Reklama

Jak na stosunkowo niewielki kraj (30. pod względem powierzchni w Europie), holenderskie “bingo” turystyczne jest dość rozległe. Trudno znaleźć kogoś, kto nie kojarzyłby Holandii z tulipanami i rowerami, a żeby wiedzieć, że Amsterdam słynie z dzielnicy czerwonych latarnii czy coffee shopów z rozbudowanym menu, nie trzeba w nim być nawet przejazdem. Są jednak i mniej znane holenderskie tradycje, o których mało który turysta ma pojęcie, bo dotyczą wyłącznie lokalsów.

Avon-dvier-daagase

Jedną z nich jest Avondvierdaagse, czyli dosłownie “czterodniowy wieczorny spacer”. Coś, co brzmi jak nazwa newslettera o życiu po czterdziestce, w Holandii oznacza coroczny rytuał, w którym setki tysięcy dzieci przez cztery wieczory maszerują po swojej okolicy.
Z rodzicami, nauczycielami, dziadkami, kolegami z klasy, ale przede wszystkim z sąsiadami, tymi, których widują codziennie, choć niekoniecznie znają. W zależności od wieku i możliwości po 5 albo 10 kilometrów dziennie. Bez ścigania się, bez selekcji, bez podium dla najbardziej utalentowanych. Po prostu: idziemy.

Na "mecie" czeka medal, a często też kwiaty, słodycze, muzyka i rodzice robiący zdjęcia dzieciom, które po czterech dniach marszu są dumne, jak gdyby właśnie ukończyły wyprawę na biegun. Avondvierdaags nie jest sportem w rozumieniu, w jakim zwykle próbujemy sprzedać go dzieciom z wynikami, presją, treningiem, strojem i pytaniem, czy “coś z tego będzie”.

Środek ciężkości zostaje przesunięty na wspólny czas, koleżanki obok, własne tempo i zachwyt faktem, że udało się radę przejść tak dużo, chociaż kilka razy wydawało się, że nie da się rady. To też sposób na spojrzenie na najbliższą okolicę, którą z pozoru zna się na pamięć, świeżym okiem. Może kryje się tu wciąż jakaś tajemnica?

Królewski Holenderski Związek Marszowy, podaje, że w wydarzeniu bierze udział ponad pół miliona dzieci rocznie, a sama impreza odbywa się w ponad 500 lokalizacjach. Najwięcej tego typu spacerów odbywa się w maju i czerwcu. W 2026 roku osobny “tydzień Avond4daagse” wypadał na początku czerwca. Dorośli, którzy dziś towarzyszą swoim dzieciom, pamiętają spacery z własnego dzieciństwa i kojarzą z beztroską początku wakacji.

Ćwiczenia z ewakuacji

Historia zaczyna się jednak mniej sielsko. Pierwsze czterodniowe marsze w Holandii miały aktywizować społeczności, ale też być ćwiczeniami wojskowymi dla cywili. Organizowano je już na początku XX wieku. W zdrowym ciele zdrowy duch, ale chodziło też o sprawdzenie opcji “przetransportowania” dużych grup. Z czasem spacery na tyle wrosły w lokalny koloryt, że mało kto pamiętał już o ich wojskowym charakterze.

Spacery Avondvierdaagse w wieczornej formule narodziły się około 1940 roku. W czasie wojny dzienne marsze były zakazane, więc zaczęto chodzić wieczorami – i tak już zostało. Pewnie nie bez udziału czerwcowych temperatur, a także powojennego ujednolicenia czasu pracy. Najpierw dzieci maszerowały niejako przy okazji – dorośli, którzy nie mieli ich z kim zostawić, zabierali je ze sobą.

Dopiero z biegiem czasu Avondvierdaagse zaczęła stawać się tym, czym jest dziś: dziecięcym świętem ruchu. Może też i samym dorosłym jakoś głupio było przyznać, że ich potrzebują? W kapitalizmie trudno potraktować robienie 10 kilometrów po najbliższej okolicy inaczej niż “marnowanie czasu”, który mógłby zostać przeznaczony na “odpoczynek” (co z tego, że głównie przed telewizorem). Nie da się też ukryć, że to najmłodsi bawili się najlepiej – nie często zdarza się w końcu, by 7- czy 12-latka miała możliwość chodzić wieczorami z tabunem koleżanek, mamą i licznymi “ciociami”.

