Reklama

Gdy mój Kacper z dumą wtrącił, że za trzy tygodnie znowu jedziemy do naszego ukochanego uzdrowiska w Kołobrzegu, w pokoju zapadła kpiąca cisza. „Nad Bałtyk? Przecież tam jest nudno, woda jest zimna i nie ma zjeżdżalni” − podsumował jeden z kolegów. Gdy to usłyszałam, serce podeszło mi do gardła. Poczułam ogromny żal, ale nie z powodu mojego syna. Zrobiło mi się smutno na myśl o tych wszystkich dzieciach, które nigdy tak naprawdę nie doświadczyły magii prawdziwych wakacji.

Wakacje z dzieckiem: tylko nad polskim morzem

Od dziesięciu lat, odkąd Kacper przyszedł na świat, każda nasza letnia wyprawa ma tylko jeden kierunek: polskie morze. Jako matka dbająca o zdrowie swojego dziecka, od początku stawiałam na naturalne walory naszego klimatu. Amortyzacja kosztów, zbawienny dla dróg oddechowych jod i unikalny mikroklimat nadmorskich uzdrowisk to powody, dla których nie zamieniłabym Bałtyku na żadne, nawet najbardziej luksusowe tropiki. U nas jest po prostu najpiękniej.

Niestety, we współczesnym świecie panuje chora presja na zagraniczne wyjazdy na pokaz. Inne mamy z klasy mojego syna prześcigają się w postach na Instagramie, wrzucając zdjęcia spod palm w Egipcie czy Grecji. Często biorą na te wycieczki potworne kredyty, byle tylko się pokazać. Smutne jest to, że w tej pogoni za luksusem zupełnie zapominają o tym, czym powinny być dziecięce wakacje.

Wolimy dziką plażę i bursztyny od zamkniętego kurortu

Rozmawiając później z Kacprem, zapytałam go, czy jest mu przykro z powodu słów kolegów. Odpowiedź mojego dziesięciolatka sprawiła, że poczułam gigantyczną dumę.

− Mamo, oni mi współczują, a ja współczuję im − powiedział, tuląc się do mnie. − Opowiadali, że cały dzień siedzą przy hotelowym basenie, bo na plaży poza hotelem jest za gorąco i nie wolno im wychodzić. Oni nawet nie wiedzą, jak wygląda i jak pachnie prawdziwa, dzika plaża! Nigdy nie szukali bursztynów po burzy, nie jedli jagodzianek od pana chodzącego po piasku i nie wiedzą, jaką frajdą jest budowanie wielkiego zamku z fosą, do której wpada prawdziwa fala z Bałtyku. Dla nich wakacje to po prostu komputer i basen.

Słowa mojego syna obnażyły całą prawdę o współczesnym dzieciństwie w „złotych klatkach”. Dzieci z bogatych domów znają na pamięć rozkład zjeżdżalni w tureckich kurortach, ale nie mają pojęcia, czym jest prawdziwa, wakacyjna wolność. Nie wiedzą, jak to jest biegać boso po chłodnym piasku o wschodzie słońca, zbierać muszelki, owijać się kocem po wyjściu z zimnej wody i pić ciepłą herbatę z termosu na wydmie. Ich wakacje są sztuczne, plastikowe i zaprogramowane przez hotelowych animatorów.

Uśmiech dziecka jedzącego gofra: bezcenny

W tym roku znowu pakujemy walizki i jedziemy nad polskie morze. Nie mamy zamiaru niczego nikomu udowadniać. Zamiast klimatyzowanych wnętrz hoteli all inclusive, wybieramy szum fal, zapach sosen, spacery po molo i wieczorne zbieranie patyków na ognisko.

Droga Redakcjo, publikuję ten list, aby przypomnieć wszystkim mamom, że najpiękniejszych wspomnień z dzieciństwa nie kupi się na stronach biur podróży. Budowanie zamku z piasku nad Bałtykiem, walka z wiatrem przy rozkładaniu parawanu i uśmiech dziecka jedzącego gofra z bitą śmietaną na deptaku − to są rzeczy bezcenne. Cieszę się, że mój syn potrafi to docenić i nie zamieniłby naszego morza na żadne palmy świata.

Pozdrawiam wszystkie nadmorskie mamy,

Katarzyna z Torunia


Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl

Zobacz też: Państwo rozdaje nawet 600 zł na wakacje dla babci i dziadka. Wystarczy 1 wniosek

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...