Reklama

Wiedziałam, że Kaśka ma bzika na punkcie dogadzania swojemu synkowi, ale to, co zobaczyłam podczas hotelowego śniadania, dosłownie ścięło mnie z nóg. Gwarantuję, że po przeczytaniu tego listu wiele mam złapie się za głowę.

Nadopiekuńczość rodziców potrafi zrobić z dziecka życiową niedojdę

Wszystko zaczęło się rano w hotelowej restauracji, kiedy umówiliśmy się przy wspólnym stole na posiłek. Mój syn biegał jak szalony od stolika do szwedzkiego stołu, sam nakładał sobie płatki z mlekiem i dumnie niósł talerz, mimo że połowę mleka rozlał po drodze na podłogę. Ot, normalna sprawa u siedmiolatka, który uczy się samodzielności. Tymczasem Igor siedział naprzeciwko rozwalony na krześle, podpierając się łokciami o stół, i od niechcenia dłubał widelcem w talerzu.

Kaśka z Markiem krążyli wokół niego jak osobista służba, pozwalając mu dosłownie na wszystko i tolerując kompletny brak jakichkolwiek manier w imię źle pojętej miłości. Igor bezczelnie rozmazywał jedzenie po obrusie i grzebał palcami w jajecznicy, a jego rodzice patrzyli na to z zachwytem, jakby dokonywał jakiegoś odkrycia naukowego.

Totalny szok przeżyłam jednak chwilę później, gdy chłopak skrzywił się i rzucił w stronę matki rozkazującym tonem: „Za gorące, nakarm mnie!”. I Kaśka, zamiast zwrócić mu uwagę, wzięła małą łyżeczkę, nabrała porcję i zaczęła karmić swojego siedmioletniego, w pełni zdrowego syna prosto do buzi. Myślałam, że mi gałki oczne wyjdą na wierzch z wrażenia, ale najgorsza, najbardziej absurdalna scena była dopiero przed nami.

Tresura rodziców trwała w najlepsze!

Marek przyniósł ze szwedzkiego stołu talerz z dwiema klasycznymi, ugotowanymi parówkami. Igor skrzywił się na ich widok, popchnął talerz i fuknął: „Nie będę gryzł, pokrój mi!”. W tym samym ułamku sekundy Kaśka i Marek rzucili się do pomocy, jakby chłopak wydał im jakąś pilną komendę. Marek chwycił za nóż i zaczął kroić tę parówkę na mikroskopijne kawałeczki, a Kaśka w tym czasie rozgniatała widelcem resztę jedzenia na jednolitą papkę, żeby synek przypadkiem nie musiał się przemęczać przy przeżuwaniu.

Zaledwie kilka minut później młody uznał, że parówki mu się znudziły. „Chcę bułeczkę z miodem i serek, już!” − burknął, nawet nie patrząc na rodziców. Marek w ułamku sekundy zerwał się od stołu i pognał na drugi koniec sali do szwedzkiego bufetu, żeby przynieść paniczowi dokładnie to, na co ma ochotę. Chwilę później Kaśka biegła po kolejny serek, bo pierwszy miał zły kolor. Oni oboje dawali się po prostu bezczelnie tresować!

Tak rodzice wychowują bezradną ofiarę losu

Siedziałam naprzeciwko nich z otwartymi ustami, kompletnie ignorując moją stygnącą kawę i własne śniadanie. Igor doskonale wiedział, że ma nad nimi absolutną władzę. Rodzice na własne życzenie, ze źle pojętej troski, robią z niego bezradną i roszczeniową ofiarę losu, która w wieku siedmiu lat nie potrafi zjeść posiłku bez asysty dwojga dorosłych. Rozumiem miłość do dziecka, ale usługiwanie sprawnemu chłopakowi na każde skinienie palca to jest skrajna przesada.

Ci ludzie w imię zapewnienia mu bezstresowego dzieciństwa odbierają swojemu synowi jakąkolwiek autonomię i podstawowe wychowanie. Igor w tym wieku powinien uczyć się samodzielności, kultury przy stole i szacunku do starszych. Syndrom rodzica helikoptera w ich wydaniu po prostu niszczy rozwój emocjonalny tego chłopca.

Po tym śniadaniu nie wytrzymałam i wieczorem spróbowałam delikatnie porozmawiać z Kaśką o stawianiu granic, ale usłyszałam tylko, że Igor jest jeszcze „taki malutki”. Reszta wakacji minie pewnie w lodowatej atmosferze, a ja jeszcze długo nie wyjdę z szoku.

Musiałam to z siebie wyrzucić, bo ciekawa jestem, czy tylko ja uważam takie zachowanie rodziców za czyste szaleństwo.

Pozdrawiam całą redakcję i czytelniczki,

Iza


Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl

Zobacz też: Japońskie dzieci są wrażliwe i zawsze słuchają dorosłych. Sekret tkwi w zasadzie „smutnego wzroku”

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...