Reklama

Wycie, dziki wrzask i bezczelne rzucanie rowerkiem na środku Lidla sparaliżowało całą strefę kas. Nie wytrzymałam i mówię to głośno, prosto z mostu: takich rodziców i dzieci po prostu nie powinni wpuszczać do sklepu dla dobra i bezpieczeństwa nas wszystkich.

Dzika histeria dziecka w sklepie spożywczym

Wszystko zaczęło się wczoraj około godziny szesnastej, kiedy w sklepie panował największy ruch po pracy. Przy mojej kasie numer trzy stała długa kolejka zmęczonych ludzi. Nagle do strefy kas podeszła młoda, modnie ubrana matka z synem, na oko pięcioletnim chłopcem. Mały od samego początku zachowywał się jak król świata. Jeździł po sklepowych kafelkach małym, biegowym rowerkiem, taranując koszyki innych klientów i potykając się o ich nogi. Matka szła metr przed nim, kompletnie ignorując to, co robi jej potwornie niewychowane dziecko. Kiedy zbliżyli się do taśmy, młody nagle zauważył stojak z jajkami niespodziankami i lizakami.

W ułamku sekundy zaczął się prawdziwy cyrk. Chłopak wrzasnął, że chce pięć czekoladowych jajek, a gdy matka spokojnym, wręcz flegmatycznym głosem odpowiedziała, że dzisiaj nie kupią słodyczy, rozpętała się zawierucha. Pięciolatek wpadł w taki szał, że zaczął wyć jak syrena alarmowa. Kiedy matka dalej stała bez ruchu, patrząc w sufit, młody z całej siły uniósł swój plastikowy rowerek i rzucił nim prosto w moją ladę chłodniczą, o mało nie rozbijając szyby, a potem zaczął kopać w boks kasowy. Jak reagować na histerię dziecka w sklepie spożywczym, kiedy dorosła osoba stojąca obok udaje, że ta sytuacja jej w ogóle nie dotyczy?

Rodzice ignorują bulwersujące zachowania dzieci w miejscach publicznych

Siedziałam za kasą z otwartymi ustami, patrząc na tę jawną demolkę. Ludzie w kolejce zaczęli się głośno burzyć, ktoś rzucił uwagę, że to skandal, żeby dziecko niszczyło mienie sklepu i stwarzało zagrożenie dla innych klientów. I wiecie, co zrobiła ta kobieta? Z absolutną zlewką rzuciła w stronę oburzonych ludzi, żeby odczepili się od jej dziecka.

Dla mnie to jakaś paranoja − pozwolenie na to, żeby mały tyran rzucał przedmiotami w pracowników i niszczył stanowisko pracy. Chłopak wył, kopał w moją ladę, rzucał towarem z półek na ziemię, a jego matka stała obok z tym swoim mądrym, wyższościowym uśmieszkiem, kompletnie olewając fakt, że jej dziecko wrzeszczy do uszu kilkudziesięciu osób.

Za grosz kultury i wychowania

Kiedy rowerek po raz kolejny uderzył w mój boks, o mało nie przygniatając stopy starszej pani, która stała w kolejce, nie wytrzymałam. Zatrzymałam taśmę, wstałam z krzesła i powiedziałam twardym, stanowczym głosem: „Proszę pani, albo pani natychmiast uspokoi dziecko i zabierze ten rower, albo ja w tym momencie zamykam kasę, wzywam ochronę i pani nie dokończy tych zakupów”. Kobieta spojrzała na mnie, jakbym była jakimś robakiem. Zaczęła na mnie bezczelnie krzyczeć przy wszystkich, że jestem zwykłą kasjerką od podawania towaru, nie mam prawa pouczać matki i ona zgłosi skargę do kierownika.

Ktoś mógłby powiedzieć, że klient to nasz pan. Otóż nie. Mam prawo pracować w bezpiecznych warunkach, bez obawy, że dostanę w głowę zabawką od rozpuszczonego dzieciaka, którego mamusia woli klikać w telefonie niż postawić mu jasne granice.

Wiem, że czytają Was miliony mam w tym kraju. Błagam Was, nauczcie swoje dzieci, że sklep to nie jest prywatny plac zabaw, a kasjerka to też człowiek, który zasługuje na szacunek. Jeśli nie potraficie ogarnąć fochów swojego dziecka i uważacie, że świat kręci się wokół Was, to zostawcie je z tatą albo zamawiajcie zakupy przez internet, bo przez takich ludzi normalni pracownicy mają po prostu ochotę rzucić tę pracę w diabły.

Z poważaniem,

Katarzyna z warszawskiego Lidla


Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl

Zobacz też: „Mieszkamy nad morzem, więc znajomi traktują mój dom jak darmowe all inclusive. A do chrześnicy nawet z życzeniami nie zadzwonią”

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...