Zraniony mężczyzna
fot. Adobe Stock, Serenkonata

„Żona pracowała, a ja byłem kurą domową. Zdradzała mnie na prawo i lewo, a teraz jeszcze chce odebrać mi dziecko”

„Gdy żona stwierdziła, że odchodzi i zabiera ze sobą syna, nie mogłem w to uwierzyć. Okazało się, że cały czas miała kogoś na boku, a ja byłem jej tylko potrzebny do zajmowania się domem i dzieckiem. Związałem się z modliszką! Zacząłem walczyć o Bartka, ale niestety miała asa w rękawie”.
Zraniony mężczyzna
fot. Adobe Stock, Serenkonata
Słucham?! – w tamto popołudnie z poirytowaniem podniosłem słuchawkę stacjonarnego telefonu. Byłem pewien, że znowu jakiś namolny telemarketer będzie mi wciskał „inteligentną kołdrę” albo „myślące garnki”. Najchętniej dawno zlikwidowałbym ten domowy telefon, ale nie mogłem! Ze względu na moich rodziców. Staruszkowie byli niereformowalni i do kontaktów telefonicznych uznawali wyłącznie stacjonarne urządzenie. Mieszkali wprawdzie kilka ulic ode mnie, ale byli schorowani, coraz słabsi, a ja byłem ich jedynym synem.
 
Tamtego dnia wiedziałem jednak, że to na pewno nie dzwonią oni – bowiem mama i tato akurat byli u mnie. Gawędziliśmy właśnie przy herbatce, kiedy zadzwonił tamten telefon.
 
– Słucham – warknąłem do słuchawki.
 
Jednak zamiast głosu namolnego sprzedawcy usłyszałem… westchnienie.
 
– Halo, jest tam kto?! – krzyknąłem.
 
– Jestem – głos, który mi odpowiedział był cichy, jakby przestraszony.
 
– Kto mówi?! – zdenerwowałem się.
 
– Tato… Tu Bartek.
 
Mało nie zemdlałem! Przez mój z trudem poukładany świat w sekundę przeszło tornado emocji!
 
– Kto dzwonił? – spytała mama, gdy już po rozmowie, na trzęsących się nogach, wróciłem do pokoju.
 
– Bartek… – wyszeptałem, ciągle zdumiony tym, co się przed chwilą stało.
 
– Matko Boska! – mama chwyciła się za serce. – I co?!
 
– Umówiliśmy się… Pozdrawia was. Pojadę do niego! – nagle dotarło do mnie, że to dzieje się naprawdę!
 
– Mamo, tato, to cud! – wykrzyczałem do oniemiałych rodziców. 
 
Mamie pociekły po policzkach łzy. Wiedziała, że czekałem na tę chwilę ponad dziesięć, długich lat!

Gdy Basia zaszła w ciążę, oszalałem ze szczęścia

Dzień, w którym Bartek przyszedł na świat, na zawsze pozostał w mojej pamięci jako najszczęśliwszy w życiu.
 
– Synku, przysięgam, że zawsze będę cię kochał – klęczałem na szpitalnej podłodze przy kojcu tego szkraba i byłem najdumniejszym ojcem na świecie!
 
Zresztą to był w ogóle dobry czas w moim życiu, a narodziny synka tylko go ukoronowały. Z Basią, moją żoną, dobrze nam się układało. Od naszego ślubu minęło kilka lat i zdążyliśmy w tym czasie i się wyszaleć, i ustabilizować: pracowaliśmy, kupiliśmy mieszkanie. O dziecko jakoś szczególnie się nie staraliśmy, wciąż uważając, że mamy na to czas. Jednak okazało się, że los zadecydował za nas i Basia zaszła w ciążę. Oszalałem ze szczęścia!
 
– Będziemy rodzicami, ale super! – radość mnie wręcz rozpierała. 
 
