupełnie nic nie rozumiał.
 
– A co niby zrobię z Maćkiem? Zresztą moje koleżanki chodzą do pracy, nie mają czasu biegać na spacery i po galeriach w ciągu dnia. Andrzej, ja też muszę wrócić do pracy.
 
– Jak to sobie wyobrażasz?
 
– Będziesz musiał mi pomóc.
 
– Pomóc? – zdziwił się.
 
No tak, w sumie sama byłam sobie winna. Dotychczas tylko ja zajmowałam się Maćkiem, to teraz mam. Chciałam siedzieć w domu, to siedzę. Chciałam być kurą domową, to jestem. Tylko w końcowym efekcie wszystko wyszło nie tak, jak miało wyjść. Miał być pracujący tatuś, niepracująca mamusia perfekcyjnie zajmująca się domem i szczęśliwy, grzeczny maluch.

Jest zapracowany, rzadko bywający w domu tatuś, zaniedbana i nieszczęśliwa mamusia i, może i szczęśliwy, ale niekoniecznie grzeczny dzieciak.
 
Odbyłam z mężem wiele rozmów o moim powrocie do pracy. Niby wcześniej układałam sobie wszystko w głowie, dobierałam racjonalne argumenty, ale ostatecznie nic z tego nie wychodziło. Za każdym razem udowadniał mi, że nie damy, a właściwie ja nie dam sobie rady, bo on jest przecież tak zapracowany, że absolutnie nie może pomagać w domu. Byłam coraz bardziej wściekła. Za którymś razem nerwy mi puściły.

Niech czasem się nim zajmie. Jest ojcem!

– Mam tego dość! – wrzasnęłam i rąbnęłam o podłogę trzymanym akurat w ręku porcelanowym talerzem.
 
Rozprysł się w drobny mak.
 
– Nie strasz dziecka! – syknął na mnie mąż, bo przestraszony Maciek rozpłakał się głośno.
 
– Mam dość – powtórzyłam już spokojniej. – Wracam do pracy, czy ci się to podoba, czy nie – powiedziałam i po prostu wyszłam z kuchni, nie słuchając nawet, co za mną woła.
 
W przedpokoju włożyłam kurtkę, buty i wyszłam, zostawiając go samego z Maćkiem. Ostatecznie jest jego ojcem, niech sobie radzi. Poszłam do fryzjera, a później pojechałam do centrum handlowego i kupiłam sobie nową, śliczną sukienkę. Do domu wróciłam wieczorem. Andrzej z Maciusiem spali na kanapie w salonie.
 
Następnego dnia zaczęłam szukać w internecie i przez znajomych opiekunki. Ku mojemu zdumieniu Andrzej przyniósł mi kwiaty.
 
– Przepraszam, powinienem od czasu do czasu ci pomóc, żebyś mogła sobie wyjść i odpocząć. Miałaś rację. Ale wiesz… – dodał po chwili – ja nadal uważam, że to nie jest dobry pomysł, żebyś wracała do pracy.
 
– Trudno, przykro mi bardzo, że nie zgadzamy się w tej kwestii – powiedziałam. – Podjęłam już decyzję i nie zamierzam jej zmieniać.
 
Długo trwało, zanim znalazłam taką opiekunkę, która mi odpowiadała, taką, z którą nie bałam się zostawiać Maćka. W firmie czekali na mnie z otwartymi ramionami. Nic dziwnego – kto by im tak siedział po godzinach, jak ja kiedyś? Nie pomyślałam o tym, że dzisiaj mam już inne obowiązki i nie będę mogła pracować jak dawniej… W tamtej chwili to nie było dla mnie najważniejsze.
 
– Od przyszłego tygodnia do Maciusia będzie przychodzić pani Joasia, a za dwa tygodnie ja wracam do pracy – oznajmiłam mężowi.
 
Patrzył na mnie z otwartymi ustami.
 
– Ale Majka… – wykrztusił.
 
– Koniec dyskusji, Andrzej.
 
Wróciłam do pracy i z marszu okazało się, że obowiązków mam jeszcze więcej niż dawniej. Jedna z moich podwładnych była akurat na zwolnieniu lekarskim, bo zaszła w ciążę, nowa dziewczyna nie dawała sobie rady, doszły jeszcze jakieś zaległe rozliczenia. Generalnie – trudno mi było ze wszystkim nadążyć. 
 
Joasia zajmowała się Maciusiem, a ja spędzałam całe dnie w pracy. Andrzej raczej niespecjalnie przykładał się do pomocy, jednak zdarzało się, że wracał wcześniej ode mnie i to on kładł Maćka spać. Nie zamierzał jednak ukrywać swojego niezadowolenia z tego powodu.
 
– Jak ty sobie to dalej wyobrażasz? – złościł się. – Dziecko cię prawie nie widuje, mieszkanie jest coraz bardziej zaniedbane, rano nie miałem nawet czystej koszuli!
 
– To sobie upierz – warknęłam. 
 
Byłam coraz bardziej zła, bo widziałam, że nie daję sobie rady. Chciałam wrócić do pracy, ale po kilku miesiącach dosłownie padałam na pysk, a i tak wiecznie było coś do zrobienia.
 
Zaczynało mi się wydawać, że ten mój powrót to był najgłupszy pomysł z możliwych. Za nic jednak nie chciałam się do tego przyznać, nawet sama przed sobą. Czułabym się z tym źle.
 
