Reklama

Ostatnio, po serii seansów nowoczesnych bajek, gdzie kolory atakują zmysły, a akcja pędzi szybciej niż myśli, poczułam, że mój własny mózg błaga o chwilę ciszy. I wtedy, zupełnie przypadkiem, w czeluściach internetu mignął mi on − chłopiec z charakterystyczną grzywką. „Zaczarowany ołówek”.

Poczułam falę ciepła, a potem przyszło olśnienie: przecież to jest dokładnie to, czego dzisiejsze dzieci potrzebują najbardziej, by ich wyobraźnia nie tylko przetrwała, ale rozkwitła.

Cisza, która inspiruje − dlaczego „Zaczarowany ołówek” to fenomen?

W dzisiejszych produkcjach dla dzieci cisza jest traktowana jak wróg. Jeśli przez trzy sekundy nikt nie krzyczy, nie wybucha albo nie śpiewa piosenki, twórcy boją się, że maluch przełączy kanał. Tymczasem „Zaczarowany ołówek” to absolutne mistrzostwo minimalizmu, które z dzisiejszej perspektywy wydaje się być lekarstwem na przebodźcowanie. W tej bajce niemal nie ma dialogów. Jest za to przestrzeń − przestrzeń na to, by dziecko mogło pomyśleć, zanim bohater wykona ruch.

Gdy główny bohater, Piotrek, staje przed wyzwaniem (a bywają one naprawdę karkołomne!), nie wyciąga z kieszeni laserowego miecza. On się zastanawia. I właśnie ten moment zawieszenia, ta chwila, w której krasnoludek podaje mu ołówek, a Piotrek zaczyna kreślić na ścianie czy kartce rozwiązanie, jest najcenniejszym paliwem dla mózgu dziecka.

Maluch przed telewizorem nie jest tylko pasywnym odbiorcą; on zaczyna projektować razem z Piotrkiem. „Co on teraz narysuje? Drabinę? Most? A może klucz?”. To czysta gimnastyka dla synaps, która uczy, że na każdy problem istnieje kreatywne rozwiązanie.

Nauka nieszablonowego myślenia bez edukacyjnego zadęcia

Często narzekamy, że współczesna szkoła zabija w dzieciach kreatywność, każąc im wpasowywać się w klucze odpowiedzi. „Zaczarowany ołówek” robi coś dokładnie odwrotnego. Ta bajka pokazuje, że granice rzeczywistości są tam, gdzie kończy się nasza wyobraźnia. Piotrek rysuje rower, by dogonić złoczyńcę, albo łódź, by przepłynąć jezioro − i te rysunki ożywają. Dla dziecka to potężny komunikat: twoja myśl ma sprawczą moc. Twoja kreatywność może zmienić bieg zdarzeń.

To, co najbardziej mnie zachwyca po latach, to fakt, że ta produkcja nie moralizuje. Ona po prostu pokazuje proces twórczy. Dziecko obserwuje, jak z prostej linii powstaje przedmiot, który ma konkretną funkcję. To genialna lekcja projektowania, inżynierii i empatii zarazem, bo Piotrek najczęściej używa swojego daru, by pomagać innym.

W świecie zdominowanym przez gotowe zabawki, które robią wszystko za dziecko, „Zaczarowany ołówek” przypomina o radości tworzenia czegoś z niczego. To bajka, która zamiast wypełniać czas, realnie go wzbogaca.

Rodzice zapomnieli o tej bajce, ale warto do niej wrócić

W pogoni za nowościami, za bajkami w 3D i globalnymi hitami z YouTube'a, gdzieś po drodze zgubiliśmy nasze rodzime perły. Być może wydaje nam się, że „Zaczarowany ołówek” jest zbyt archaiczny, że kreska jest zbyt prosta, a brak dialogów zniechęci dziecko przyzwyczajone do hałasu. Nic bardziej mylnego! Jestem pewna, że początkowa konsternacja szybko ustąpi miejsca głębokiemu skupieniu. Spokój potrafi być magnetyczny.

Powrót do tej wieczorynki to nie tylko sentymentalna podróż do PRL-u. To świadoma decyzja rodzica, który chce chronić układ nerwowy swojego dziecka. „Zaczarowany ołówek” to bajka „low-stimulation”, która nie wywołuje agresji, nie powoduje kłopotów z zasypianiem i nie zmusza do kupowania kolejnych plastikowych figurek.

Ona prosi tylko o jedno: weź kartkę, weź ołówek i sprawdź, co dzisiaj stworzysz. To najprostszy i najtańszy sposób na rozbudzenie geniusza w naszym dziecku. Nie dajmy tej bajce odejść w zapomnienie − włączmy ją dziś wieczorem i zobaczmy, jak w ciszy rodzi się wielka przygoda.

Zobacz też: Zdradził sposób na odzwyczajenie dzieci od bajek w 5 dni. „Kreatywność wystrzeliła w kosmos”

Reklama
Reklama
Reklama
Loading...