Ale żona nie odwzajemniała mojego entuzjazmu – raczej sprawiała wrażenie przerażonej… Uznałem jednak, że to z powodu szalejących hormonów podczas jej ciąży. Dbałem o nią przez cały ten czas, roztaczałem piękne wizje dla naszej powiększającej się rodzinki. Basia jednak ciągle była nieswoja. Dopiero gdy spojrzała w oczka nowo narodzonego Bartusia – podobnego do niej jak dwie krople wody – coś w niej wreszcie pękło! Stała się dawną, kochaną Baśką.
 
Synuś rósł nam jak na drożdżach, śliczny jak aniołek. Gdy mijały trzy miesiące od jego narodzin, trzeba było zadecydować: co dalej? Basi kończył się urlop macierzyński, i przed podjęciem decyzji o urlopie wychowawczym chciała rozmówić się z dyrektorem, żeby wybadać, czy to nie zaszkodzi jej karierze.
 
– Podpytam go, jakie mają wobec mnie plany. I czy w ogóle mają… Bo nie wiem, czy wracać już do pracy, czy zostać jeszcze z malutkim w domu? – zastanawiała się. 
 
Rozumiałem jej dylematy: zawsze była ambitna, w firmie ją cenili, dobrze zarabiała. Narodziny Bartka zachwiały jej karierą, ale kochała synka, więc miała niełatwy orzech do zgryzienia.
 
– Jedź na tę rozmowę, ja wezmę dzień wolnego i zajmę się małym. Po rozmowie idź do fryzjera czy kosmetyczki, odetchnij trochę. My tu sobie z Bartusiem ze wszystkim poradzimy – obiecałem żonie.
 
– Kochany jesteś! – przytuliła mnie.
 
Kilka dni później pojechała na rozmowę, a ja zostałem z Bartkiem i… Boże, jaki to był cudowny dzień! Spacerowałem z synkiem po parku i nie mogłem uwierzyć, że w samo południe – zamiast stresować się w pracy – mogę cieszyć się świeżym powietrzem, słońcem i bawić się z dzieckiem. To właśnie wtedy poczułem, jak bardzo jestem zmęczony, wręcz wypalony zawodowo!
 
W domu podgrzałem małemu kaszkę, potem bawiłem się z nim, gilgotałem go po brzuszku, a on śmiał się w głos!
 
– Jesteś taki kochany! – patrzyłem w jego niebieskie oczka i przez myśl mi przebiegło, że zdecydowanie wolałbym zajmować się nim, niż chodzić do firmy…
 
Baśka wróciła wieczorem. 
 
– Tomek, nie wiem, co robić! – oznajmiła od progu. – Dyrektor obiecał mi awans i sporą podwyżkę, jeśli wrócę teraz do pracy! To świetna propozycja, może się nie powtórzyć! A z drugiej strony żal mi zostawiać Bartusia z jakąś opiekunką. 
 
Wtedy mnie olśniło!
 
– Wracaj, kochanie, do pracy, a ja zajmę się małym! Zwolnię się, i będę zarabiał zleceniami w domu. – poczułem, że podjąłem najlepszą decyzję.
 
– Ty… Żartujesz?! – Baśka wyglądała na zszokowaną.
 
– Nie! Po co ktoś obcy ma zajmować się naszym synem, skoro mogę ja! I wiesz… Bardzo tego chcę! Bartuś będzie pod dobrą opieką, ty będziesz się realizować zawodowo, a ja nie będę już musiał łazić do biura – wytłumaczyłem.
 
– Jesteś super! – żona rzuciła mi się na szyję. Po czym dodała, patrząc mi prosto w oczy:
 
– Dziękuję i… nigdy ci tego nie zapomnę! Obiecuję, że za jakiś czas to ja zrobię wszystko, abyś ty mógł realizować swoje ambicje. Zawsze chciałeś mieć własną firmę, może o tym pomyślimy?
 
