Reklama

Droga Redakcjo! Czuję, że zaraz pęknę z żalu i zwyczajnego, ludzkiego zmęczenia. Mam dwoje małych dzieci − Tymka i Zuzię. Odkąd zostaliśmy rodzicami, nasze życie wywróciło się do góry nogami, ale najgorsze nie jest niewyspanie czy brak czasu dla siebie. Najbardziej boli mnie obojętność osób, które teoretycznie powinny być nam najbliższe. Chodzi o moją teściową.

Gdzie podziały się babcie z naszych marzeń i wspomnień?

Kiedy byłam w ciąży, miałam w głowie taki piękny, niemal filmowy obrazek. Wyobrażałam sobie, że jak już dzieci pojawią się na świecie, to teściowa będzie naszą opoką. Myślałam, że będzie wpadać z ciepłym rosołem w niedzielę, że upiecze dzieciom szarlotkę, o której będą opowiadać w przedszkolu, i że chociaż raz w miesiącu powie: „Dzieciaki, idźcie do kina, ja wezmę wnuki na weekend”. Przecież ona jest na emeryturze! Ma mnóstwo wolnego czasu, nie musi już gonić za pieniądzem ani martwić się o pracę.

Tymczasem rzeczywistość brutalnie zweryfikowała moje marzenia. Moja teściowa ani razu, przez trzy lata odkąd urodził się Tymek, nie przywiozła nam obiadu. Nigdy nie zaproponowała, że zostanie z dziećmi, żebyśmy mogli chociaż odespać jedną noc. Kiedy dzwonię i pytam, co u niej, słyszę o kolejnych wycieczkach, o kawie u koleżanki, o uniwersytecie trzeciego wieku albo o nowych kwiatach w ogródku. Nie rozumiem, jak można być tak zajętym własnymi sprawami, kiedy własne wnuki dorastają obok, a rodzice tych dzieci ledwo trzymają się na nogach z wycieńczenia.

Samotność w macierzyństwie i brak obiadu od babci

Najbardziej boli mnie to w dni, kiedy chorujemy. Ostatnio cała nasza czwórka złapała grypę żołądkową. Leżeliśmy z mężem ledwo żywi, dzieci płakały, a w lodówce było tylko światło. Zadzwoniłam do teściowej, licząc na to, że chociaż podrzuci nam jakieś zakupy pod drzwi albo ugotuje gar krupniku. Usłyszałam, że „Oj, to faktycznie macie pecha”, ale ona akurat wybiera się do teatru i nie chce się zarazić, więc wpadnie, jak już będziemy zdrowi.

Czułam wtedy taką bezsilność, że chciało mi się wyć. Przecież to jest jej krew! Czy ona nie pamięta, jak to było, kiedy sama miała małe dzieci? Czy naprawdę te wszystkie wyjścia i spotkania są ważniejsze niż pomoc własnemu synowi i jego rodzinie? Czuję się po prostu rozczarowana tym nowoczesnym podejściem do bycia babcią. Zawsze myślałam, że emerytura to czas, kiedy spłaca się dług wdzięczności wobec pokoleń i po prostu cieszy się byciem potrzebną. Moja teściowa woli być wolną kobietą, a my zostaliśmy z tym wszystkim zupełnie sami.

Czy dzisiejsi dziadkowie stali się zwyczajnie egoistyczni?

Zastanawiam się często, skąd w starszym pokoleniu wzięła się ta nagła potrzeba życia dla siebie. Rozumiem, że pracowali ciężko przez lata, ale czy to wyklucza bycie babcią z prawdziwego zdarzenia? Moja własna babcia zawsze miała dla mnie czas, zawsze miała w kieszeni cukierek i zawsze wiedziała, co mi dolega. Dzisiejsze babcie wolą kijki do nordic walking niż pchanie wózka.

Czuję, że ta sytuacja niszczy nasze relacje. Przestałam już prosić, przestałam liczyć na jakiekolwiek wsparcie. Ale kiedy widzę te wszystkie reklamy w telewizji, gdzie dziadkowie bawią się z wnukami i pieką z nimi ciasta, to serce mi pęka. Moje dzieci nie będą miały takich wspomnień. Będą pamiętać babcię jako panią, która wpada raz na dwa miesiące w eleganckim płaszczu, posiedzi pół godziny i ucieka, bo ma umówioną wizytę u kosmetyczki.

Czy to naprawdę jest to, co chcemy przekazać następnym pokoleniom? Że każdy jest dla siebie sterem i żeglarzem, a rodzina to tylko dodatek do kalendarza? Nie tak to miało wyglądać.

Pozdrawiam,

Agnieszka


Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl

Zobacz też: 6 oznak, że jesteś rodzicem pandą. Możesz być dumna, jeśli spełniasz warunek nr 2

Reklama
Reklama
Reklama