Reklama

„Myślałam, że się zatrzymałam. A ja tylko trochę zwolniłam”

– Jest taka dyskusja, czy wszystko jest po coś – mówi Justyna Nagłowska. – Ja dalej nie wiem, ale staram się szukać sensu w tym, co się wydarza.

Tym razem ten sens znalazła w czymś, co raczej trudno uznać za „lekcję z życia” – złamała palec. Ból, ograniczenie, konieczność rezygnacji z wielu rzeczy – wszystko to, czego zwykle chcemy uniknąć. A jednak właśnie to okazało się dla niej momentem zatrzymania.

– Myślałam, że się zatrzymałam. A ja tylko trochę zwolniłam – przyznaje. – Dopiero to mnie naprawdę zatrzymało.

To zdanie wybrzmiewa mocno, bo brzmi znajomo. Ile razy mówimy sobie, że już „zwalniamy”, podczas gdy tak naprawdę tylko zdejmujemy nogę z gazu na chwilę, żeby zaraz znów przyspieszyć?

Żyjemy na granicy własnej energii

W tej rozmowie nie chodzi o spektakularne kryzysy, tylko o coś znacznie bardziej codziennego – życie w permanentnym napięciu, na granicy własnych możliwości.

Justyna mówi o tym bez patosu: że wieczorem często czujemy, że zużyłyśmy więcej energii, niż miałyśmy. I że jeśli same tego nie zauważymy, ciało prędzej czy później zacznie wysyłać sygnały – najpierw subtelne, później coraz bardziej wyraźne. Czasem to ból, zmęczenie, napięcie, którego nie da się już zignorować. Czasem coś, co zatrzymuje nas na dobre.

Dopiero wtedy zaczynamy żyć inaczej

W rozmowie pojawia się też temat kobiet, które zmieniają swoje życie dopiero wtedy, gdy wydarzy się coś naprawdę trudnego.

– Rozmawiałam z kobietami, które po chorobie mówią, że są za to doświadczenie wdzięczne – pada w podcaście.

To zdanie może budzić sprzeciw. A jednak wiele z nas intuicyjnie czuje, o co w nim chodzi. Bo dopiero wtedy pojawia się przestrzeń, żeby zadać sobie pytanie: czy ja naprawdę żyję tak, jak chcę? I często odpowiedź brzmi: nie.

Dzieci uczą się tego, co widzą

W pewnym momencie rozmowa naturalnie schodzi na temat macierzyństwa. I tu pojawia się coś, co zostaje na długo.

– One więcej uczą się z tego, co robimy, niż z tego, co mówimy – mówi Justyna.

To proste zdanie nagle zmienia perspektywę. Bo jeśli same żyjemy w biegu, ciągle zajęte, zmęczone, przeciążone – to właśnie to pokazujemy naszym dzieciom jako „normalność”.

I trudno wtedy oczekiwać, że nauczą się czegoś innego.

„Co tak siedzisz?” – zdanie, które zostaje w ciele

Justyna wraca też do doświadczeń z domu rodzinnego. Do zdania, które wiele kobiet zna aż za dobrze: „Co tak siedzisz?”. Odpoczynek nie był czymś oczywistym. Trzeba było coś robić, być zajętą, nie „marnować czasu” do tego stopnia, że samo siedzenie budziło dyskomfort.

– Jak ktoś wchodził do domu, a ja siedziałam, to wstawałam i udawałam, że coś robię – opowiada.

Dziś robi coś zupełnie odwrotnego. Potrafi powiedzieć dzieciom wprost: „odpoczywam”. I to dla nich nie jest nic dziwnego. Może właśnie dlatego, że nie muszą się tego oduczać.

A jeśli nie chcemy już wracać do tego życia?

Jest w tej rozmowie moment, który brzmi jak przełom.

– Bałam się, że jak się zatrzymam, to nie będę umiała wrócić do tego kołowrotka. I wtedy pomyślałam: to jest jakaś paranoja. Bo co właściwie oznacza ten lęk? Że odpoczniemy i… nie będziemy chciały już żyć tak jak wcześniej? Może właśnie o to chodzi.

Może zatrzymanie nie jest po to, żeby na chwilę złapać oddech i wrócić do tego samego tempa. Tylko po to, żeby zobaczyć, czy to tempo w ogóle było nasze.

Może nie trzeba czekać, aż coś „pęknie”

Ta rozmowa nie daje prostych odpowiedzi. Ale zostawia z czymś ważnym – z pytaniem, które trudno zignorować: „Czy naprawdę musimy czekać, aż coś nas zatrzyma?”. A może można wcześniej, bez bólu.

Zatrzymaj się na chwilę i sprawdzić, czy jeszcze masz w sobie przestrzeń na siebie.

Cały podcast do obejrzenia na YouTube Mamotoja.

Reklama
Reklama
Reklama