Byłem wtedy bardzo szczęśliwym człowiekiem. Wkrótce żona wróciła do pracy, a dla mnie zaczął się może nie najłatwiejszy, ale za to piękny czas! Z przyjemnością zajmowałem się synkiem, pomagała mi mama. Lubiłem zwyczajne, codzienne obowiązki przy małym. I w ogóle nie tęskniłem za biurem. Czułem, że robię coś o wiele cenniejszego! Nie rozumiałem, jak mogłem spędzać tyle godzin dziennie bez mojego dziecka?! A i Bartuś świata poza mną nie widział. Wciąż szukał mnie wzrokiem, po swojemu wołał, gdy szedłem na chwilę do łazienki i uśmiechał się szeroko, gdy do niego podchodziłem. Owszem, jak to dziecko – czasem płakał i marudził, ale szybko nauczyłem się koić jego niepokoje. Dobrze nam ze sobą było! Tylko Basia źle znosiła codzienne rozłąki z małym.
 
– Jestem złą matką! – chlipała, gdy wracała z pracy, a synek już spał. – Niedługo Bartuś zapomni, jak wyglądam!
 
Musiałem ją wtedy pocieszać. Ale miesiące mijały i w końcu przywykła do nowej sytuacji. Sukcesy, które odnosiła w pracy, rekompensowały jej rozterki. Zarządzała zespołem ludzi, jeździła na biznesowe spotkania i szkolenia, także za granicę. I sam nie wiem kiedy, ta moja poczciwa Basia zmieniła się w prawdziwą bizneswoman! Elegancką, wystrojoną, wiecznie zajętą i… coraz bardziej mi obcą! Mój świat kręcił się wokół zupek i kupek, ona prowadziła światowe życie. W jakiś rok po tym, jak zacząłem zajmować się Bartkiem w domu, zauważyłem, że coraz trudniej dogaduję się z Basią.

Pani dyrektor zaczyna nowe życie...

Do pracy wróciłem dopiero, gdy Bartuś poszedł do przedszkola. Ale nadal to głównie ja go tam woziłem, odbierałem, zajmowałem się nim popołudniami. Basia zdążyła bowiem awansować. I stała się w domu gościem – wychodziła rano, wracała przed nocą. Wszystkie domowe obowiązki spoczywały na mnie i moich rodzicach. A nasze małżeńskie relacje były coraz gorsze! Miałem wrażenie, że żona traktuje mnie jak gosposię i opiekunkę do dziecka, a nie jak partnera! Próbowałem z nią o tym rozmawiać, ale zbywała mnie. 
 
Nie umiałem zdobyć się na stanowczość, a lata mijały. Żona żyła w swoim świecie, ja w swoim. Ciągle jednak naiwnie liczyłem, że się dogadamy. Dlatego, mimo wszystko, starałem się nie robić jej wyrzutów, że tak mało czasu poświęca dziecku i mnie. Rozumiałem, że to jest czas jej zawodowych żniw. No i mieliśmy przecież umowę! Liczyłem, że i ja zacznę się wkrótce realizować. Odejdę z biura, założę firmę. Miałem już nawet plan własnego biznesu, ale… 
 
– Tomek, nie mogę dłużej spokojnie patrzeć, jak ty poświęcasz się dla synka i domu, a Baśka ci w tym czasie rogi przyprawia! – Iza, koleżanka żony, poprosiła mnie któregoś dnia o spotkanie i wyłożyła kawę na ławę.
 
Przeżyłem szok! Jeszcze tego samego wieczora zapytałem żonę, czy to prawda,
 
– A, to już wiesz? – obojętnie wzruszyła ramionami. – Tak, zakochałam się w kimś. Przecież sam widzisz, że nasze małżeństwo to fikcja! Ja potrzebuję w życiu partnera, faceta, adrenaliny, a nie… gosposi domowej! – wypaliła.
 
Nie wierzyłem, że to powiedziała!
 
– Jak możesz?! – wściekłem się. – Już nie pamiętasz, dlaczego postanowiłem zająć się małym, domem i co ustaliliśmy?!
 
– Ciszej, obudzisz dziecko – syknęła.
 
– Teraz cię dziecko interesuje?! – wykrzyczałem. – Bartek ma pięć lat, z czego co najmniej cztery przegapiłaś!
 