Królestwo Oranii

Avondvierdaagse nie jest może tak efektowne jak Dzień Króla (pełen pomarańczowego – koloru Holandii ze względu na orański rodowód panującej dynastii). Jest też mniej fotogeniczny niż pola tulipanów, ale być może mówi o kraju więcej niż jedno i drugie. Bo to tradycja oparta na kilku rzeczach, które trudno dobrze zaprojektować w Excelu: zaufaniu, powtarzalności, lokalności i przekonaniu, że dzieci nie muszą być stale animowane, żeby przeżywać coś ważnego.

Holenderska wersja szczęśliwego dzieciństwa od lat interesuje badaczy. W rankingach UNICEF-u dotyczących dobrostanu dzieci Holandia regularnie wypada bardzo wysoko, a w najnowszych zestawieniach kraj znów pojawia się na szczycie. Nie znaczy to oczywiście, że każde holenderskie dziecko budzi się rano z entuzjazmem, po czym jedzie przez idealnie zaprojektowane osiedle do szkoły bez problemów, klasówek i złośliwych komentarzy kolegów.

Badania nad dziecięcym dobrostanem zwykle nie wskazują jednego cudownego składnika. Holendrzy nie znaleźli sekretnego modelu wychowania i nie ukryli go przed resztą świata między serem gouda a stojakiem na rowery.

Udało im się raczej stworzyć środowisko sprzyjające szczęśliwemu dzieciństwu: więcej samodzielności, więcej ruchu nienastawionego na osiągnięcia sportowe, rodzice częściej pracujący w niepełnym wymiarze godzin, szkoły mniej zainteresowane produkowaniem małych zwycięzców. Do tego miasta i miasteczka, w których dziecko faktycznie może gdzieś dojść albo dojechać na rowerze (bezpieczną ścieżką), a nie tylko zostać dowiezione od punktu A do punktu B.

Avondvierdaagse dobrze pokazuje tę różnicę, bo jest dokładnym przeciwieństwem rodzicielstwa w wydaniu "projekt premium". Nie trzeba rezerwować terminu pół roku wcześniej, kupować stroju z oddychającej tkaniny ani udawać, że dziecko właśnie rozwija kompetencje przyszłości. Wystarczą buty, woda, jakaś przekąska i ktoś dorosły, kto idzie w pobliżu. Marsz organizują lokalne komitety, szkoły i wolontariusze. W praktyce oznacza to, że dzieci widzą dorosłych robiących coś razem nie dlatego, że to szczególnie prestiżowe, fotogeniczne albo da się to odpisać od podatku. Działają razem w trosce o społeczność i z przekonaniem, że jest ona wartością, a nie czymś potencjalnie niebezpiecznym, od czego najlepiej odciąć się na strzeżonym osiedlu.

Wszystkie dzieci nasze są: Femke, Marysia, John

Wszystkim nam obiło się o uszy powiedzenie, że kiedyś dziecko wychowywała całą wioska. Nie chodzi w nim o endemiczne dla jakiejś Papui Nowej Gwinei praktyki społeczne, w której dzieci są “wspólne” dla wszystkich mieszkańców i nie mówią do jednej kobiety “mamo”, ale o coś co zatraciliśmy.

Niewiele kobiet ma dziś więcej niż dwoje dzieci, podobnie jak bardzo rzadkie są wielopokoleniowe rodziny, gdzie mieszkają razem dziadkowie, ich dzieci z partnerami, a dzieci małżeństw z młodszego pokolenia chowają się wspólnie. Tymczasem badania pokazują, że dla rozwoju dziecka ważne są nie tylko relacje rówieśnicze (te zapewnia wszak przedszkole), ale też możliwość obserwowania różnych dorosłych.

Niekoniecznie muszą to być od razu "najmądrzejsi" – chodzi o wystawienie dziecka na ludzi o różnych poglądach, nawykach, wartościach, wyglądzie, czy nawet horyzontach i stopniu sprawności fizycznej. To szkoła empatii, otwartości i wyrozumiałości, której nie zrekompensuje żadne szkolenie.

Ten miecz ma też drugi, mniej oczywisty koniec – skoro jesteśmy grzeczni dla złośliwej pani spod piątki i dbamy o samopoczucie chłopca, który ma tylko mamę, mimo że jest trochę dziwny, bardziej oczywiste będzie szukanie wsparcia, gdy za 10 czy 20 lat będziemy w gorszym miejscu. Dziecko wychowane w społeczności, która czuje się wspólnotą, ma większe szanse mieć mniej lęków i łatwiej prosić o pomoc, gdy będzie w potrzebie.

