dziewczynka, smutek, emocje, wstyd
fot. © MNStudio - Fotolia.com

Prawdziwe historie: zawsze trzeba mieć nadzieję

Mam na imię Irena. Opowiem wam historię Kasi, najlepszej przyjaciółki mojej córki. Miała ciężkie życie z matką alkoholiczką. Ta historia mówi o tym, że zawsze trzeba mieć nadzieję.
Monika Karbarczyk
dziewczynka, smutek, emocje, wstyd
fot. © MNStudio - Fotolia.com
Spodziewałam się raczej samotnego życia, bo miałam tylko córkę. A w ostatnie Święta Bożego Narodzenia przy stole wigilijnym zasiadłam z Julią, Markiem i ich dziećmi, Kasią z mężem Jackiem i córeczkami, rodzicami Marka, moją mamą i dość liczną rodziną Jacka.
Wszystko zaczęło się, gdy moja córka poszła do przedszkola.

Jesień 1973 roku

Pewnego dnia w przedszkolnej szatni Julka spojrzała na mnie błagalnie.
– Mamo, czy Kasia może do nas pójść? – spytała, wskazując drobną blondyneczkę, która stała obok w towarzystwie postawnej kobiety.
– Jasne, że tak, jeśli tylko mama Kasi pozwoli? – odparłam i spojrzałam w ich stronę. Chyba mam omamy wzrokowe, albo czytam za dużo książek – pomyślałam. Jakbym widziała oberżystkę i Kozetę z "Nędzników"! Dziewczynka wyraźnie bała się matki. A ta mama! Wiek trudny do określenia, cera szara, mina skrzywiona, żałosny widok!
– Mieszkam tuż obok – zachęciłam. – Może Kasia pójdzie do nas, a potem przyjdzie pani po córeczkę?
– Za to my mieszkamy daleko – zacharczała dama głosem przepalonym i mocno "wczorajszym". – Niech ją pani odwiezie wieczorem taksówką!
– Nie mam na taksówki – oświadczyłam. – To może pani wejdzie do nas na herbatę? Dziewczynki pobawią się chociaż chwilę – zaproponowałam.
Miałam w domu dwa kotlety mielone, więc dałam obiad tylko dziewczynkom, a dla nas zaproponowałam kawę.
– Po turecku i mocną – zażyczyła sobie Barbara, już mówiąc mi po imieniu, po czym zapaliła. Na moją uwagę, że u mnie się nie pali, a już na pewno nie w obecności dzieci, odparła, że "z dzieciakami nie ma się co cackać".
"Ale się wpakowałam" – wściekłam się w duchu. Na diabła mi taka znajomość? Natomiast dziewczynki były uszczęśliwione. W pokoiku Julki, z dala od matczynego spojrzenia, Kasia rozkwitła! Śliczne dziecko. Nie mogłam pojąć, jakim cudem takiej wstrętnej babie trafiła się taka córeczka, istny skowroneczek z buzią uśmiechniętą jak słoneczko.
Polubiłam Kasię całym sercem i cieszyło mnie, że moja córka ma taką miłą koleżankę. Julka nazywała ją siostrą! A i Kasia wyglądała na szczęśliwą, że zaraz po przedszkolu może iść do nas. Jadła z nami z taką radością, jakby te skromne potrawy były nadzwyczajnym rarytasem. Matka zabierała ją do domu dopiero wieczorem. Wbiegała po dziecko, jak po ogień. Krzykiem i szturchańcami poganiała Kasię przy ubieraniu.
– No, szybciej, guzdrało, pośpiesz się, taksówka czeka! – przy tym wrzasku i szarpaninie Kasia nie mogła trafić rączką w odpowiedni rękaw, a cała trzęsła się jak małe zastraszone zwierzątko.
Najpierw próbowałam tę matkę uspokajać, ale to przynosiło odwrotny skutek, więc przestałam. Czasem aż mnie korciło, żeby babę trzepnąć w łeb, ale bałam się o Kasię. Przecież później swoją złość wyładowałaby na dziecku.
Z czasem zorientowałam się w sytuacji. Barbara była kilka lat z ojcem Kasi, ale ich związek się rozpadł. Henryk płacił spore alimenty i często spędzał z córką niedziele. Kasia go lubiła, ale nie mówiła do niego "tato", tylko po imieniu, po prostu "Henryk".
Już po paru tygodniach znajomości zdarzało się, że Kasia zostawała u nas na noc. Dziewczynki były zachwycone! Kasia miała u nas swoją piżamkę i zabawki, nawet "przytulankę" do spania.

