Prof. Alicja Chybicka
fot. ONS/ Krzysztof Swiezak

O każde z dzieci trzeba walczyć z Panem Bogiem - wywiad z prof. Alicją Chybicką

Walczy o dzieci jak lwica. Żaden dyrektor szpitala ani polityk nie jest jej straszny. Wszystko dla dobra dzieci, by miały szansę wyzdrowieć. Przeczytaj wywiad z prof. Alicję Chybicką, pediatrą, onkologiem.
Prof. Alicja Chybicka
fot. ONS/ Krzysztof Swiezak

Czy  żałuje pani wejścia do polityki?

Ależ skąd! Poznałam fantastycznych ludzi z różnych opcji. Udało nam się rozwiązać kilka ważnych spraw. Zaraz jadę do prezydenta zobaczyć, jak podpisuje poprawki do ustawy o świadczeniach zdrowotnych. Pediatra wreszcie wróci do podstawowej opieki zdrowotnej.

Co to zmieni?

Skończy się sytuacja, że w kolejce trzeba stać dwa razy: raz po skierowanie od lekarza rodzinnego i drugi raz – do pediatry. Nie mogę pojąć, dlaczego przed laty uczyniono z pediatry specjalistę. Jedyny skutek jest taki, że wiele osób zaczęło u pediatry leczyć się prywatnie. A przecież każdy z nas, pediatrów, potrafi poprowadzić dziecko z cukrzycą, dziecko z nowotworem, z chorobą układu krwiotwórczego...

Znów pani komuś podpadnie.

Teraz będę mieć wrogów wśród pediatrów, bo wrócą na pierwszą linię, ale i wśród lekarzy z prywatnych ośrodków zdrowia, bo oni boją się konkurencji. Dla mnie liczy się dobro dziecka. Korporacyjne straty nie mogą mieć na to wpływu. Zgodziłam się startować w wyborach, bo wcześniej jako prezes Polskiego Towarzystwa Pediatrycznego widziałam, jak niewiele mogę. Dla dzieci zniosłabym wszystko. Jest bardzo wielu lekarzy, którzy dobro pacjenta stawiają na pierwszym miejscu, ale są i tacy, dla których wszystko zamyka się w obrębie procedur, liczb i limitów. A ja, gdy walczę o życie dziecka, a ktoś mi powie, że się skończyły pieniądze, to tego nie rozumiem!

Pamiętam, że się pani potrafi zbuntować.

I to nie raz! Ciekawie było, gdy dostałam polecenie na piśmie, że mam wstrzymać przyjęcia na oddział. A ja miałam pacjentów na chemioterapii, transplantacji szpiku... To by zagroziło ich życiu! Więc odpisałam w bezczelnych słowach i przyjęcia szły pełną parą. Dyrektor zwołał konferencję prasową, pokazał mój list dziennikarzom i pytał, co powinien z tym zrobić. No co to za pytanie? Oczywiście, że po takim piśmie szef ma tylko jedno wyjście – wyrzucić.

Ale to przecież nie był pierwszy raz.

Po innej sprawie mój dyrektor pokazał mi pismo od ówczesnego ministra zdrowia, żeby się mnie wreszcie pozbył. Byłam przyzwyczajona. Kiedy indziej komornik wsiadł na konto szpitala. Zostałam z 50 dzieci walczących o życie i kompletnie bez pieniędzy. Ministrem był świętej pamięci prof. Religa, przyjaźniliśmy się, jak to transplantolodzy. Pojechałam do niego jeszcze tego samego dnia.
Myślałam, że mnie rozszarpie! Był zły, że już rano wystąpiłam w mediach, apelując o zbiórkę publiczną. Krzyczał na mnie, że tak nie można, że on przecież da te pieniądze! A ja na to: "Panie ministrze, to niech pan da, ale już, bo ja przecież powietrza nie wleję dzieciom do kroplówek".

I dał?

