„Wakacje z dziećmi to nie odpoczynek, to katorga”. Rodzice drżą ze strachu przed urlopem
Letnie wyjazdy z najmłodszymi to dla wielu pracujących na co dzień rodziców moment gigantycznego stresu i zmęczenia. Poznaj poruszającą i bezkompromisową relację naszej czytelniczki, która odważyła się głośno opowiedzieć o narastającej panice i wycieńczeniu, jakie niesie ze sobą organizacja rodzinnego urlopu.

Dzień dobry, piszę do Państwa, ponieważ powoli zbliża się lipiec, a w mojej głowie zamiast radości z nadchodzącego lata pojawia się jedynie gigantyczna, paraliżująca panika. Wszyscy wokół w biurze licytują się, gdzie lecą w tym roku, przeglądają oferty hoteli i odliczają dni do urlopu, a ja na samą myśl o spakowaniu walizek mam ochotę zamknąć się w łazience i głośno płakać. Jestem mamą dwójki cudownych maluchów, trzyletniej Zuzi i sześcioletniego Kacpra, i po prostu nie potrafię już dłużej udawać tej idealnej, wiecznie uśmiechniętej mamusi z kolorowych gazet.
Muszę to wreszcie głośno z siebie wyrzucić, bo pękam od środka z powodu poczucia winy: wakacje z dziećmi to nie odpoczynek, to katorga, przed którą drżę ze strachu. Spędzamy te upragnione dwa tygodnie na nieustannym pilnowaniu, sprzątaniu rozlanego soku i gaszeniu potężnych pożarów emocjonalnych, wracając do domu o wiele bardziej wykończeni, niż byliśmy przed wyjazdem.
Prawda o urlopie z maluchem, czyli logistyczny koszmar na plaży
Większość z nas karmi się pięknymi obrazkami z mediów społecznościowych, gdzie zrelaksowani rodzice sączą zimne napoje, a ich czyste, opalone dzieci grzecznie budują zamki z piasku obok leżaka. Rzeczywistość rodzinnego wyjazdu nad morze czy w góry to jednak brutalny, nieustanny maraton logistyczny, który zaczyna się już na etapie pakowania połowy domu do bagażnika samochodu. Trzeba zabrać apteczkę na każdą możliwą chorobę świata, setki ubranek na zmianę, ulubione zabawki, wózki i kocyki, a sam proces podróży z marudzącą dwójką na tylnym siedzeniu to potworny test dla psychiki każdego dorosłego.
Kiedy wreszcie docieramy na miejsce, zamiast upragnionej ciszy i świętego spokoju, zaczyna się najtrudniejsza, bezpłatna praca na całodobowy etat, tyle że w znacznie trudniejszych warunkach niż te domowe.
Na plaży czy na górskim szlaku nie ma ani jednej sekundy na to, by zamknąć oczy, poczytać książkę czy po prostu posłuchać szumu fal. Cały czas jesteśmy w stanie najwyższej gotowości bojowej, biegając za uciekającym trzylatkiem, smarując dzieci kremem z filtrem, którego one szczerze nienawidzą, i wysłuchując wiecznych narzekań, że piasek parzy w stopy, a słońce świeci za mocno. Zamiast luksusowych posiłków w restauracjach, mamy nerwowe połykanie zimnego jedzenia w pośpiechu, byle tylko maluch nie rozniósł lokalu i nie zaczął krzyczeć na całą salę z powodu zmęczenia.
To nie jest regeneracja sił, której tak dramatycznie potrzebuję po całym roku zarywania nocy i ciężkiej pracy zawodowej. To zwyczajne przeniesienie domowych obowiązków w inne, znacznie droższe miejsce, gdzie brak znajomych kątów i rutyny tylko potęguje dziecięce fochy oraz histerie.
Instagramowe wakacje kontra brutalna rzeczywistość w kurorcie
Najbardziej wykańcza mnie ta wszechobecna presja otoczenia, która nakazuje nam zachwycać się każdą chwilą spędzoną w rodzinnym gronie i udawać, że jesteśmy najszczęśliwsi na świecie. Kiedy na wczasach mam ochotę usiąść na krawędzi basenu i po prostu gapić się w przestrzeń, natychmiast dopada mnie potworne poczucie winy, że jestem złą, wyrodną matką, która nie potrafi docenić czasu z własnymi dziećmi. Prawda jest taka, że w trakcie tych dwóch tygodni tak zwanego wypoczynku marzę jedynie o powrocie do mojego spokojnego biura i wypiciu ciepłej kawy w ciszy, bez konieczności ciągłego negocjowania warunków zjedzenia choćby kawałka obiadu.
Dzieci w nowym otoczeniu bardzo często stają się przebodźcowane, rozdrażnione i niespokojne, co skutkuje potężnymi awanturami o każdą najgorszą bzdurę, od koloru kółka do pływania po temperaturę wody w basenie. Dorośli, zamiast zbliżać się do siebie, skaczą sobie do gardeł z powodu permanentnego niewyspania i zmęczenia fizycznego, próbując jakoś ogarnąć ten chaos. Płacimy ogromne pieniądze za hotele z opcją all inclusive, a potem i tak spędzamy wieczory w zamkniętym, ciemnym pokoju hotelowym od godziny dwudziestej, bo dzieci muszą iść spać, a my siedzimy w ciszy, rozmawiając szeptem, żeby ich nie obudzić. Gdzie w tym wszystkim jest czas na relaks, na rozmowę z mężem, na złapanie oddechu od codziennej szarzyzny?
Strach przed urlopem i wielkie tabu współczesnego macierzyństwa
Wiem, że po publikacji tego listu wyleje się na mnie fala krytyki ze strony idealnych matek, które zaczną pisać, że powinnam być wdzięczna za to, co mam, i że dzieci tak szybko rosną. Ja jednak rozmawiam na boku z wieloma koleżankami z placów zabaw i widzę w ich oczach dokładnie ten sam strach oraz gigantyczne wycieńczenie. Boimy się przyznać same przed sobą, że rodzinne wyjazdy nas po prostu przerastają i że jako kobiety potrzebujemy czasem odpoczynku od roli matki, kucharki i animatorki czasu wolnego w jednym.
Chcę za pośrednictwem Państwa portalu zaapelować do wszystkich rodziców, którzy właśnie teraz, na początku czerwca, czują ten sam paraliżujący lęk przed zbliżającymi się urlopami: przestańmy wreszcie udawać i zrzućmy te maski idealności. Mamy pełne prawo czuć się zmęczeni, mamy prawo mówić, że wyjazd z dwójką czy trójką kilkulatków to potwornie ciężka harówka, a nie sielanka pod palmami. Może, gdy zaczniemy głośno i bez wstydu rozmawiać o tym, jak trudne logistycznie i emocjonalnie są rodzinne wczasy, zniknie z nas to potworne, niszczące poczucie winy?
Ela
Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl
Zobacz też: „Znalazłam to w spiżarni w starym pudełku po piernikach. Prawda o mojej nieczułej matce złamała mi serce”