Warto przeczytać: Zamienione córki
 
Redakcja poleca: Redaktorki Mamotoja.pl o byciu mamą [CHWILA WZRUSZEŃ NA DZIEŃ MATKI]
Na co dzień tak jak i Wy jesteśmy mamami. Z wszystkimi tego, radosnymi i nie tylko radosnymi, konsekwencjami. Posłuchaj, co jest najpiękniejsze w byciu mamą dla dziewczyn z Mamotoja.pl i... napisz nam swoją własną historię!

Wiosna 1975 roku

Któregoś dnia Barbara zaprosiła mnie i Julię do siebie na niedzielny obiad. Dwupokojowe mieszkanie w blokach robiło wrażenie, jakby ktoś je z wierzchu i "po łebkach" posprzątał. Po kątach lepiej było się nie rozglądać. Poznałam też Henryka, przystojnego, eleganckiego pana w średnim wieku. Na przywitanie pocałował mnie w rękę i poprosił, żebyśmy mówili sobie po imieniu. Zaskoczona zgodziłam się.
– Wiesz, Ireno, przede wszystkim proszę cię o wybaczenie – powiedział. – Założyłem, że jesteś, jak inne znajome Barbary. Ale ty jesteś inna.
Jestem zwykłą rozwiedzioną kobietą, która sama wychowuje córkę. Nie ma we mnie nic nadzwyczajnego – zaśmiałam się zażenowana.
Henryk uśmiechnął się tylko. Wieczorem, kiedy szarmancko odwoził nas z Julką do domu opowiedział o swoim związku z Barbarą. Banalna historia. Dojrzały, zamożny mężczyzna stracił głowę dla młodej dziewczyny.
– Chwilami czułem się jak taki domorosły Pigmalion – mówił ironicznie. – Zamarzyło mi się zrobić z niej damę. Idiota za mnie! – podsumował.
"Dzieło" szybko wymknęło mu się z rąk. Barbara nie chłonęła eleganckich manier, natomiast szybko zagustowała w mocnych trunkach i rozrywkowym życiu. Była na tyle inteligentna, by wyczuć zagrożenie. Kiedy Henryk zdecydował się z nią zerwać, już była w ciąży. Sama mu się potem przyznała, że zrobiła to specjalnie.

Jesień 1977 roku

Julia poszła do szkoły! To był niesamowity dzień. Ja przeżywałam to wszystko "podwójnie", bo Kasia też przecież szła do szkoły. Kupiłam im jednakowe granatowe fartuszki i piórniki.
Wszystkie te duplikaty dla Kasi załatwiałam w przededniu szkoły, gdy Barbara powiedziała mi przez telefon, że jest bez grosza i na takie "duperele" nie będzie się zapożyczać. Głos miała znowu "wczorajszy".
W szkole obie dziewczynki radziły sobie świetnie i jakby się nawzajem uzupełniały. Moja Julia zakochała się w matematyce, Kasia okazała się uzdolniona humanistycznie. A przy tym wcale ze sobą nie rywalizowały, przeciwnie – pomagały sobie nawzajem. Barbary prawie nie widywałam, za to Kasia przychodziła do nas codziennie. Była już członkiem rodziny.

