Jadą autem do Chorwacji z 2-latkiem i 7-miesięcznym niemowlęciem. Babcia: „Powinni siedzieć z dziećmi w domu, a nie tak je zamęczać”
Moja córka z zięciem wymyślili właśnie coś tak kosmicznego, że do teraz trzęsą mi się ręce, gdy o tym myślę. Postanowili, że w połowie lipca spakują całą swoją ferajnę do swojego kombi i pojadą na wakacje do Chorwacji. Samochodem. Ponad tysiąc pięćset kilometrów w jedną stronę z dwójką malutkich dzieci. Kiedy usłyszałam ten plan, dosłownie odebrało mi mowę.

Droga Redakcjo Mamotoja.pl, piszę do Was, bo z nerwów nie mogę spać po nocach. Muszę się wygadać, bo we własnym domu zostałam przegłosowana i uznana za zacofaną staruszkę, która nic nie rozumie ze współczesnego świata. Mam na imię Ilona, mam 61 lat i jestem dumną babcią dwóch wspaniałych wnuków − dwuletniego Alka i siedmiomiesięcznego Tadzia.
Kiedy usłyszałam o szalonym wakacyjnym planie córki i zięcia, powiedziałam im prosto z mostu, co o tym myślę. Powinni siedzieć z dziećmi w domu, na działce, blisko lekarza, a nie tak zamęczać dzieci dla własnej zachcianki. Przecież to jest czysty egoizm rodziców, którzy koniecznie muszą wrzucić ładne zdjęcia na te swoje Instagramy i pokazać znajomym, jak to wspaniale wypoczywają. A rzeczywistość? Rzeczywistość będzie drogą przez piekło.
Podróż samochodem do Chorwacji z dzieckiem − logistyczny koszmar
Młodzi dzisiaj myślą, że jak zapną dzieci w nowoczesne foteliki, włączą klimatyzację i puszczą bajkę na tablecie, to podróż minie jak biczem strzelił. No na litość boską, zejdźcie na ziemię. Przecież to jest kilkanaście, jak nie dwadzieścia godzin w zamkniętej blaszanej puszce. Taki siedmiomiesięczny Tadzio przecież nawet nie siedzi stabilnie, jego kręgosłup dostanie w kość za wszystkie czasy. Ile można trzymać niemowlaka w pasach? A dwulatek? Aluś to jest żywe srebro, po godzinie w miejscu dostaje szału. Już widzę ten ryk na autostradzie w Austrii czy w tunelach w Chorwacji, gdzie nie ma jak zjechać na boczny tor.
Moja córka twierdzi, że będą robić przerwy co dwie godziny. No pięknie, to zamiast piętnastu godzin, będą jechać trzydzieści. Przecież w taki upał, na rozgrzanych parkingach, te dzieci powariują. Do tego dochodzi całe to pakowanie. Laktatory, mleko modyfikowane, sterty pampersów, słoiczki, wózki, ubranka na zmianę, leki na gorączkę − przecież oni zablokują cały bagażnik i dach. Gdzie tu jest jakikolwiek komfort? Dla mnie to jest totalny brak wyobraźni i igranie z losem.
Upały w Chorwacji a komfort niemowlaka i małego dziecka
Kolejna sprawa, która spędza mi sen z powiek, to klimat na miejscu. Przecież w lipcu i sierpniu na południu Europy jest regularne piekiełko. Temperatury w cieniu dochodzą do czterdziestu stopni. Jak takie małe, siedmiomiesięczne dziecko ma to wytrzymać? Przecież jego organizm jeszcze nie ma wykształconej pełnej termoregulacji. Taki maluszek momentalnie może się odwodnić albo dostać czegoś gorszego. Moja córka mówi, że będą siedzieć w klimatyzowanym apartamencie. No to ja się pytam, po co jechać tyle kilometrów, wydawać grube tysiące złotych, żeby siedzieć zamkniętym w pokoju z klimatyzacją?
Plaże w Chorwacji są kamieniste, woda słona, słońce pali żywym ogniem. Alek zaraz zaczepi sobie nogę o kamień albo wpadnie do głębokiej wody, bo tam przecież rzadko są łagodne, piaszczyste zejścia jak nad naszym Bałtykiem. Dla takich maluchów najlepszy jest cień pod polską jabłonią, świeże powietrze, basenik z letnią wodą ogrodową i święty spokój, a nie rewolucja klimatyczna i spływanie potem w obcym kraju.
Wakacje z niemowlakiem za granicą − co w razie awarii?
Najbardziej jednak boję się jednej rzeczy. Co jeśli któreś z dzieci zaniemoże? Tam na miejscu, na dalekiej wyspie czy w małym miasteczku kurortowym, opieka wygląda zupełnie inaczej. Zanim znajdą jakiegoś specjalistę, zanim dogadają się po angielsku czy chorwacku, miną cenne godziny. W Polsce wszystko mamy na zawołanie, znane i bezpieczne. A tam? Nawet woda z butelki może młodemu zaszkodzić na brzuszek.
Młodzi rodzice myślą, że są niezniszczalni, a świat należy do nich. Uważają, że moje pokolenie było zacofane, bo z dziećmi siedziało się w domach do trzeciego roku życia. Ale my mieliśmy instynkt samozachowawczy. Wiedzieliśmy, co jest dobre dla rozwoju dziecka, a co jest tylko realizacją naszych własnych zachcianek. Bardzo kocham moje dzieci i wnuki, i serce mi pęka, bo czuję, że ta podróż skończy się jednym wielkim płaczem.
Opublikujcie mój list, proszę, może inne młode matki pukną się w głowę, zanim zafundują swoim dzieciom taki wakacyjny armagedon.
Pozdrawiam,
zatroskana babcia Ilona
Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl