To jedno zdanie wraca w klasach tuż przed feriami. I potrafi naprawdę zaboleć
W styczniu w klasach zaczyna krążyć to samo pytanie. Dla jednych to zwykła rozmowa, dla innych – źródło wstydu, porównań i poczucia bycia gorszym.

Słyszysz je od dzieci, nauczycieli, rodziców. I nagle orientujesz się, że nie dla wszystkich ferie są beztroskim czasem.
Zbliżają się ferie i w szkolnych klasach zaczyna się mała loteria. Kto jedzie w góry, kto na narty, kto do babci, kto za granicę. Z pozoru zwykłe rozmowy. A jednak od lat zauważam, że jedno pytanie – rzucane często mimochodem – staje się dla wielu dzieci prawdziwą próbą sił. I czasem boli bardziej, niż dorośli są w stanie zauważyć.
Piszę o tym jako mama, dziennikarka i ktoś, kto z bliska słyszy dziecięce rozmowy. I widzi te spojrzenia w dół, lekki uśmiech, nerwowe „jeszcze nie wiem”, które tak naprawdę znaczą: „nie jedziemy nigdzie”.
„A gdzie jedziesz na ferie?”
To właśnie to zdanie. Niby nic. Niby zwykła ciekawość. A jednak dla dziecka, które nigdzie nie jedzie – bo rodziców nie stać, bo mają za dużo pracy, bo jest choroba, rozwód, kredyt, życie – to pytanie potrafi wbić się w serce. W klasie zaczyna się wtedy coś w rodzaju subtelnego rankingu: kto ma fajniejsze plany, kto ciekawsze wyjazdy, kto jedzie dalej, wyżej, drożej.
I nie – nie chodzi o to, że nie wolno opowiadać o swoich feriach. Chodzi o świadomość. O to, że nie każde dziecko wróci po przerwie z nową historią o stoku czy hotelu z basenem. Że niektóre ferie będą wyglądały jak dwa tygodnie na osiedlowym placu zabaw, Netflixie i ciepłej herbacie.
Dzieci czują więcej, niż nam się wydaje
Słyszałam kiedyś, jak dziewczynka szeptem mówi do koleżanki: „powiedz, że nie wiem, dobra?”. Nie była w stanie przyznać, że zostaje w domu. Bała się śmiechu? Oceny? A może po prostu wstydu, który trudno nazwać.
Z wiekiem niby to mija, ale nie do końca. Kompleksy, porównywanie się, to poczucie „mam mniej niż inni” – często biorą się właśnie z takich drobiazgów. Z pozoru niewinnych rozmów, które odsłaniają różnice w możliwościach naszych rodzin. I wtedy dociera do mnie, jak ważne jest, byśmy – dorośli – mieli w sobie trochę więcej czułości dla tych dzieci, które nie odpowiadają z entuzjazmem.
Co możemy zrobić?
Nie jestem zwolenniczką zakazów typu „nie rozmawiajmy o feriach”. To byłoby sztuczne. Ale możemy:
- nie zaczynać rozmów od porównań i wyciągania planów od wszystkich po kolei,
- zauważać te dzieci, które milczą,
- pokazywać, że dobre ferie to nie tylko wyjazd.
Bo czasem największym luksusem jest po prostu święty spokój. Ciepłe kakao. Planszówki. Kino w domu. Spacer w śniegu (albo deszczu, bo wiadomo – polska zima).
Ferie to nie konkurs
I to jest chyba najważniejsze zdanie, jakie chcę tu zapisać: ferie to nie ranking. Nie są miernikiem rodzicielskiej „zaradności” ani dziecięcej „fajności”. Jeśli Twoje dziecko jedzie w góry – super. Niech się cieszy. Jeśli Twoje dziecko zostaje w domu – też super. Jego wartość nie spada tylko dlatego, że nie spakuje walizki.
A tamto „niewinne” pytanie? Może warto powiedzieć je trochę ciszej. Trochę delikatniej. Z myślą o tych, którzy odpowiedzą krótkim: „nigdzie”, a potem odwrócą wzrok. Bo nawet jeśli dla nas to tylko zdanie – dla nich potrafi być całą historią.