Wiosna 1985 roku

Pamiętam ten dzień, jakby to było wczoraj. Kasia wpadła do nas jak burza.
Zrób coś z moją mamą – płakała!
– Każe mi iść do krawieckiej zawodówki! A ja chcę do liceum – szlochała.
Zadzwoniłam do Barbary i nie bawiłam się w żadne ceregiele.
– Masz przyjść do mnie jutro prosto po pracy – nakazałam.
O dziwo, przyszła. Henryk poproszony przeze mnie, też już był. Barbarę zamurowało, bo dawno się nie spotykali.
– Inkwizycja już czeka? – siliła się na dowcip. – Stos też będzie?
Henryk spokojnie oświadczył, że jako ojciec Kasi ma prawo brać udział w podejmowaniu ważnych decyzji.
– Kasia pójdzie do dobrego liceum albo jako ojciec skieruję sprawę do Sądu Rodzinnego – oświadczył. Najpierw była chwila ciszy, a później wrzask: – Nie mam za co utrzymywać darmozjada! – Barbara nie panowała nad sobą. – Po zawodówce miałaby zawód! Niech zarabia na siebie!
– I na wódkę dla ciebie – dodałam.
Przepijasz alimenty, a Kasia częściej jada obiady u mnie, niż w domu. Ona jest zdolna, powinna się uczyć.
Poskutkowało. Kasia poszła do liceum, a potem na studia. Prawie jednocześnie skończyła dwa kierunki – polonistykę i anglistykę.

Zobacz także: Prawdziwe historie: czy ktoś krzywdzi nasze dziecko?

Wiosna 1995 roku

Julia po studiach magisterskich i podyplomowych na Politechnice Łódzkiej, została nauczycielką matematyki i informatyki. Uwielbiała pracę z młodzieżą i młodzież też ją lubiła.
Kasia pracowała w kilku miejscach jednocześnie. Zdawała jakieś specjalistyczne egzaminy, żeby być tłumaczem literatury amerykańskiej. Rok wcześniej zmarł Henryk i Kasia dostała po nim spory spadek. Miała chłopaka, planowali ślub. Kiedy więc z radością powiadomiła nas o swojej ciąży też się ucieszyłyśmy. Obściskała mnie i Julię ze sto razy i rozpromieniona snuła marzenia, jak to cudownie będzie mieć dziecko.
Oboje z Piotrkiem planowali szybki i skromny ślub. Gdyby do pieniędzy po Henryku dołożyli niewielki kredyt bankowy, może udałoby się im kupić jakieś własne malutkie mieszkanko. Marzyli o tym.
Tylko Barbara była wściekła. Ślub i wyprowadzka córki oznaczały dla niej jedynie tyle, że straci pieniądze, które dawała jej Kasia. Gdy po ślubie młodzi zamieszkają osobno, Barbara zostanie sama ze swoim alkoholizmem, brudem, smrodem, wiecznym bałaganem, ciągłymi długami i beznadzieją życiową. A termin ślubu był już bliski.
W prezencie kupiłam już piękny materiał i szyłam Kasi sukienkę do ślubu, według gotowego wykroju z niemieckiej "Burdy". Szyłam też dla jej maleństwa ciuszki, a Julia robiła na drutach sweterki i kołderkę.
I wtedy nadszedł ten straszny wieczór! Piotrek zatelefonował do mnie ze szpitala. Krzyczał coś nieskładnie, z trudem zrozumiałam nazwę szpitala. Tak jak stałam, w domowym ubraniu pobiegłam na postój taksówek.
Lekarz na oddziale wyjaśnił mi, że Kasia jest w stanie ciężkim i ciągle o mnie pyta. Odziano mnie w jakiś biały kitel. Lekarz po cichu powiedział mi, że Kasia poroniła, miała krwotok i prawdopodobnie została pobita. Na twarzy i na całym ciele miała wielkie siniaki i zadrapania. Ale powiedziała lekarzowi, że spadła z łóżka i błagała, żeby nie powiadamiał policji.
Na widok Kasi znieruchomiałam. Była podłączona do jakichś rurek i aparatur, dostawała też krew. Miała opuchniętą całą buzię, obrzmiałą pękniętą wargę, jedno oko było całe jak fioletowa śliwa, a drugiego nie było widać spod opatrunku. Lekarz mi tłumaczył, że założyli szwy, bo łuk brwiowy był mocno rozcięty.
– Niech pani mi powie – prosił – kto jej to zrobił? Ktoś ją musiał bić pięścią i otwartą dłonią! Ktoś kopał ją po brzuchu! Pewnie kuliła się i osłaniała rękami brzuch, bo ręce też całe w siniakach – mówił wzburzonym szeptem.
Czułam, że wiem, kto to zrobił. "Uduszę babsztyla" – mówiłam sobie w duszy.
I wtedy dostrzegłam wbity w siebie wzrok Kasi. Była przytomna. Pochyliłam się, bo otworzyła usta, jakby chciała mi coś powiedzieć.
– Błagam cię, Ireno, nic nie mów doktorowi! – wyszeptała niewyraźnie opuchniętymi wargami. – Przecież nie mogę jej wsadzić do więzienia! Wyzdrowieję! Proszę, nie mów!
Do dzisiaj żałuję, że nie wsadzono tej cholernej pijaczki do więzienia. Ale nie mogłam odmówić prośbie Kasi. Ostatecznie, to jej matka.
Minęło kilka tygodni, Kasia wydobrzała, ale choć odzyskała zdrowie fizyczne, z psychiką było o wiele gorzej. Nie miałam pojęcia, jak jej pomóc. Tyle, że po szpitalu nie wróciła do matki, tylko zamieszkała u mnie.

