„Nauczyłam niemowlę samodzielnego zasypiania. Po co się tak męczyć, biegać i nosić na każde zawołanie”
Patrzę na moje koleżanki z placu zabaw i czuję mieszankę współczucia i totalnego niezrozumienia. Podkrążone oczy, niewidzący wzrok i nerwy. Po co one to sobie robią?

Szanowna Redakcjo, wszystkie moje koleżanki narzekają na niewyspanie, na to, że ich roczne czy nawet półtoraroczne dzieci budzą się pięć razy w nocy, że trzeba je nosić, kołysać albo jeździć autem wokół osiedla, żeby tylko łaskawie zasnęły. Słucham tego i zastanawiam się: po co? Po co fundujecie sobie to piekło na własne życzenie, zamiast raz a porządnie nauczyć dziecko, kto tu rządzi i jakie są zasady w tym domu?
Koniec z rodzicielskim męczeństwem i noszeniem na rękach
Kiedy moja córeczka, Maja, skończyła cztery miesiące, uznałam, że czas skończyć z tym nocnym cyrkiem. Nie zamierzałam być jedną z tych matek-męczennic, które nie mają czasu na prysznic, bo dziecko „potrzebuje bliskości”. Dla mnie bliskość jest w dzień, a noc jest od spania. Postanowiłam wdrożyć metodę samodzielnego zasypiania. Zasada była prosta: kąpiel, karmienie, odłożenie do łóżeczka, buziak i wyjście z pokoju. Bez względu na to, co działo się za zamkniętymi drzwiami.
Moje koleżanki patrzą na mnie jak na potwora, kiedy o tym opowiadam. Pytają: „Ale jak to, tak po prostu ją zostawiłaś?”. Tak, zostawiłam. Pierwszej nocy Maja płakała przez czterdzieści minut. Serce mi trochę drgnęło, ale zacisnęłam zęby, podkręciłam głośniej telewizor i poczekałam.
Drugiej nocy płakała już tylko kwadrans. Trzeciej nocy? Jęknęła dwa razy i zasnęła. Od tamtej pory mam w domu złote dziecko. Kładę ją o 19:00 i mam wieczór dla siebie, dla męża, na książkę czy serial. Nie biegam na każde zawołanie, nie noszę, nie kołyszę. Maja wie, że płacz i tak nic nie da, więc po prostu kładzie się i śpi.
Dlaczego rodzice dają się terroryzować własnym dzieciom?
Nie rozumiem tej dzisiejszej mody na rodzicielstwo bliskości, które moim zdaniem jest po prostu rodzicielstwem uległości. Widzę te kobiety, które są cieniami samych siebie, bo dziecko chce ich obecności przy zasypianiu. To jest czysty szantaż emocjonalny ze strony takiego malucha! Jeśli nauczysz niemowlę, że za każdym razem, gdy piśnie, Ty przylatujesz i bierzesz je na ręce, to budujesz sobie więzienie na własne życzenie.
Moja córka jest szczęśliwa, radosna w dzień, bo ma wyspaną i spokojną matkę. Nie widzę żadnego sensu w tym całym bieganiu na zawołanie. Dziecko musi się nauczyć frustracji, musi zrozumieć, że mama ma swoje życie. Przeczekanie tego płaczu to była najlepsza decyzja, jaką podjęłam. Dzięki temu nie jesteśmy z mężem wykończeni, nie kłócimy się ze zmęczenia i mamy czas, żeby być po prostu ludźmi, a nie tylko obsługą dla małego człowieka.
Samodzielność to prezent, a nie krzywda dla niemowlęcia
Wielu rodziców myśli, że robi dziecku krzywdę, pozwalając mu się wypłakać. Ja uważam, że robię Mai prezent − uczę ją samodzielności. Dzięki temu, że nie nauczyłam jej, że sen zależy od moich rąk czy piersi, ona potrafi sama się wyciszyć. Nie potrzebuje wspomagaczy, smoków, szumisiów ani wiecznego kołysania.
Uważam, że te wszystkie teorie o traumach to bzdury wymyślone przez ludzi, którzy chcą, żebyśmy czuli się winni za każdą chwilę odpoczynku. Dziecko, które się wypłacze, wcale nie kocha mniej. Ono po prostu rozumie, że są granice. Apeluję do innych mam: przestańcie się męczyć!
Odłóżcie te dzieci do łóżeczek, zamknijcie drzwi i dajcie im szansę na naukę. Zobaczycie, że po kilku trudnych wieczorach odzyskacie swoje życie. Warto przetrwać ten płacz dla spokoju, który następuje potem. Rodzicielstwo nie musi boleć, wystarczy odrobina żelaznej konsekwencji.
Z poważaniem,
Mama
Komentarz Redakcji: Jako redakcja serwisu Mamotoja.pl czujemy się zobowiązani do odniesienia się do treści powyższego listu. Choć rozumiemy desperację rodziców wynikającą z chronicznego niewyspania, musimy stanowczo podkreślić, że metoda „wypłakiwania się” (ang. cry it out) oraz pozostawianie niemowlęcia bez wsparcia w trudnych emocjach jest niezgodne z aktualną wiedzą z zakresu psychologii rozwojowej i neurobiologii.
Badania jasno wskazują, że niemowlę nie „wymusza” obecności i nie potrafi manipulować − jego płacz jest jedynym dostępnym mu sposobem komunikowania potrzeb (głodu, strachu, dyskomfortu lub potrzeby bliskości). Pozostawienie dziecka w stanie silnego stresu prowadzi do tzw. rezygnacji wyuczonej − dziecko przestaje płakać nie dlatego, że nauczyło się zasypiać, ale dlatego, że jego organizm wyłącza się z wycieńczenia i braku nadziei na pomoc, co wiąże się z wysokim poziomem kortyzolu (hormonu stresu) w organizmie.
Budowanie bezpiecznej więzi opiera się na responsywności, czyli reagowaniu na sygnały dziecka, co w przyszłości skutkuje większą pewnością siebie i lepszą regulacją emocji u dorosłego człowieka. Zachęcamy do szukania łagodnych metod wspierania snu, które szanują potrzeby obu stron.
Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl
Zobacz też: Ekspert wymienia 1 błąd, przez który dzieci są słabe psychicznie. Rodzice robią to nagminnie