Samo “wyjdźmy z dziećmi na spacer” nie brzmi jak odkrycie. Każdy wie, że ruch jest zdrowy, świeże powietrze pomaga, a ekranów jest za dużo (blablabla). Problem w tym, że pojedyncza rada nie tworzy kultury. Kultura zaczyna się dopiero wtedy, gdy przez cztery wieczory idą wszyscy: dzieci z różnych szkół i roczników, ich rodzice, dziadkowie, nauczyciele, sąsiedzi, lokalni wolontariusze. Dziecko nie musi być namawiane do spaceru, bo spacer jest wydarzeniem, na które się czeka. Wysiłek nie jest karą za zbyt długie siedzenie przed tabletem albo zjedzonego w sekrecie batona, tylko częścią zabawy.

Holendrzy mają na to słowo “gezelligheid”, którego nie da się dobrze przetłumaczyć. Najbliżej mu do przytulności, swojskości, bycia razem w sposób niezobowiązujący, ale ważny. Nie chodzi o wielkie emocje, raczej o rodzaj społecznego ciepła. Miejscu, gdzie są obcy, ale jest trochę po domowemu. Dziecko idzie ze swoją klasą, ktoś rozdaje cukierki, ktoś śpiewa, ktoś narzeka na bąbla na pięcie, a na mecie czeka medal, który dla dorosłego jest kawałkiem blaszki (zrzutka po 3 euro), a dla dziecka dowodem, że wydarzyło się coś ważnego.

Co ciekawe, Avondvierdaagse nie zatrzymała się na jednej formule. Dla maluchów: cztery dni ruchu, ale w znacznie łagodniejszej skali, czasem po prostu po kilkanaście minut spaceru. Jest też edycja VIP — Voor Iedereen Plezier, czyli “przyjemność dla każdego” — pomyślana dla dzieci, które potrzebują spokojniejszego otoczenia, mniejszej liczby bodźców, własnego tempa albo mieszkają tam, gdzie nie ma lokalnego marszu. Można iść samemu, ze wsparciem aplikacji, a medal przychodzi później do domu. W tej tradycji najważniejsze jest to, żeby możliwie wiele dzieci mogło poczuć, że biorą w czymś udział i to nie jest konkurs dla najzdolniejszych, albo dla tych, których rodzice mieli czas (i pieniądze) wozić je na zajęcia dodatkowe.

Można oczywiście zapytać, czy od czterech wieczorów marszu dzieci stają się szczęśliwsze. Gdyby to było takie proste, ministerstwa zdrowia na całym świecie rozdawałyby medale i zmuszały do chodzenia. Avondvierdaagse nie jest lekarstwem na samotność, presję, ani na przebodźcowanie. Jest raczej objawem kultury, w której dzieciństwo nadal ma prawo dziać się na zewnątrz, w grupie i bez specjalnego celu. Całkiem jak tak chętnie wspominane przez nas dziś akrobacje na trzepaku, zrzucanie się w 7 osób na paczkę chipsów i lemoniadę czy podchody pod balkonami sąsiadów.

To może być najciekawsza lekcja dla matek patrzących na Holandię z kraju, w którym dzieci coraz częściej spędzają czas w samochodzie między jednymi zajęciami a drugimi. Dzieci nie zawsze potrzebują kolejnej atrakcji, tylko czegoś, co wraca co roku, jest przewidywalne, wspólne i nie wymaga od nich bycia wyjątkowymi. Nie każde dziecko będzie sportowcem, liderem, ani nawet osobą “bardzo społeczną”, ale prawie każde może przejść kawałek drogi z innymi.

W świecie, w którym rodzicielstwo często opowiada się językiem inwestycji — w rozwój, kompetencje, odporność, przyszłość — Avondvierdaagse brzmi prawie podejrzanie zwyczajnie. Dzieci idą. Dorośli idą. Ktoś niesie plaster, ktoś wodę, ktoś młodsze rodzeństwo. Po drodze jest śmiech, zmęczenie, marudzenie, duma i pewnie trochę lepki od cukierków plecak. Żadna wielka filozofia.

A jednak może właśnie tak wygląda część szczęśliwego dzieciństwa. Nie jak nieustanny zachwyt, którego ma dostarczyć rodzic, tylko jak powtarzalne doświadczenie z bezpieczeństwem w tle: znasz drogę, znasz ludzi, ktoś na ciebie czeka i jest tam dla ciebie. Nawet jeśli jutro znowu trzeba będzie iść do szkoły.

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...