Zobacz także: Szczęśliwej podróży, szczęśliwego porodu!

Jesień 1995 roku

Julia wróciła z Norwegii, gdzie całe wakacje pracowała jako "babysitter" i wpadła w wir szkolnej roboty. Szalona nauczycielka! Doba była dla niej za krótka!
Kasia wciąż nie mogła się pozbierać. W końcu zdecydowała się pojechać do koleżanki do Paryża. Znalazła tam nawet jakąś pracę. Telefonowała często, ale mówiła mało, więcej płakała.
Aż nagle, któregoś zapyziałego deszczowego dnia bez uprzedzenia zapukała do moich drzwi. Padłyśmy sobie w ramiona. Nie mogłyśmy mówić ze wzruszenia. Czułam, że coś się dzieje.
Kasia wyglądała bardzo mizernie. Jeszcze drobniejsza i szczuplejsza. Na twarzy delikatny makijaż, przy lewej brwi nieznaczna blizna. Wyglądała na starszą i doroślejszą, jakby od wiosny upłynęło sporo lat.
– Wiesz, Ireno – ton jej głosu przypominał Henryka – nie widzę tu życia dla siebie... – zaczęła.
Próbowałam protestować, ale przerwała mi machnięciem ręki.
– Wszystko się skończyło. Z Piotrkiem i w ogóle... Zresztą... ja już nie mogę mieć dzieci, ani teraz, ani nigdy. Szkoda... tak kocham dzieci – wyznała, a potem opowiedziała mi o swoim planie.
Ta jej koleżanka z Paryża miała rodzinę w Atlancie. Kasia dostała od nich zaproszenie do USA i złożyła już gdzie trzeba wszystkie dokumenty.
– Jeśli tylko dostanę wizę, wyjadę do Stanów na zawsze – mówiła Kasia z desperacją. – Nie mam już siły tu zostać. Zresztą, gdzie się podzieję, bo przecież nie u matki. Nie mogę już dłużej. Ciągle widzę siebie samą zastraszoną i jakby ubezwłasnowolnioną... Tam do niej, nie wejdę nawet za próg – płakała. – Może na drugim końcu świata potrafię o tym zapomnieć. Teraz prześladują mnie... straszne wizje. Widzę matkę pijaną, leżącą na podłodze, nagą i umazaną własnymi brudami. Widzę tych rozmaitych "wujków", którzy nie tylko pili, ale i.... kotłowali się z moją matką, gdzie i jak się dało. Chowałam się do szafy pod ubrania, żeby i mnie nie zaciągnęli do siebie.
– Dlaczego nigdy nie mówiłaś – wyszeptałam przerażona. – Gdybym...
– Podjęłam już decyzję – Kasia jakby mnie nie słyszała. – Ty i Julka jesteście mi bliskie jak rodzina, ale nie mogę tu zostać. Wyjadę i rozpocznę nowe życie. Niech będzie biedne i trudne, ale muszę być jak najdalej stąd.
– Kasiu kochana – próbowałam podsunąć inny pomysł. – To może wróć do Paryża? Ta koleżanka ci pomoże, nie będziesz się czuła samotnie, a to jednak bliżej, w Europie.
– Mama ma rację – poparła mnie Julka. – Jedź, skoro musisz, tylko nie za ten ocean, bo to strasznie daleko. Nikt cię tam nie odwiedzi!
– Przecież właśnie dlatego muszę jechać za ten cholerny ocean! – krzyknęła Kasia.– W Europie wszędzie jest za blisko! Mogłybyście przyjechać wy, to mogłaby i moja matka! A ja muszę od niej uciec jak najdalej – szlochała. – Żeby nigdy do mnie nie dotarła! Nikt nie pożyczy takiej alkoholiczce kupy forsy na samolot do Ameryki! A na bilet tu blisko, to matka jakoś skombinuje pieniądze, pożyczy albo ukradnie! I któregoś dnia stanie mi w drzwiach mieszkania, pijana, brudna i śmierdząca! Na taki argument nie umiałam znaleźć odpowiedzi!

