Mężczyzna, który zabrał syna na survival
fot. Adobe Stock, romankosolapov

„Zabrałem syna na wyprawę, żeby zrobić z niego prawdziwego faceta. Tymczasem to ja okazałem się słabeuszem bez wyobraźni”

„Chciałem pokazać synowi, co to jest prawdziwa szkoła przeżycia, i trochę mu zaimponować. Dzieciaki teraz nie widzą świata poza Internetem. Chciałem żeby syn poznał, co to znaczy być prawdziwym mężczyzną. Ale stało się odwrotnie i jestem z niego dumny”
Mężczyzna, który zabrał syna na survival
fot. Adobe Stock, romankosolapov
Z dzieciństwa pamiętam, że większość czasu do piętnastego roku życia spędziłem na bieganiu po podwórzu, grze w piłkę i na zabawie w wojnę. Tymczasem mój syn za nic w świecie nie chciał wychodzić na powietrze. Ćwiczenia na lekcjach wuefu, wyjście na basen, kręgielnia – owszem, ale nic ponad to. Teraz próżno wypatrywać dzieci na podwórkach, za to wszyscy siedzą z tabletami w swoich pokojach i grają albo czatują przez internet. Cherlaki! 
 
Postanowiłem to zmienić. Przynajmniej w swojej rodzinie. Oczywiście, wiedziałem, że samo ględzenie ojca z fotela przed telewizorem nie wystarczy. Tu trzeba dać przykład, a nie jedynie opowiadać tonem pełnym wyższości, co należy zrobić. Innymi słowy zamierzałem pojechać z synem w teren i podzielić się moim doświadczeniem trapera i włóczykija. Przedstawiłem pomysł małżonce. Trochę się bałem, że będzie oponować. Niepotrzebnie...
 
– Jedźcie, pewnie! – zakrzyknęła entuzjastycznie. – Ostatnio strasznie zdziadziałeś, przyda ci się trochę wysiłku.
 
„Co? Ja zdziadziałem?! No owszem, byłem facetem po czterdziestce, z nadwagą, zakolami i zmarszczkami wokół oczu. Ale do starego dziada jeszcze mi daleko”. I tego miałem zamiar dowieść. O dziwo, Ernestowi też spodobał się mój pomysł. Stwierdził, że w weekendy zazwyczaj się nudzi, więc możemy jechać. Określiłem nasz wypad jako bieg survivalowy, by podnieść atrakcyjność naszej wycieczki modnym nazewnictwem. Potem zaczęliśmy ustalać szczegóły. Jak survival, to survival, żadnej łatwizny. Każdy bierze swój plecak, żelazną rację żywności i podstawowe ubrania. Do tego mały namiot i wędkę.
 
– Pojedziemy pociągiem do Zalewek, tam jest kilka jezior i lasy. Spędzimy dwa dni z przyrodą i będziemy pokonywać własne słabości – ostrzegałem.
 
– Pociągiem? Super! – Ernest był zachwycony. – Nie tylko ten samochód i samochód.
 
Rzeczywiście, od kilkunastu lat jeżdżę wszędzie autem. Inaczej nie wyrobiłbym się z czasem. Jednak kiedyś pociąg albo autobus były dla mnie codziennością.

Plan był ambitny, ale wierzyłem, że nam się uda!

W sobotę skoro świt wymaszerowaliśmy z domu i skierowaliśmy się na dworzec PKP. Pogwizdywałem wesoło, bo czułem się naprawdę jak za dawnych lat… przez kilkaset metrów. Po przejściu tego dystansu plecak zaczął mi coraz bardziej ciążyć, na twarzy pojawiły się kropelki potu. Na szczęście stacja nie była daleko.
 
Pociąg zawiózł nas do Zalewek. Wysiedliśmy na peronie, przeszliśmy przez wioskę i wkroczyliśmy między zarośla za ostatnimi budynkami. Asfalt się skończył, zaczęła się wyboista droga gruntowa. Po lewej zalśniła tafla pierwszego mijanego jeziora, przed nami był już tylko las.
 
– Tu jest kilkanaście jezior i stawów – poinformowałem Ernesta. – Pozwiedzamy teren. Podobno w szuwarach można natknąć się na siedliska rzadkich ptaków. Jednak najistotniejsze jest spanie i wyżywienie. Konserwy to tylko zabezpieczenie. Postaramy się złowić i upiec rybę na kolację, a kto wie, może  nawet upolować coś biegającego.
 
– Blee… – wzdrygnął się Ernest. – Chcesz kogoś zabić?
 
„Rany, co to za ekologiczna propaganda? A zafoliowane kotlety w markecie to niby skąd się biorą? Z powietrza?”.
 
– Dobrze, najpierw orientacja w terenie – zmieniłem temat.
 
– Mam geolokalizację w tablecie. Pokazuje, gdzie jesteśmy – pochwalił się Ernest i wyciągnął urządzenie. Zmarszczyłem brwi.
 
– Prawdziwy traper nie polega na elektronice. Bateria się wyczerpie albo satelita spadnie z kosmosu i jesteś ugotowany. Mam dobrą mapę topograficzną, to wystarczy. Zaznaczamy trasę i pozycję według punktów charakterystycznych terenu i wskazań kompasu. 
 
