Reklama

Droga Redakcjo! Przeżywam właśnie logistyczny i zawodowy koszmar przez rygorystyczne zasady panujące w naszej parafii, gdzie każdego popołudnia muszę zwalniać się z pracy przez absurdalne wymysły proboszcza.

Ksiądz ogłosił na spotkaniu organizacyjnym, że podczas całego białego tygodnia obecność dzieci jest bezwzględnie obowiązkowa, a na koniec każdej mszy będzie osobiście sprawdzał listę i rozdawał specjalne naklejki do pamiątkowych zeszytów. Nabożeństwa zaczynają się codziennie o godzinie 16:30, co dla mnie, kobiety pracującej na pełen etat do 17 na drugim końcu miasta, oznacza konieczność codziennego uciekania z biura i błagania o litość u kierownika.

Dlaczego Kościół w Polsce w ogóle nie bierze pod uwagę realiów życia współczesnych rodzin i zmusza nas do kombinowania, jakbyśmy żyli w świecie, gdzie nikt nie musi zarabiać na chleb od świtu do nocy?

Sprawdzanie obecności w kościele to pokaz siły proboszcza

To, co dzieje się codziennie w naszym kościele, przypomina mi surową szkołę z dawnych lat, a nie radosne przeżywanie sakramentu przez małe dzieci. Ksiądz z pełną powagą wyczytuje nazwiska, a dzieci, które z różnych przyczyn nie mogły dotrzeć na czas, są wytykane palcami i nie dostają obrazków, na które tak bardzo czekały. Mój syn od rana denerwuje się w szkole, czy mama zdąży go odebrać, czy nie spóźnimy się na zbiórkę w albach i czy proboszcz nie nakrzyczy na niego przy rówieśnikach.

W poniedziałek wbiegliśmy do kruchty zdyszani, zapięłam mu albę w biegu, a sama stałam pod ścianą z trzęsącymi się rękami, myśląc o mailach, których nie zdążyłam wysłać w biurze. Czy to jest istota wiary i sakramentu, żeby gonić na złamanie karku, bo ksiądz wymyślił sobie stuprocentową frekwencję w środku roboczego tygodnia? Dla mnie to jest zwykły pokaz władzy i brak elementarnego szacunku dla wysiłku rodziców, którzy i tak wydali fortunę na organizację całej uroczystości, a teraz muszą jeszcze drżeć o swoje posady w firmach.

Praca zawodowa kontra rygorystyczne wymagania parafialne

Mój szef przy pierwszej prośbie o wcześniejsze wyjście w poniedziałek tylko westchnął, ale gdy w środę znowu musiałam podejść do jego biurka z przepraszającą miną, usłyszałam, że firma to nie instytucja charytatywna. Pracuję w dziale obsługi klienta, mój mąż jest kierowcą i często wraca dopiero wieczorem, więc cały ten komunijny ciężar logistyczny spoczywa wyłącznie na moich barkach. Co mam zrobić, jeśli przez te codzienne nabożeństwa dostanę naganę albo stracę premię, z której przecież muszę opłacić codzienne zakupy i rachunki za prąd?

Ksiądz na ambonie chętnie mówi o roli rodziny, o wsparciu i miłości, ale gdy poszłam do zakrystii poprosić o zwolnienie syna z dwóch dni, bo naprawdę nie mam jak dojechać, usłyszałam, że praca nie może być ważniejsza od Boga. To jest łatwo mówić komuś, kto nie musi martwić się o spłatę kredytu hipotecznego i nie wie, ile kosztują dzisiaj masło i chleb w sklepie za rogiem. Żyjemy w realiach, gdzie oboje rodzice muszą zarabiać na dom, a kościół zdaje się tego zupełnie nie zauważać, wymagając od nas poświęceń, które mogą skończyć się poważnymi problemami zawodowymi.

Biały tydzień powinien być wyborem, a nie przymusem

Apeluję do Redakcji o nagłośnienie tego problemu, bo wiem z rozmów na parkingu przed kościołem, że większość matek z naszej grupy przeżywa dokładnie to samo piekło i ma dość tej sztucznej presji. Biały tydzień to piękna tradycja, ale powinien mieć charakter dobrowolnego dziękczynienia dla chętnych, a nie obowiązkowych zajęć, na których brak naklejki w zeszycie oznacza społeczne wykluczenie dziecka z grupy rówieśniczej. Moje dziecko płacze, bo boi się, że jako jedyne w klasie nie dostanie pamiątkowego dyplomu na zakończenie tygodnia, a ja czuję się winna, choć robię wszystko, co w ludzkiej mocy, by pogodzić obowiązki zawodowe z życiem religijnym.

Przestańmy udawać, że wszystko jest w porządku i zacznijmy głośno mówić o tym, że czas na zmiany w organizacji takich wydarzeń przez polskie parafie. Nabożeństwa mogłyby odbywać się o godzinie dziewiętnastej, kiedy większość dorosłych jest już po pracy, albo mieć formę symbolicznego wspomnienia podczas najbliższej niedzielnej mszy świętej. Kościół musi stać się dla ludzi wsparciem i bezpieczną przystanią, a nie kolejnym urzędem, który rozlicza nas z obecności za pomocą list i surowych spojrzeń proboszcza, zapominającego o tym, na czym polega prawdziwa miłość bliźniego.

Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl

Zobacz też: Toksyczna matka zawsze robi te 3 rzeczy. Z zewnątrz wygląda na troskliwą mamusię

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...