Reklama

Dziś nie publikuję wizerunku mojego dziecka i wierzę, że jego prywatność powinna być chroniona. Ten tekst nie jest próbą usprawiedliwienia tego, co robiłam kiedyś, tylko próbą zrozumienia, jak bardzo zmieniło się nasze myślenie o dzieciach i ich granicach.

Nie mam wątpliwości, że rozmowa o granicach pokazywania dzieci w sieci jest potrzebna. Świat się zmienił i dziś wiemy więcej o tym, jak łatwo obraz może zostać wyrwany z kontekstu i użyty w sposób, którego nie kontrolujemy.

Mam też poczucie, że w dyskusji wokół filmu z porodu Lil Masti wiele osób reaguje, zanim zobaczy, co właściwie ocenia. Ten film, niezależnie od tego, co myślimy o jego autorce, to coś więcej niż po prostu „pokazanie dziecka”. Jest on opowieścią o porodzie, emocjach i doświadczeniu, które przez lata było zamknięte za drzwiami sali porodowej.

Dlaczego wtedy to pokazałam?

Lata temu, zanim stało się to modne, prowadziłam bloga dla przyszłych rodziców bliźniąt. W tamtym czasie nie było przestrzeni, w której można było zobaczyć, jak naprawdę wygląda życie z noworodkami, a tym bardziej z bliźniętami. Była jedna książka o „podwójnym szczęściu” (wtedy tak bym tego nie nazwała, bo byłam absolutnie przerażoną mamą dwulatki z kolejną dwójką w drodze) przekazywana przez koleżanki z rąk do rąk.

Czułam, że wszystkiego muszę uczyć się sama, najczęściej przez doświadczenie na własnych dzieciach. Stąd wziął się pomysł na założenie bloga, na łamach którego dzieliłam się swoją wiedzą.

Nagranie z mojego porodu nie powstało z myślą o żadnej publikacji. Film nagrał mój ówczesny mąż – dla mnie na pamiątkę. Gdy leżałam unieruchomiona po cesarskim cięciu, nie widziałam, co dzieje się z moimi dziećmi. To był dla mnie jedyny sposób, żeby zobaczyć ich pierwsze chwile.

Opublikowałam go później, bo pamiętałam to poczucie niewiedzy. Chciałam, żeby inne kobiety nie musiały się bać, tak jak ja się bałam. Nie publikowałam, żeby pokazać dzieci. Publikowałam, żeby pokazać doświadczenie, które może oswoić lęk innych kobiet.

Co się zmieniło i jak szybko zaczęliśmy oceniać?

Dziś mówimy o sharentingu, o prawie dziecka do ochrony jego wizerunku, o tym, że dziecko nie wyraziło zgody. I dobrze, że wybrzmiewa to coraz głośniej! Wiemy więcej, ale też bardziej się boimy. Słyszę argumenty o zagrożeniach, o tym, że takie materiały mogą zostać wykorzystane w niewłaściwy sposób.

Wiem jedno – coś się zmieniło i ta zmiana dotyka nas wszystkich, niezależnie od tego, po której stronie tej dyskusji stoimy.

Obejrzałam film z porodu Lil Masti do końca i zobaczyłam coś, czego, mam wrażenie, często nie chcemy już widzieć, kiedy zaczynamy oceniać. Zobaczyłam film edukacyjny. Są w nim wypowiedzi położnych, jest obecna lekarka Mama Ginekolog, jest perspektywa partnera, jest opowieść o tym, co się dzieje z ciałem i emocjami kobiety w trakcie porodu.

Dla mnie to przede wszystkim film o porodzie i dopiero potem o wszystkim, co dziś budzi emocje. Widzę też coś jeszcze – świadomość, której ja 19 lat temu nie miałam. Zadbano o rozmycie nagości dziecka. O granice, których ja wtedy nawet nie umiałam nazwać.

Nie oceniam jej jako matki, nie oceniam jej decyzji. Patrzę tylko na ten jeden materiał i dla mnie to jest film o porodzie. Nie o pokazywaniu dziecka na sprzedaż czy zawstydzaniu.

Dziś jestem w zupełnie innym miejscu niż 19 lat temu. Dziś nie publikuję wizerunku mojego najmłodszego dziecka. Od jego urodzenia nie wrzuciłam żadnego zdjęcia do sieci. Częściowo dlatego, że jego tata sobie tego nie życzył, ale nie tylko. Po prostu przestałam czuć, że to jest potrzebne.

Dawniej pokazywałam moje córki. Nie w sytuacjach, które mogłyby je zawstydzić, nie dla zasięgów. Pokazywałam życie, które sama próbowałam zrozumieć. Dziś to życie opowiadam inaczej. Czy to, co zrobiłam wtedy, było błędem? Było inne, z innego czasu, innej świadomości. I może właśnie to jest dziś najtrudniejsze do przyjęcia, że nie wszystko da się ocenić jedną miarą.

Reklama
Reklama
Reklama