– Nie drzyj się – Baśka wciąż była obojętna. – Chciałam cię poinformować, że składam pozew o rozwód, zabieram dziecko i wyprowadzam się do Warszawy!
 
Pociemniało mi w oczach. Ona wszystko, za moimi plecami, dawno uknuła! I chce mi zabrać dziecko?! 
 
– Słuchaj, kretynko! – straciłem nad sobą panowanie. – Puszczaj się, z kim chcesz! Ale dziecka ci nie oddam! Nigdy!
 
– Zobaczymy! – prychnęła.
 
Pozew rozwodowy otrzymałem pocztą kilka dni później. Żona domagała się… pozbawienia mnie praw rodzicielskich!
 
– Spokojnie stary, nie ma ku temu żadnych podstaw! – uspokajał mnie Mariusz, zaprzyjaźniony prawnik. – Przecież ona nawet nie wie, co wasze dziecko jada na obiady i jakie bajki lubi, bo to ty się zajmujesz synem, a ona wiecznie pracuje! Złożę do sądu wniosek, aby Bartka przebadali biegli psychologowie. Ich opinia pewnie wykaże, że mały jest bardziej związany z tobą niż z matką. I to będzie stanowiło solidną podstawę, abyś to ty walczył w sądzie o opiekę nad małym! Nie martw się! – poklepał mnie po plecach.
 
Trochę się uspokoiłem. Za to Baśka wpadła w szał, gdy dowiedziała się o moich planach.
 
– Albo oddasz dziecko po dobroci, albo pożałujesz! – z jej oczu biła nienawiść.
 
– A co? Napuścisz na mnie zbirów?  – ironizowałem. – Przecież Bartuś jest ze mną związany jak z nikim! Mnie możesz krzywdzić, ale czemu chcesz to zrobić jemu?! Obce miasto, obcy dom, obcy… tatuś! To będzie dla niego trauma! – próbowałem jej przemówić do rozumu.
 
– Spieprzaj z tymi mądrymi radami! – Baśka była purpurowa na twarzy.
 
Nie poznawałem jej… Do badań psychologicznych syna jednak doprowadziłem. Okazało się, że Bartek ma ze mną bardzo mocną więź! A z nią… taką sobie.
 
– No widzisz?! Wygramy! – Mariusz nie miał wątpliwości. 
 
Odetchnąłem. Jednak tego, co nastąpiło później, nie spodziewałbym się nawet w najgorszych koszmarach...
Dla dobra Bartka, musiałem zniknąć z jego życia
 
– Chciałam ci tego oszczędzić, ale widzę, że się nie da! Bartek… nie jest twoim synem! – Baśka nie patrzyła mi w oczy.
 
– Cooooooo?! – słabo mi się zrobiło.
 
– A to, że miałam przelotny romans i zaszłam w ciążę nie z tobą!
 
– Kłamiesz!
 
– Nie kłamię! Chciałam ci nawet powiedzieć, ale tak ześwirowałeś, gdy zaszłam w ciążę, że nie miałam odwagi…Na szczęście Bartuś jest podobny do mnie, więc nie miałeś podejrzeń. Ja nawet uwierzyłam, że będziemy żyli we trójkę długo i szczęśliwie, ale… Kurczę, ja tak nie potrafię! Nie kocham cię od dawna! Poznałam kogoś i chcę być jeszcze w życiu szczęśliwa! – krzyczała.
 
– Kto jest ojcem Bartka?! – to jedyne, co tłukło mi się po głowie.
 
– Nieważne… To była przelotna przygoda. Facet nawet nie wie, że ma syna – Baśka wzruszyła ramionami.
 
Zaniemówiłem. Związałem się z modliszką! Wybiegłem z domu i miałem ochotę rzucić się z mostu! Resztkami rozsądku skierowałem kroki do domu Mariusza. 
 
– Musisz zrobić testy na ojcostwo – poradził mi kumpel.
 
Kilka tygodni później ziścił się najgorszy scenariusz, jaki mogło napisać mi życie. Testy potwierdziły, że Bartek nie jest moim synem!
 