Pieniądze przyszły po sześciu tygodniach. Wiedziałam, że słowa polityka, zanim się obrócą w jakąś decyzję, potrzebują czasu. Dzięki temu, że ze zbiórki społecznej dostaliśmy 2,5 mln zł, daliśmy radę przetrwać do tego czasu. Bo Religa dotrzymał słowa, zawsze dotrzymywał, ale wtedy całe pieniądze, jakie mógł mi dać, to były jego własne, te, które miał w kieszeni. Potem błyskawicznie poprawił prawo tak, że teraz komornik nie może już zabrać wszystkich pieniędzy. Musi zostać na pensje i na podstawową działalność.

Skąd się w pani wziął taki charakter?

No tak już mam. Przetrwałam sześciu dyrektorów. Walczyłam z nimi na ostro: "Jak się panu nie podobam, to niech mnie pan wyrzuci, ale póki stoję na czele kliniki, to tym dzieciom niczego ma nie brakować. Pan mi mówi, że jakiegoś leku nie kupi? To niedopuszczalne, bo leki są wpisane w programy europejskie i nie można robić poślizgów ani opóźnień".

Przecież dyrektorzy to wiedzą.

Nie wiedzą. Jeśli to menedżerowie zarządzający szpitalem, w którym jest 18 klinik takich jak moja, to mają prawo nie wiedzieć. Ale ja im przypominam. Jeśli dzieci nie mają krzywdy, to ja dyrektorowi mogę nieba przychylić.

Polecamy: prof. Alicja Chybicka - Gdy odchodzi dziecko, kończy się świat


Zawsze ciągnęło panią do dzieci?

Chciałam być chirurgiem, a nie pediatrą. Myślałam, że chirurg to ma dobrze, bo od razu widoczny jest efekt jego pracy. Kroi, składa i człowiek naprawiony. Mama poprosiła swoją koleżankę, panią doktor Kiepską, chirurga dziecięcego, żeby mnie wzięła do siebie na zajęcia na pierwszym roku. Zdarzyło się, że asystowałam przy operacji sześć godzin i zrozumiałam, że to nie dla mnie: wysportowana, silna dziewczyna, a mało nie padłam ze zmęczenia.
Pomyślałam, że kiedyś się zestarzeję i nie będę miała sił stać przy stole. Ale miałam na studiach same piątki i kiedy rektor Stanisław Iwankiewicz zdecydował, że najlepsi mogą studiować indywidualnym tokiem, poprosiłam prof. Janinę Bogusławską-Jaworską, żeby mnie przyjęła.
Lubiłam, jak siadała na parapecie i machała nogami, prowadząc zajęcia. Ujęła mnie jej energia. Był rok 1973, prof. Jaworska zaczynała tworzyć onkologię i hematologię dziecięcą. Pierwszą na Dolnym Śląsku. I mnie wciągnęła.

A więc była w tym pani od początku.

Tak. W 1975 r. dostawało się nakazy pracy. Nie chciałam wyjeżdżać z Wrocławia. Uratował mnie dyplom ze średnią 4,75. Zażyczyłam sobie skierowanie do Kliniki Hematologii i... zostałam do dziś. Wtedy wyleczalność sięgała 15 proc. Miało się wrażenie, że wszystkie dzieci umierają. Klinika to było karne zesłanie. Lekarze odchodzili. Mój szef, prof. Nowakowski, dziwił się, że ktoś chce tam pracować z własnej woli. Ale prof. Jaworska dała mi już temat doktoratu, specjalizację, bardzo mnie wspierała. Ta jej energia popychała mnie do przodu. Wyszłam za mąż, urodziłam dwoje dzieci i obroniłam doktorat, trzymając na kolanach półroczne dziecko.

Ale przecież nie z powodu doktoratu pani została.

Nie. Posmakowałam, jak to jest uratować komuś życie.

Szanse mieliście niewielkie, wspomniała pani, że 15 proc.