Polecamy: Prawdziwe historie: zrobiłam to dla ciebie córeczko

Zima 1995 roku

Kasia została u nas. Święta Bożego Narodzenia spędziłyśmy we trzy. Tuż przedtem dostała wizę do USA i już pod koniec stycznia, czyli za miesiąc miała wyjechać do Atlanty.
– Jakim cudem dostałaś wizę – spytałam, gdy zarumieniona od mrozu stanęła w drzwiach, obwieszczając nowinę.
– Postanowiłam nie kłamać – odparła. – Ludzie wymyślają takie bajki, że aż głupio słuchać. Ja tej urzędniczce powiedziałam całą prawdę. Może czasem prawda popłaca?
Rozmowa była po angielsku. Urzędniczka konsulatu zadawała pytania, a Kasia odpowiadała zgodnie z prawdą.
– ...nie, nie mam własnego mieszkania..., pracuję na umowy zlecenia w kilku miejscach..., nie mam męża ani dzieci...., właściwie nie mam tu żadnej rodziny, tylko przyjaciół..., mam koleżankę w Atlancie.., tak, moja matka jest alkoholiczką...., tak, znam trzy języki..., tak, chciałabym pozostać w USA, żeby nie musieć być u matki..., tak, w Polsce nic mnie nie trzyma.
Urzędniczka wstemplowała wizę do paszportu i życzyła szczęścia.
– Wiesz, Ireno – mówiła wzruszona Kasia. – Ona się chyba wszystkiego domyśliła. Patrzyłyśmy sobie w oczy i czułam, że ona rozumie. Dała mi wizę. Może kiedyś i jej ktoś tak pomógł?
I tak w styczniu Kasia pojechała do USA z wizą turystyczną, na 3 miesiące.

Zima 2000 roku

Nowy Rok i nowy wiek witałam z Julią i jej rodziną. Moja córka wyszła za mąż dwa lata temu. Na świecie już był mały Mateuszek, a za kilka miesięcy miała pojawić się Magdusia.
W domu narobiłam pyszności do jedzenia, przyszli moi młodzi. Było wesoło, a wieczorem zadzwoniła Kasia.
– Właśnie wyszłam za mąż – mówiła ze śmiechem. – Dzisiaj. Ale nie składajcie mi życzeń! Ten ślub to taki na niby. Jacek to tylko przyjaciel! Zrobił mi uprzejmość. Dzięki małżeństwu dostanę zezwolenie na pobyt.
Ten urzędowy "mąż" był Polakiem i mieszkał w Stanach od dawna. Miał w Seattle firmę, dom i prawie 6-letnią córkę. Jego żona zginęła 3 lata temu w wypadku.