– W sądzie już raczej nic nie zdziałamy – Mariusz miał marsową minę.
 
– Niech pan odpuści – nawet pani psycholog, u której wylądowałem po załamaniu nerwowym, nie miała dla mnie pocieszenia. – Spotkała pana dramatyczna sytuacja, ale pan jest dorosły i jakoś sobie z nią poradzi. Natomiast chłopiec ma pięć lat i jedyne, co może pan zrobić, aby choć trochę uchronić go przed tym koszmarem, to… zniknąć z jego życia! Proszę zrozumieć: pan nie ma do niego praw, nie będzie pan już z nim mieszkał. Dla niego to bardzo trudna sytuacja i musi się do niej we względnym spokoju przyzwyczaić. Tymczasem, jeśli pan będzie go odwiedzał, a potem odjeżdżał, on będzie bardzo cierpiał, na nowo tęsknił! To może się nawet odbić na jego rozwoju! Dlatego, jeśli go pan kocha, musi pan poświęcić własne dobro dla jego dobra – tłumaczyła.
 
– Nie zostawię syna! – upierałem się.
 
I początkowo w każdy weekend jeździłem do Warszawy, dokąd po rozwodzie wywiozła małego Baśka. Na szczęście pozwalała mi się z nim widywać. Niestety… Szybko okazało się, że pani psycholog miała rację! Bartek tak strasznie przeżywał spotkania i rozstania ze mną, że w końcu zaczął się moczyć po nocach, dostawać ataków histerii! Nawet Baśka zmiękła z tego wszystkiego i zaczęła ze mną rozmawiać jak z człowiekiem.

A ja… Nienawidziłem jej! Miałem autentyczną chęć ją zabić! Jedyne, co mnie powstrzymywało to świadomość, że pójdę do więzienia i Bartuś zostanie bez rodziców… Podjąłem w końcu najtrudniejszą w życiu decyzję i przestałem odwiedzać syna. A potem… szkoda gadać. Przeszedłem i przez alkoholizm, i przez depresję… Nie chcę opisywać tych lat, które przyszło mi przeżyć bez Bartka. W każdym razie nie ułożyłem sobie drugi raz życia. I gdyby nie rodzice, pewnie by mnie już nie było. To dzięki ich wsparciu jakoś stanąłem na nogi, ale rozpaczliwa tęsknota za synem nigdy mnie nie opuściła. 

Ponad dziesięć długich lat tak trwałem. Aż zadzwonił tamten telefon

– Tęskniłem za tobą, tato. Nigdy o tobie nie zapomniałem! – powiedział mi wtedy do słuchawki Bartek. – Czy moglibyśmy się spotkać? – zapytał.
 
Pognałem do Warszawy jak na skrzydłach i gdy go zobaczyłem… Poleciały mi łzy! Chłopisko wielkie z niego wyrosło, przystojniak! Miał już prawie 16 lat, a wtulił się we mnie zachłannie jak dziecko i też pociągał nosem! Długo nam zeszło, nim głosy przestały nam się łamać ze wzruszenia. A gdy już wreszcie odzyskaliśmy mowę, nie mogliśmy się nagadać! Byłem nim zachwycony! Wyrósł na inteligentnego, błyskotliwego i rozsądnego chłopaka. A dołki w policzkach robiły mu się podczas uśmiechu takie same jak wtedy, gdy był malutki!
 
– Kocham cię, tato – wypalił w pewnej chwili.
 
– Ja ciebie też kocham, synku!
 
Redakcja poleca: Redaktorki Mamotoja.pl o byciu mamą [CHWILA WZRUSZEŃ NA DZIEŃ MATKI]
Na co dzień tak jak i Wy jesteśmy mamami. Z wszystkimi tego, radosnymi i nie tylko radosnymi, konsekwencjami. Posłuchaj, co jest najpiękniejsze w byciu mamą dla dziewczyn z Mamotoja.pl i... napisz nam swoją własną historię!
Oceń artykuł

Ocena 6 na 2 głosy

Zobacz także

Popularne tematy