Wtedy to było aż 15 proc. Ale wierzyliśmy, że nauka idzie do przodu. Była żelazna kurtyna, ale jakieś strzępy informacji do nas docierały. W latach 80. nasz przyjaciel, niemiecki profesor, przywiózł nam protokoły wszystkich nowotworów i to radykalnie zmieniło jakość naszej pracy.

Jak to protokoły?

To klasery z dokładnymi opisami jak rozpoznać dany nowotwór, jakie badania należy przeprowadzić, no i jak go należy leczyć. Przywiózł nam całą ówczesną wiedzę. Całą wiedzę krajów zachodnich. No i pierwsze wenflony. Potem, gdy jechałam na jakieś sympozja, to przywoziłam wenflony w kieszeniach. I w walizce. Szłam do kliniki, a oni wypychali mi walizkę sterylnymi wenflonami. Dziś w taki sam sposób pomagamy przecież Ukrainie. Tak się wtedy pracowało.

A potem było dziecko, pierwsze, które nie dało rady.

Nigdy tego nie zapomnę. Boże Ciało, 1976 r. Miałam wolne, byłam z dziećmi nad wodą... Telefon. Natychmiast pojechałam do kliniki... Do dzisiaj się przyjaźnię z jego rodzicami. To było trudne doświadczenie. No, ale nie odeszłam.
No bo jak miałam zostawić te dzieci? Te, które nie mogły jeść, spać, przy których nie było matek, bo przecież nie było wtedy w szpitalu przy Wrońskiego odwiedzin... Tylko godzina. A kiedy mijała, to 25 maluchów na jednej sali płakało aż do nocy. Kończyłam pracę, szłam do nich i opowiadałam im bajki. Nie było wtedy książek, które mogłabym im czytać. Więc to były bajki z mojej wyobraźni. Uwielbiały, kiedy miałam dyżur.
W 1989 przenieśliśmy się do obecnej kliniki. To najgorsze warunki w Polsce. Ale wkrótce znów się przeprowadzimy, bo dzięki pomocy wielu osób, także tych, które poznałam dzięki polityce, przeprowadzamy się do nowej kliniki. Już mamy stan surowy zamknięty.

Zobacz także: Pediatra czy lekarz rodzinny: jak wybrać lekarza dla dziecka

Powiedziała pani kiedyś, że o każde z tych dzieci trzeba walczyć z Panem Bogiem.

Powiedziałam, ale w zasadzie myślę, że my się raczej zgadzamy. Pan Bóg nie robiłby błędów, nie żałował dzieciom pieniędzy, czy też nie opracowywałby niedoskonałych procedur. W onkologii każda niefrasobliwość, brak profesjonalizmu, odstępstwo od reguł prowadzi do śmierci dziecka. Ja to wbijam do głowy dyrektorom, rektorom i wszystkim decydentom.
Nowotwór u dorosłych rozwija się powoli, u dziecka – błyskawicznie. Po dwóch godzinach chłoniak Burkitta potrafi być wielki na pół twarzy. W leczeniu dorosłych jest czas na naprawienie pomyłki. W leczeniu dzieci nie ma miejsca na pomyłkę. Na wszystko jest tylko jedna szansa i trzeba ją wykorzystać. Więc ja czynię wszystko, co w ludzkiej mocy, żeby zatrzymać dziecko na ziemi. A jeśli czynisz wszystko, co w ludzkiej mocy, to wierzę, że masz poparcie Pana Boga.
Wymagam od siebie, od mojego profesjonalizmu oraz empatii. Nie rozumiem tej napaści na ministra Arłukowicza, kiedy poprosił, żeby lekarze wykazali trochę więcej empatii. Miał rację, a Izba Lekarska odsądziła go od czci i wiary.
Mam teczkę z buziami dzieci. Mnóstwo ich. Piękne, uśmiechnięte, powinny żyć. Ale nie ma ich, bo komuś zabrakło profesjonalizmu albo empatii. Są potem prokuratorskie śledztwa, są wyroki. Ale to dziecku życia nie wróci. Robię spotkania z rodzicami. I mówię im, że brzydzę się donosicielstwem, ale jeśli ktokolwiek wziąłby pieniądze od nich w szpitalu, to muszę wiedzieć, bo to chodzi o życie. I tak dyrektor zdziera za łóżka, na których śpią rodzice. Ale to wymóg dyrektora, z którym walczyć nie mogę. Z Bogiem mogę walczyć, ale z dyrektorem czasami nie.

