"Nie chcę mieć dzieci" wciąż wymaga tłumaczenia. Tylko jedna odpowiedź jest akceptowana
Mówimy, że macierzyństwo jest wyborem. W praktyce tylko jedna odpowiedź nie budzi pytań: „tak”. Każdą inną trzeba uzasadnić.

„Za dzieci byście się w końcu wzięli” – zobaczyłam w wiadomości pewnego pięknego lipcowego wieczoru, gdy wraz z mężem świętowałam swoją pierwszą (podkreślam PIERWSZĄ) rocznicę ślubu. Była to wiadomość z życzeniami z okazji rocznicy… Bo przecież prokreacja jest najważniejszą rzeczą w relacji między dwojgiem ludzi. Pamiętam, jak bardzo mnie to zbulwersowało wtedy, ale myślę, że bulwersowałoby mnie to dokładnie tak samo również teraz – przed nami piąta rocznica. To samo uczucie towarzyszyłoby mi za 10 lat, jeżeli ktokolwiek próbowałby wejść z butami w moje życie. Bo co odpowiedzieć takiej życzliwej osobie na tak „dobrą radę”? Podziękować za życzenia? A może wyraźnie dać do zrozumienia, że nie życzę sobie zaglądania mi do łóżka?
„W tym wieku trzeba”
- Myślę, że byłabym świetną mamą - jestem bardzo zorganizowana, obowiązkowa i wbrew pozorom mam w sobie ogromne pokłady opiekuńczości, które przenoszę na rodziców, siostrę, męża, dzieci przyjaciół, ale jednocześnie nie wyobrażam sobie zajść w ciążę tylko dlatego, że „w tym wieku trzeba” lub dlatego, że „wokół koleżanki” mają dzieci. Uważam, że to musi być stuprocentowo pewna decyzja dwojga ludzi, którzy się na dzieci decydują. Nie wspomnę o samej ciąży, której wizja mnie paraliżuje. Do tego dochodzi też świadomość, że planeta jest przeludniona, że robi się coraz goręcej - choć w takie tłumaczenia zazwyczaj nikt mi nie wierzy – mówi Paulina, która wraz z mężem podjęła świadomą decyzję, że nie chcą mieć dzieci. - To było kilkanaście lat temu, przez ten czas zdążyliśmy się zmienić, dojrzeć, ale póki co to podejście się nie zmieniło. Oboje pochodzimy z bardzo kochających rodzin, oboje mamy rodzeństwo, więc nie wiem, skąd w nas takie podejście.
Z kolei moje podejście przez lata bardzo mocno się zmieniło. Nigdy nie podjęłam ostatecznej decyzji dotyczącej macierzyństwa i wychodzę z założenia, że być może przyjdzie kiedyś ten moment. Ale to nie znaczy, że komentarze jak ten podczas życzeń są mi obojętne. W tamtym momencie był dla mnie ciosem poniżej pasa, bo minęło zaledwie (o ironio) dziewięć miesięcy, odkąd pochowałam mamę i naprawdę nie myślałam o tym, żeby w tym momencie samej zostać mamą. Później coraz częściej myślałam, co ze mną jest nie tak – bliskie przyjaciółki zachodzą w ciążę, lata lecą, a ja nadal nie czuję tej potrzeby (?), instynktu (?)… Coraz częściej czułam presję społeczną związaną z tym, że skoro jestem ŻONĄ, to przecież muszę być MATKĄ. Bo przecież tego oczekuje ode mnie społeczeństwo, taka jest moja rola jako kobiety. Aż wreszcie pomyślałam sobie – Kaśka, STOP.
Co to znaczy, że tego oczekuje ode mnie społeczeństwo? Przecież to nie społeczeństwo, wujek, siostra, babcia, tata będą wychowywać moje dziecko. Przecież to ja muszę być gotowa na bycie mamą, a nie oni. W końcu – to nie ze mną coś jest nie tak, tylko z ludźmi, którzy pytają o tak intymne sprawy innych.
Z tego typu pytaniami na co dzień mierzy się też blogerka Paula Jagodzińska, która zgromadziła sporą społeczność w internecie. I właśnie od swoich obserwatorów najczęściej dostaje pytania dotyczące jej decyzji o macierzyństwie.
- Takie pytania przestają być łatwe w momencie, kiedy ktoś zaczyna drążyć albo przekonywać, że robimy błąd. Wtedy pojawia się we mnie taka prosta myśl: pozwólcie mi żyć po swojemu. Zastanawia mnie, skąd w ludziach potrzeba przekonywania innych, że powinni mieć dzieci, jakby to była jedyna słuszna droga. Ja zawsze odpowiadam, że nasza droga jest inna – tłumaczy. - Ostatnio usłyszałam takie pytanie u ginekologa, co oczywiście jest zrozumiałe, ale w pewnym momencie zaczęło iść dalej: „na pewno nie chce pani dzieci?”, „jest pani tego pewna?”. I wtedy to już przestaje być neutralne pytanie, a zaczyna robić się nacisk.