Zima 2004 roku

Na początku lutego ja i Julia mamy urodziny. Tego roku na nasze urodziny przyjechała Kasia. Tej radości nie da się opisać. Wyglądała ślicznie! Była ładnie ubrana, szczupła, zadbana i radosna. Ciągle się śmiała! Była w Polsce tylko dwa tygodnie, podczas których mieszkała u nas. Miała mnóstwo urzędowych spraw do załatwienia. Od koleżanki dostała wiadomość, że jej matka przepiła już wszystko co mogła, zadłużyła się, nie płaciła za mieszkanie, gaz i prąd miała od dawna odcięty. Był już nakaz eksmisji, chyba na bruk. Dlatego Kasia przyjechała.
Kupiła małe mieszkanko, żeby zabezpieczyć matce dach nad głową, ale w taki sposób, żeby Barbara nie mogła tego przepić i sama sprzedać. W akcie notarialnym kupna tego mieszkania Kasia figurowała więc jako właścicielka, zaś dla jej matki była ustanowiona służebność dożywotniego zamieszkiwania.
– To tylko kawalerka – tłumaczyła mi Kasia. – Nie miałabym czystego sumienia, gdyby matka wylądowała w jakimś przytułku.
– Po tym wszystkim, co ci zrobiła? – pokiwałam głową.
– Tak – uśmiechnęła się łagodnie. – Nie chcę jej widzieć, ale nie mogę pozwolić, by wylądowała na ulicy. Po prostu czuję, że tak muszę.
Potem opowiedziała o sobie. Pracowała w firmie wydawniczej i robiła tamtejsze studia. Zdawała jakieś egzaminy, jeden za drugim. Miała już zezwolenie na pobyt, ale – jak mówiła – nie chciała jeść amerykańskiego chleba za darmo.
Została tłumaczem i zarabiała coraz lepiej. Pisała też wiersze i bajki dla dzieci. Jedna książka już się ukazała. A Jacek? Coraz częściej wieczorem prosto po pracy przychodził do domu. Razem jedli obiad, przygotowany przez Kasię, często też spędzali wieczory w trójkę, z Anette, już teraz 10-letnią córką Jacka. Ta mała uwielbiała wprost Kasię, rozmawiała z nią po polsku, przytulała się jak do matki, której przecież nie mogła pamiętać.
Aż któregoś wieczoru Jacek zapytał, czy nie mogą być prawdziwą rodziną, a nie tylko taką "na papierku".
– Wiesz, Ireno – śmiała się Kasia – tak się nieporadnie czułam. Właściwie nie wiedziałam jeszcze... Może to tylko serdeczna przyjaźń? Opowiedziałam Jackowi wszystko o sobie, a on zaproponował mi... małżeństwo – Kasia śmiała się tak radośnie, jak chyba nigdy wcześniej. – Przecież już trzy lata jesteśmy małżeństwem – odpowiedziałam. – Uśmialiśmy się do łez! Anetka skakała z radości i mówiła do mnie "mamo".
Kasia i Jacek uznali, że prawdziwa ręka Opatrzności tak zrządziła. Postanowili wziąć ślub kościelny, a dziecko już jest, czyli pełnia szczęścia! Gdyby kiedyś chcieli mieć więcej dzieci, po prostu zaadoptują.

Zobacz także: Prawdziwe historie: przez łzy do szczęścia

Zima 2006 roku

W tym roku na urodziny miałyśmy z Julką dodatkowe nadzwyczajne emocje. Czekałyśmy na wiadomość od Kasi. Ostatnie miesiące miałam od niej maile prawie codziennie, sama też ciągle pisałam. Bo Kasia spodziewała się dziecka! Sprawdzałam swoją pocztę internetową wiele razy dziennie i w duszy modliłam się, żeby wszystko poszło dobrze. Kasia ma 36 lat i jest taka drobniutka. Wreszcie jest mail! Wszystko dobrze!
– Droga Ireno – przeczytałam. – Dzisiaj rano urodziłam córeczkę. Jest śliczna! Jestem taka szczęśliwa! Kocham was. Zawsze wasza Kasia.
Ze łzami radości odpisałam: "Kochana Kasiu! Niech Opatrzność czuwa nad Tobą i Twoim maleństwem! Niech dobry Bóg wynagrodzi Ci wszystko i odsunie tamte złe dni w daleką niepamięć. Niech przyszłość obdarzy Ciebie i Twoich Bliskich wszelką radością! Szczęśliwej drogi, Kasiu!"

Zima 2007 roku

Dostałam wiadomość. Na Święta Bożego Narodzenia i Nowy Rok przyjechała do nas Kasia z mężem i córeczkami! To najwspanialszy prezent gwiazdkowy dla nas wszystkich! Piękniejszej Wigilii nie mogłabym sobie wymarzyć! Bóg się rodzi...

Czytaj więcej: Alkomat online
Oceń artykuł

Ocena 5 na 6 głosy

Zobacz także

Popularne tematy