– Muszę dać radę, muszę – powtarzałam sobie, po czym wzięłam dwa dni urlopu i zrobiłam generalne porządki, pranie, duże zakupy.
 
– Maja, kochanie przecież ty się wykończysz – Andrzej zmienił podejście, i zamiast krzyczeć i robić mi wymówki, zaczął się nade mną użalać.
 
– To mi pomóż – odparłam, a kiedy tylko pokiwał głową, bez słowa wróciłam do pracy i nie odezwałam się do niego już do końca dnia.
 
Chyba coś go ruszyło, bo od tej pory rzeczywiście starał się mi pomagać. Wracał wcześniej, więcej zajmował się małym. Prać i gotować co prawda nigdy nie umiał, ale czasem coś posprzątał. No i robił zakupy. Było łatwiej, ale zauważyłam, że dwuletni już Maciek po wszystko szedł do ojca albo do pani Joasi. Nawet kiedy się uderzył, szukał pocieszenia u Andrzeja, nie u mnie. Było mi przykro.
 
– Dziwisz się? – skrzywił się mój mąż, kiedy mu o tym wspomniałam. – Przecież on cię prawie nie widuje.

Kosztowało mnie to wszystko za dużo

Nie zamierzałam zaprzeczać, bo w sumie taka była prawda. Od września zapisaliśmy Maćka do żłobka, a pani Joasia miała go tylko odbierać i opiekować się nim do naszego powrotu. Mały początkowo trochę popłakiwał i nie chciał zostawać bez nas, a właściwie bez pani Joasi, ale dość szybko się przyzwyczaił. Problem zrobił się większy, kiedy opiekunka poważnie się rozchorowała i powiedziała, że niestety dłużej nie da rady zajmować się naszym synkiem.
 
Dwa tygodnie później Maciek złapał pierwszą anginę. Ledwo go wykurowaliśmy, przyplątało się zapalenie ucha, potem była następna angina. Przy pierwszej chorobie wzięłam zwolnienie, przy następnej dzieckiem zaopiekowała się moja mama. Przy kolejnej załamałam się zupełnie. Siadłam w kuchni i rozpłakałam się.
 
– Nie mogę brać więcej zwolnień, bo wywalą mnie z pracy, a na pewno nie dadzą premii – jęknęłam.
 
– Nie becz – mruknął Andrzej –teraz ja wezmę zwolnienie.
 
Niestety, na trzeciej anginie się nie skończyło. Pediatra stwierdził, że powinniśmy zabrać dziecko ze żłobka.
 
– Ale my oboje pracujemy!
 
– Zdecydują państwo sami – lekarz przyglądał mi się z niezadowoloną miną. – Uprzedzam jednak, że takie częste anginy mogą się odbić na ogólnym stanie zdrowia dziecka. Jest zbyt delikatne, żeby chodzić do żłobka, przynajmniej na razie.
 
Nic już nie mówiłam, bo miałam wrażenie, że uważa mnie za wyrodną matkę. Zresztą sama zaczynałam tak o sobie myśleć. Wzięłam kolejne zwolnienie i siedziałam z chorym Maćkiem w domu, bijąc się z myślami. Nie mogłam dłużej pracować na stanowisku głównej księgowej, było to dla mnie zbyt absorbujące. Odbywało się kosztem zdrowia mojego dziecka.
 
Złożyłam wypowiedzenie. Szef nie krył zawodu i niezadowolenia. Pewnie, gdzie znajdzie drugą, która będzie siedziała przed komputerem po całych dniach. Próbował namówić mnie, żebym została chociaż na pół etatu, ale nie chciałam. Byłam tym wszystkim potwornie zmęczona, a poza tym czułam, że muszę pobyć trochę ze swoim dzieckiem, nadrobić ten okres, kiedy nie miałam dla niego w ogóle czasu.

Obaj moi chłopcy byli zachwyceni. Maciek, że nie musi wracać do żłobka, a jego tatuś, że w końcu będzie miał codziennie obiad i wyprasowane koszule.
 
Siedzę z Maćkiem w domu już prawie rok. Wydaje mi się, że jest zupełnie inaczej niż kiedy był niemowlęciem. Niedawno znajomy Andrzeja poprosił mnie o prowadzenie księgowości jego małej firmy. Podjęłam się tego, bo pracy nie jest dużo i, co ważne, mogę ją zabierać do domu. Maciek nie choruje już od kilku miesięcy i zastanawiamy się z Andrzejem, czy nie zapisać go do przedszkola na cztery godziny dziennie. Ja jednak nie mam zamiaru wracać do dawnej firmy, nie mogę całego życia spędzać w biurze. Jeszcze przez pewien czas posiedzę w domu, a potem spróbuję  zatrudnić się gdzieś na pół etatu. 
 
Maja, 34 lata

Czytaj także:
Redakcja poleca: Redaktorki Mamotoja.pl o byciu mamą [CHWILA WZRUSZEŃ NA DZIEŃ MATKI]
Na co dzień tak jak i Wy jesteśmy mamami. Z wszystkimi tego, radosnymi i nie tylko radosnymi, konsekwencjami. Posłuchaj, co jest najpiękniejsze w byciu mamą dla dziewczyn z Mamotoja.pl i... napisz nam swoją własną historię!
Oceń artykuł

Ocena 5 na 1 głos

Zobacz także

Popularne tematy