Reklama

Nie należę do osób, które drżą przed każdą sceną walki w bajkach czy krzywią się na widok nieco bardziej dynamicznej akcji. Wychodzę z założenia, że świat nie jest z waty, a dzieci powinny uczyć się różnych emocji. Jednak niedawno przeżyłam moment, który sprawił, że poczułam, jak włosy stają mi dęba.

Wszystko zaczęło się od niewinnego popołudnia, kiedy pozwoliłam dzieciom wybrać coś nowego i popularnego na Netfliksie. Gdy po kwadransie weszłam do salonu z herbatą, nie poznałam własnych dzieci. Moje zazwyczaj wspierające się rodzeństwo zaczęło obrzucać się złośliwymi uwagami, używając słów, których na pewno nie słyszeli ode mnie ani w szkole.

Winowajca? „Wyspa Totalnej Porażki”

Przyznam szczerze: ten tytuł widniał w propozycjach od dawna, ale zawsze go omijałam, ufając swojej intuicji. Tym razem jednak uległam. To, co zobaczyłam na ekranie, uświadomiło mi, jak łatwo możemy wpuścić do dziecięcych głów toksyczne wzorce, wierząc, że to tylko kreskówka.

„Wyspa Totalnej Porażki” to produkcja, która żeruje na najniższych instynktach, promując zachowania, które w realnym życiu nazwalibyśmy bez wahania bullyingiem.

Manipulacja i złośliwość jako rozrywka, czyli dlaczego to nie jest bajka dla dzieci

Głównym problemem tej produkcji nie jest sam fakt, że to parodia reality show. Problem leży w sposobie, w jaki przedstawiane są relacje międzyludzkie. W „Wyspie Totalnej Porażki” sukces osiąga się nie poprzez talent czy współpracę, ale przez intrygi, wyśmiewanie wad innych i celowe upokarzanie przeciwników.

Jako dorośli rozumiemy konwencję satyry, ale dla ośmio- czy dziesięciolatka, którego mózg chłonie wzorce jak gąbka, to po prostu instrukcja obsługi grupy rówieśniczej. Bohaterowie używają języka pełnego pogardy, a ich żarty opierają się na wytykaniu kompleksów, tuszy czy wrażliwości innych uczestników.

Zauważyłam, że po zaledwie paru minutach mój syn zaczął testować te odzywki na swojej młodszej siostrze. Kiedy zwróciłam mu uwagę, usłyszałam: „Mamo, to przecież tylko żart, nie bądź taka sztywna!”. To jest właśnie najniebezpieczniejszy mechanizm tej bajki − normalizacja okrucieństwa pod płaszczykiem humoru. Dziecko uczy się, że bycie cool oznacza bycie złośliwym i cynicznym.

W świecie, w którym tak walczymy o empatię i przeciwdziałanie hejtowi w szkołach, serwowanie dzieciom takiej rozrywki w domu jest jak dolewanie oliwy do ognia. To nie jest edukacja, to trening aspołecznych zachowań, który odbywa się w naszym własnym salonie.

Kultura porażki i brak autorytetów − gdzie podziały się wartości?

W tradycyjnych bajkach, nawet tych nowoczesnych, zazwyczaj istnieje jakiś kompas moralny. Jeśli bohater błądzi, ponosi konsekwencje, wyciąga wnioski, przeprasza. W „Wyspie Totalnej Porażki” moralność nie istnieje. Postacie, które zachowują się najbardziej podle, są często nagradzane uwagą kamery i sukcesem w grze.

To tworzy w głowie małego widza bardzo niebezpieczne przekonanie: „Jeśli będę wystarczająco sprytny i złośliwy, wygram, a inni będą mi zazdrościć”. Gdzie tu miejsce na braterstwo, o którym tak chętnie piszemy w kontekście harcerstwa czy zajęć sportowych?

Co więcej, dorośli w tej bajce − reprezentowani przez prowadzącego, Chrisa McClaina − są całkowicie pozbawieni empatii wobec cierpienia młodych ludzi. To niszczy autorytet dorosłego jako opiekuna i osoby, do której można się zwrócić o pomoc. Jeśli dziecko widzi, że osoba decyzyjna czerpie radość z upokarzania innych, zaczyna wierzyć, że świat dorosłych jest miejscem bezwzględnym, w którym jedyną strategią przetrwania jest atak.

Moje dzieci po seansie były nienaturalnie pobudzone, kłótliwe i − co najbardziej mnie uderzyło − zupełnie niezdolne do wspólnej, spokojnej zabawy. Ich mózgi zostały zalane negatywnymi bodźcami, które musiały gdzieś znaleźć ujście.

Czas na cyfrowe porządki: wybierajmy treści, które budują, a nie niszczą

Wiem, że w dzisiejszym świecie nie da się uciec od elektroniki i nie chcę być matką, która wszystkiego zabrania. Ale po doświadczeniu z „Wyspą Totalnej Porażki” zrozumiałam, że moja rola jako filtra treści jest ważniejsza niż kiedykolwiek. Netflix i inne platformy mają mnóstwo wartościowych produkcji, ale algorytmy nie mają sumienia − one promują to, co generuje kliknięcia, a nie to, co rozwija empatię.

Naszym zadaniem jest bycie strażnikami. Jeśli widzisz, że po jakiejś bajce twoje dziecko staje się bardziej agresywne czy po prostu trudne, nie wahaj się użyć przycisku „zablokuj”.

Zamiast toksycznych intryg, wróćmy do bajek, które uczą współpracy. Nie muszą to być nudne opowieści z morałem sprzed trzydziestu lat. Jest mnóstwo nowoczesnych animacji, które pokazują, że siła tkwi w różnorodności i wzajemnym wsparciu. Ja swoją lekcję odrobiłam. „Wyspa Totalnej Porażki” dostała u nas dożywotni zakaz emisji.

Od kiedy ją wyeliminowaliśmy, spokój w domu wrócił, a złośliwe odzywki powoli odchodzą w zapomnienie. Czasem jedna decyzja o wyłączeniu telewizora może zmienić atmosferę w całej rodzinie. Dbajmy o to, co wlewamy do głów naszych dzieci, bo to właśnie z tych treści budują one swój obraz świata i innych ludzi.

Zobacz też: Rodzice je puszczają i myślą, że mają spokój. Oto 5 bajek, których dzieci nie powinny oglądać

Reklama
Reklama
Reklama