Wyciągnąłem przygotowane wydruki, gdzie widniały zarysy mijanych jezior.  Ruszyliśmy. Po kolejnych kilkuset metrach droga kończyła się na polanie, z której wychodziło wiele ledwo widocznych ścieżek.
 
– Tędy – zakomenderowałem, porównując mapę oraz wskazania kompasu z otaczającą nas zieloną ścianą lasu. 
 
Wdarliśmy się między zarośla. Plecak ciążył, paski wydawały się to za luźno, to za ciasno zapięte. Co chwilę je poprawiałem, ale niewiele to pomagało. Zarośla jeżynowe zaczepiały mnie kolcami przy każdym kroku, leszczyny biły gałęziami po twarzy. Po kilkuset metrach ścieżka rozmyła się w gąszczu chwastów, podłoże stało się wilgotne i buty zaczęły grzęznąć w błotnistej mazi. Pojawiły się szuwary. Dotarliśmy do brzegu jeziora. Razem z Ernestem pochyliliśmy się nad mapą.
 
– Hm, trzeba obejść to jezioro. Za nim zaczyna się nasze Eldorado – pokazałem cel dzisiejszej wędrówki i zaznaczyłem naszą obecną pozycję na mapie, przynajmniej tak sądziłem.
 
Zawróciliśmy. Zgodnie z kompasem, mapą i szacunkową liczbą kroków powinniśmy skręcić we właśnie mijaną ścieżkę, żeby obejść akwen i znaleźć drogę. Tak zrobiliśmy i… znowu doszliśmy do bagien rozciągających się wokół jeziora.
 
– Tato, może wykorzystamy sytuację i spróbujemy podejrzeć jakiś rzadki okaz ptaka – zaproponował Ernest. 
 
Jak na zawołanie z szuwarów wystartowało wielkie skrzydlate... „coś”; wyglądało jak żuraw.
 
– E, później. Wolę znaleźć lepsze miejsce – powiedziałem.
 
Znowu zawróciliśmy i spróbowaliśmy pójść w wyznaczonym przez mapę, kompas i moje traperskie umiejętności kierunku. Powitały nas ponownie szuwary i błoto.
 
– Może… – Ernest wyciągnął tablet.
 
– Zostaw to – warknąłem. – Jak zawodzi mapa, trzeba obserwować otoczenie. Gdzie jest północ?
 
– Tam, gdzie rośnie mech – popisał się wiedzą mój syn. 
 
Spojrzał na pień najbliższego drzewa i mina mu zrzedła. Mech obrastał je z każdej strony.
 
– Taa… – mruknąłem tonem znawcy. – Pozostaje obserwacja bezpośrednia. Z korony drzewa.

Cóż, nie wszystko poszło tak, jak sobie założyłem...

Zrzuciłem z ulgą mój plecak i przymierzyłem się do solidnego drzewa obok. Najniższe gałęzie wychodziły z pnia nad moją głową, ale przynajmniej było ono wyższe niż pozostałe, więc dobre jako punkt obserwacyjny. Chwyciłem za gałąź i spróbowałem się wspiąć. Kiedyś potrafiłem zawisnąć jak małpa i równie zgrabnie się wspinać. Jednak teraz niespodziewanie moje nogi okazały się ciężkie jak ołów, ręce po kilku próbach utrzymania ciężaru ciała bolały, a palce jakby same się rozwierały, puszczając zwisającą gałąź.
 
– Podeprzyj mnie – powiedziałem do syna.
 
– Jesteś pewien. Nie wyglądasz jakbyś… – zaczął Ernest, ale zamilkł pod moim groźnym spojrzeniem. 
 
Po chwili patrzyłem na niego z góry. Potem udało mi się wspiąć konar wyżej i jeszcze jeden… Do czubka nadal było daleko, gdy nagle poczułem, że boję się wysokości. Potoczyłem wzrokiem po okolicy, w szparze pomiędzy gałęziami zobaczyłem taflę wody i przeciwległy brzeg.
 
– Tam jest jezioro! – krzyknąłem. 
 
Żadne wielkie odkrycie, ale musiałem mieć jakieś wyniki obserwacji. Zacząłem się zsuwać. Jedna gałąź, druga, najniższa. Hop! Wylądowałem na ziemi i poczułem niemiłe ukłucie w kostce. Krzywo stanąłem.
 
– Musimy iść wzdłuż brzegu, wtedy obejdziemy jezioro – zakomenderowałem, kuśtykając w zarośla.
 
– Tato, kulejesz.
 
– Drobny uraz – bagatelizowałem sprawę. 
 
Sekundę później zapadłem się po kolana w błotnistą maź. Zażartowałem, próbując się wydostać z bagniska: 
 
– O, kąpiel borowinowa. Zaraz mi przejdą wszelkie bóle.
 
Jednak nie przeszły. Ernest pomógł mi się wydostać z błota. Następnie stwierdził, że musimy wrócić do miasta i pojechać na pogotowie.
 