Czy nigdy pani nie płacze?

Oj, płaczę. Mnóstwo. One długo walczą o życie. To nie trwa kwadrans. Wszyscy płaczemy. Ale to nie znaczy, że mamy zostawić inne dzieci. Gdybym odeszła, to by znaczyło, że własne potrzeby stawiam na pierwszym miejscu. Że to ja jestem najważniejsza. A dla mnie dzieci były najważniejsze od pierwszego dnia, kiedy tam weszłam. W grudniu każdego roku mamy spotkania wyleczonych pacjentów. Mamy je już od lat 70. Jeżdżę po ich ślubach i chrzcinach, choć myślałam, że nasze dzieci nie będą mogły mieć własnych. Ostatnio byłam na spotkaniu w Business Center Club i nagle w tłumie ludzi rzuca mi się ktoś na szyję i mówi: "Lata temu byłam pani pacjentką!". W zaduszki zawsze mamy msze za dzieci, które odeszły. Lampka za każde życie. Od 1973 r. to już ponad 400 lampek...

Czy można sprawić, że chore dzieci przestają się bać?

Chyba nie. Zawsze się człowiek boi. I nic się z tym nie da zrobić. Myślę, że dzieci wiedzą więcej i więcej rozumieją, niż nam się wydaje. Mówimy im prawdę. Kiedyś mówiłam ja. Przeszłam wszystkie szczeble. Teraz często jestem w Warszawie, więc z dziećmi i rodzicami rozmawiają moi współpracownicy. Mamy dwóch psychologów na miejscu. Czasami lepiej, żeby z dzieckiem porozmawiał lekarz, czasami psycholog, czasem rodzice chcą to zrobić sami. Wszystkie dzieci się boją choroby. Nie boją się za to bólu. U nas jest kolorowo i wesoło. I nie ma bólu.
Kiedyś były inne procedury. Więc cztero- czy pięcioletnie dzieci bały się wszystkiego, bo to były strasznie bolesne zabiegi. Dzisiaj wszystko robi się w znieczuleniu albo w narkozie. Rodzice są cały czas z dziećmi. W 1973 to był koszmar. Tymi rękoma robiłam punkcję szpiku czy punkcję lędźwiową w znieczuleniu miejscowym. Co to znaczyło? Trzeba było nakłuć nowokainą miejsce punkcji, 40 zastrzyków. Wyobraża pan sobie czterolatka okłuwanego 40 razy? Przecież on z bólu nie mógł wytrzymać. Darł się wniebogłosy. Lepiej było go przytrzymać i barbarzyńsko, ale skutecznie zrobić to raz i od razu. Od 20 lat usypiamy.

Warto przeczytać: Czy dzieci są dziś pod dobrą opieką lekarzy?

Pełna wersja wywiadu ukazała się w pierwszym numerze magazynu "Uroda Życia" (1/2014). Kolejny numer możesz zamówić w naszym saloniku prasowym.
Redakcja poleca: Czy pediatrzy znikną z przychodni?! Sprawdź, co mówi ekspert!
Czy nowelizacja ustawy o POZ pozbawi dzieci lekarza pierwszego kontaktu? Prof. Alicja Chybicka, przewodnicząca Parlamentarnego Zespołu ds. Dzieci, pediatra, obawia się, że zmiany nie będą korzystne dla dzieci.
Oceń artykuł

Ocena 4 na 3 głosy

Zobacz także

Popularne tematy