„Robiłam dobrą minę do złej gry i płakałam w samotności”
- Macierzyństwo przez długi czas było centralnym elementem tożsamości kobiety, więc każda decyzja od tej normy odbiegająca budzi reakcje w formie ocen, presji czy „dobrych rad”. Z perspektywy systemowej to sposób regulowania porządku społecznego utrzymywania znanych ról. Problem w tym, że nie nadąża to za zmianami społecznymi i indywidualnymi wyborami kobiet. To, co kiedyś było normą, dzisiaj jest jej przeciwieństwem – mówi psycholożka Anna Gajda.
Tu warto się na moment zatrzymać i zastanowić nad tym, o jakich normach w ogóle mówimy. Z psychologicznego punktu widzenia istnieją bowiem normy statystyczne, które określają to, co jest najczęstsze, czyli to, że kobiety mają dzieci. Najczęstsze nie oznacza jednak najwłaściwsze.
Są też normy indywidualne, wewnętrzne, które określają nasze przekonania, często oparte na doświadczeniu. I to one wpływają na nasz dobrostan psychiczny. Bo osiągamy go wyłącznie wtedy, gdy żyjemy w zgodzie ze sobą, co pomaga regulować emocje i budować satysfakcjonujące relacje. To, co społeczne, nie zawsze musi być dobre dla jednostki. Najważniejsze jest podjęcie świadomej decyzji w zgodzie z własnym sumieniem.
- Szczerze mówiąc, nie znam osoby, która podjęła świadomą decyzję i później jej żałowała. Warto zaakceptować, że są ludzie, którzy po prostu nie chcą mieć dzieci, i to też jest normalne – tłumaczy Paula Jagodzińska.
Nie zawsze wszystko da się włożyć między normy. Są bowiem sytuacje, o których mówimy najgłośniej, czyli momenty, kiedy pytanie wścibskich trafia do osoby, która chce, ale nie może. A wtedy to boli najbardziej, o czym przekonała się Natalia, dla której zajście w ciążę było ogromnym marzeniem trudnym do realizacji.
- Pytania oczywiście zaczęły pojawiać się tuż po ślubie. Początkowo nie robiły na mnie wrażenia, bo z mężem ustaliliśmy że chcemy jeszcze chwilę pobyć tylko we dwoje, mieliśmy mieszkanie do wykończenia, trzeba było ustabilizować sytuację finansową, więc takie pytania zbywaliśmy, mówiliśmy że chcemy dzieci, ale za jakiś czas. Gdy już zdecydowaliśmy się na dziecko, to te pytania zaczęły jakoś bardziej przeszkadzać, ponieważ przypominały, że „tym razem się nie udało”, aż w końcu bolały mnie fizycznie, robiłam dobrą minę do złej gry i potem płakałam w samotności.
Natalia wspomina, że na początku reagowała na te pytania śmiechem. Im dłużej jednak próbowała zajść w ciążę, tym bardziej ją frustrowały.
- Przechodziłam naprawdę przez całe spektrum możliwości tego, jak można zareagować na to pytanie, finalnie potrafiłam nawet zrobić wykład o tym, czym jest niepłodność i jak bardzo niestosowne jest zadawanie takich pytań. Pewnego razu w pracy nawet wybuchłam na pytanie koleżanki: „No Natalka, to kiedy u was dziecko”. Nakrzyczałam na nią, że właśnie od dwóch lat staram się zajść w ciążę, i żeby nie wchodziła z butami w nieswoje życie.
Oceniamy innych, bo sami czujemy presję
- Ocenianie innych bywa sposobem radzenia sobie z własnym napięciem, ambiwalencją lub niewypowiedzianymi wątpliwościami wobec własnych wyborów – tłumaczy Anna Gajda. - Można to rozumieć jak mechanizm regulacyjny: kiedy czyjeś decyzje podważają nasze własne wybory lub wartości, pojawia się dyskomfort. Ocenianie pozwala go „uciszyć”, przywraca poczucie, że moja droga jest właściwa. Pod tym może kryć się właśnie nieuświadomione poczucie winy, żalu, przeciążenia czy utraconych możliwości.
Właśnie dlatego ludzie, którzy mają dzieci, często nie rozumieją decyzji o rezygnacji z macierzyństwa. Bo dla nich ten „standardowy” model rodziny jest jedynym słusznym. Poczucie bycia w większości również może dawać poczucie prawa do komentowania decyzji tych, którzy wybrali inaczej.