– Nie ma mowy! Survival to walka z przeciwnościami i własną słabością. Idziemy – oznajmiłem.

Zmęczenie odebrało mi rozsądek

Ruszyłem ostro w krzaki i znowu się zapadłem po kolana. Ernest zaproponował, że poniesie mój plecak. Odmówiłem, ale po dalszych kilkuset metrach zmagania się z bólem, przepakowaliśmy jednak część moich rzeczy do niego. Było mi dużo lżej. W końcu, po godzinach kluczenia i zapadania się w błoto, znaleźliśmy małą polankę przy brzegu, ze śladami ogniska. Jak widać, nie tylko my się tu włóczyliśmy. Strasznie brudni od kolan w dół, poszarpani przez gałęzie i kolce od kolan w górę, głodni i wyczerpani – padliśmy na trawę.
 
– Rozbiję namiot – powiedział Ernest.
 
– Dobrze, byle prosto i z naciągniętym tropikiem – stwierdziłem łaskawie. 
 
W duchu dziękowałem Bogu, że nie muszę już ruszać bolącą nogą. Stawianie namiotu poszło mu nieźle. Nadszedł wieczór, zjedliśmy po konserwie, rezygnując dziś z połowów i gonitw za dzikim zwierzem.
 
– Chyba musisz trochę przesunąć ten plecak, żeby nie dotykał ścianki – zasugerował Ernest, kiedy już się położyliśmy. – Słyszałem, że jak coś przylega do tropiku, to on przecieka.
 
– Tak, tak – mruczałem, słuchając go już przez sen. – Nie pada przecież.
 
Jednak zaczęło. Plecak dociśnięty do tropiku stał się malutką rynienką, którą spływały kropelki wprost do mojego śpiwora. Obudziłem się o świcie cały mokry. Noga bolała jak diabli, a kostka przypominała banię. Ernest obejrzał to wszystko i zarządził:
 
– Ja idę po pomoc. Ty tu leżysz i nigdzie nie chodzisz.
 
– Ale… – zacząłem oponować.
 
– Nie pójdziesz z taką nogą. A ja się nie zgubię, mam to – wskazał tablet z włączoną mapą i czerwonym punktem wyznaczającym jego obecną pozycję.
 
Po kilkudziesięciu minutach przyjechał terenówką z leśniczym. Pomogli mi wsiąść. Ernest pakował sprzęt, leśniczy ziewał. Jednak nie powiedział złego słowa na pobudkę w niedzielę o świcie. Jedynie mruczał, niby do siebie, że pełno się tu kręci takich niedzielnych turystów, którzy gubią się w terenie i niszczą gniazda zwierząt. Pojechaliśmy do leśniczówki, gdzie dali nam herbaty. Po kilkunastu minutach wjechał na podwórko nasz samochód. Spojrzałem zdziwiony na syna.
 
– Zadzwoniłem po mamę. Nie dojdziesz na stację w tym stanie – wyjaśnił.
 
Pomyślałem, że zaraz się zaczną przytyki, ale moja małżonka pocałowała mnie, pocieszyła i pomogła usiąść na tylnym siedzeniu. Pan leśniczy odmówił przyjęcia pieniędzy za pomoc i pomachał na „do widzenia”, choć po minie widziałem, że raczej wolałby, aby to było „żegnajcie”.

Czas leci nieubłaganie i wszystko zmienia!

Bilansem tej wyprawy była skręcona kostka, kilka ponurych myśli o starzeniu się i przemijaniu, lecz przede wszystkim rozpierająca mnie duma z syna. Przetrwał marsz, rozbił obóz oraz pomógł potrzebującemu. Zuch. A co najważniejsze, okazał się rozsądnym człowiekiem, który umie ocenić własne możliwości i który nie panikuje w trudnej sytuacji. 
 
Po opatrzeniu nogi i upewnieniu się, że wrócę do zdrowia, porządnie mi się oberwało od żony. Oprócz poprzedniej informacji, że jestem dziadem, dowiedziałem się jeszcze, że brak mi piątej klepki, że nie dbam o siebie i innych oraz skazuję ją na nerwy graniczące z obłędem. Wysłuchałem pokornie tej tyrady, będącej niewątpliwie wynikiem stresu i wspomnianego obłędu, i częściowo przyznałem jej rację. Częściowo, bo zawsze jakiś kawałeczek chłopięcej duszy zostanie, mając za nic gderanie rodziców, nauczycieli, prezesów oraz żon. Nawet u tych chłopców po czterdziestce.

Marek, 42 lata

Czytaj także:
Redakcja poleca: Redaktorki Mamotoja.pl o byciu mamą [CHWILA WZRUSZEŃ NA DZIEŃ MATKI]
Na co dzień tak jak i Wy jesteśmy mamami. Z wszystkimi tego, radosnymi i nie tylko radosnymi, konsekwencjami. Posłuchaj, co jest najpiękniejsze w byciu mamą dla dziewczyn z Mamotoja.pl i... napisz nam swoją własną historię!
Oceń artykuł

Ocena 5 na 1 głos

Zobacz także

Popularne tematy