- Wiele osób przygląda się mojemu związkowi, gdy dowiaduje się, jak długo jesteśmy razem i że w naszym życiu pojawił się pies, a nie dziecko. Marzę o tym, by społeczeństwo, zamiast podchodzić do takich spraw stereotypowo, wzięło pod uwagę, że ile ludzi, tyle pobudek za tym, by dziecko mieć lub go nie mieć. Dla każdej mamy w moim otoczeniu jestem troskliwa, wręcz walczę o to, by nie czuła się wyobcowana pośród kobiet, które dzieci nie mają. Chętnie pomagam, chętnie odciążam, zawsze pytam co u „bąbelka”. I robię to ze szczerym zainteresowaniem. Nie mam natomiast poczucia, bym mogła cieszyć się identycznym podejściem ze strony mam, które mają w otoczeniu bezdzietną koleżankę – mówi Paulina.
Takie ocenianie widoczne jest w dużej mierze właśnie między samymi kobietami. Na przykład osoba, która zdecydowała się na macierzyństwo, ale ma trudności z zajściem w ciążę, może (podkreślam, że może, nie musi, tu nie chodzi o uogólnianie, tylko o wyrazisty przykład) silniej reagować na wybory kobiet, które są bezdzietne z wyboru. Bo dla niej ich wybór jest bolesny.
- W tym sensie ocenianie rzadko dotyczy wyłącznie tej drugiej osoby. Częściej mówi coś o wewnętrznym świecie osoby oceniającej – mówi psycholożka.
Takie porównywanie się w trudnych momentach jest zupełnie normalne. Tym bardziej trzeba pamiętać o tym, że pytania w stylu: „a wy kiedy” są po prostu nie na miejscu, bo mogą kogoś zranić.
- Najtrudniejsze było przebywanie wśród osób, które w ciąży akurat były lub miały małe dzieci, czułam się wtedy wybrakowana, zazdrosna, czułam smutek, a najgorsze było to, że nie potrafiłam cieszyć się ze szczęścia bliskich, zamiast tego analizowałam w głowie, co robię nie tak, że nie potrafię zejść ciążę – wspomina Natalia.
Nie mam dzieci, ale nie jestem wybrakowana
Żyjemy w czasach, w których niby zdajemy sobie sprawę, że nie powinno się pytać kobiet o ich decyzje związane z macierzyństwem, bo to nie wypada, bo nigdy nie wiemy, w jakiej sytuacji znajduje się druga osoba. Wciąż jednak społeczeństwo uzurpuje sobie prawo do pytania o ciążę swoich koleżanek, osób z rodziny - zwłaszcza wtedy, gdy otwarcie mówimy o tym, że brak posiadania dziecka jest naszym wyborem. Oczywiście wszystko pod przykrywką „troski”. Czy dobrze to przemyślałaś, możesz tego żałować… Masz już ponad 30 lat, przecież zaraz będzie za późno…
- Jako społeczeństwo ewoluowaliśmy tak, że znalazło się miejsce i dla singli, i dla par bez dzieci, i dla rodzin z jednym dzieckiem lub rodzin wielodzietnych. Żyjemy w czasach, gdy różnorodność to największa wartość tego świata. Byle byśmy ją akceptowali i każdego traktowali jak równego i mile widzianego – podsumowuje Paulina. A Paula Jagodzińska dodaje:
- Najważniejsza lekcja to nauczyć się patrzeć na siebie i słuchać siebie, zamiast oceniać decyzje innych. Czasami, gdy widzę dyskusje w internecie: o tym, kto jak karmi dziecko, co jest „lepsze”, co „gorsze”, to mam wrażenie, że w tym wszystkim gubi się najważniejsze: szacunek do wyborów drugiego człowieka.
Nie każda decyzja kobiety jest traktowana jak wybór. Dla „życzliwych” wujków i koleżanek brak chęci posiadania dziecka lub czekanie z decyzją o potomku jest po prostu fanaberią. Bo choć wydaje nam się, że idziemy z duchem czasu, społeczeństwo wciąż za jedyną poprawną odpowiedź uznaje: „Tak, chcę mieć dziecko”. I nawet gdy same nie mierzymy się z pytaniami, przez takie podejście innych czujemy się zobowiązane, żeby zawsze tłumaczyć swoją decyzję przed innymi. Bo tak mamy zakodowane w głowie. A o ile prostsze byłoby nasze życie, gdyby jedynymi oczekiwaniami było to, czego same pragniemy, a nie to, czego pragnie społeczeństwo.