„Nie chcę od męża kwiatów na Dzień Matki. Wolę, żeby wstawał do dziecka w nocy i przestał być gościem w domu”
Piszę do Was te słowa, siedząc w kuchni przy zimnej kawie, podczas gdy za ścianą mąż pewnie przegląda w internecie oferty kwiaciarni z dostawą na Dzień Matki. Chcę mu głośno powiedzieć: zachowaj te pieniądze w portfelu, bo jeden bukiet róż nie naprawi tego, że w naszym własnym domu czuję się jak samotna matka z mężem na doczepkę.

Mój Dzień Matki trwa od 365 dni w roku, 24 godziny na dobę, bez przerwy na chorobę czy chwilę oddechu, a zbliżające się święto tylko uwypukla to, jak bardzo jestem w tym wszystkim zostawiona sama sobie. Kocham moje dziecko nad życie, ale nienawidzę roli, w którą wtłoczył mnie nasz związek − roli kogoś, kto odpowiada za każdą brudną pieluchę, każdą nieprzespaną noc i każdy termin szczepienia, podczas gdy ojciec dziecka pełni funkcję gościa specjalnego.
Nie chcę kolejnego dowodu wdzięczności w wazonie, który zwiędnie po trzech dniach; chcę partnera, który zrozumie, że ojcostwo nie kończy się na zarabianiu pieniędzy i radosnej zabawie przez kwadrans po pracy.
Nocne wstawanie to nie jest pomoc, to obowiązek obojga rodziców
Najbardziej boli mnie to mityczne pomaganie, o którym tak chętnie mówią mężczyźni. Mój mąż często pyta: „Czy mam ci w czymś pomóc?”, jakby to dziecko było tylko moim projektem, a dom moją wyłączną firmą, w której on łaskawie może wziąć nadgodziny. Najgorzej jest w nocy − kiedy nasze dziecko płacze, on ma niesamowitą zdolność zapadania w sen kamienny, z którego nie budzi go nawet najgłośniejszy szloch. To ja wstaję, ja kołyszę, ja karmię, ja zmieniam piżamkę, a rano słyszę rześkie: „O, mały chyba dzisiaj dobrze spał, co nie?”.
W takie dni mam ochotę krzyczeć, że nie, nie spał dobrze, i ja też nie spałam, a fakt, że on jest wypoczęty, wynika tylko z mojego poświęcenia. Nie chcę kwiatów na Dzień Matki, jeśli noc po ich otrzymaniu znów spędzę samotnie na dywanie w pokoju dziecięcym, próbując uspokoić ząbkującego malucha. Chcę, żeby poczuł ten sam ciężar pod oczami co ja, żeby w końcu przejął inicjatywę i powiedział: „Kochanie, dzisiaj ja przejmuję nocną wartę, ty po prostu śpij”. To byłby najpiękniejszy prezent, o jakim mogę marzyć − uznanie, że moje zdrowie i sen są tak samo ważne jak jego praca.
Bycie gościem w domu niszczy naszą relację bardziej niż kłótnie
Mój mąż wraca z biura i uważa, że jego dniówka się skończyła − zjada obiad, kładzie się na kanapie z telefonem i czeka, aż podam mu herbatę, podczas gdy ja w jednej ręce trzymam dziecko, a drugą próbuję ogarnąć pobojowisko po kolacji. Stał się gościem, który owszem, poklepie syna po plecach, pośmieje się do niego przez chwilę, ale gdy tylko zaczyna się płacz, brudna pielucha albo marudzenie, oddaje mi dziecko ze słowami: „Chyba chce do mamy”. To „chce do mamy” to najczęstsza wymówka, jaką słyszę, i za każdym razem czuję, jakby ktoś wbijał mi szpilkę w serce.
On nie widzi, że ja nie mam godzin urzędowania, że moja praca trwa non stop. Kwiaty od gościa, który tylko wpada do domu na nocleg i posiłek, budzą we mnie jedynie gorycz. Marzę o tym, żeby przestał pytać, gdzie są czyste skarpetki dziecka albo co ma mu dać na kolację − marzę, żeby sam to wiedział. Chcę, żeby wziął odpowiedzialność za logistykę naszego życia, żeby wiedział, kiedy kończy się mleko i gdzie leżą leki na gorączkę. Bycie rodzicem to nie jest bycie asystentem matki, to bycie współdecydentem, kimś, kto widzi bałagan i go sprząta, a nie czeka na polecenie służbowe.
Prezent, którego nie da się kupić: szacunek do mojego czasu
W tegoroczny Dzień Matki nie chcę iść na uroczysty obiad, podczas którego i tak będę musiała pilnować, żeby mały nie wylał zupy, podczas gdy mąż będzie swobodnie rozmawiał z rodziną. Chcę wolnego czasu − takiego prawdziwego, bez dziecka na ręku i bez planowania w głowie obiadu na jutro. Chcę, żeby mąż zrozumiał, że mój czas jest tak samo cenny jak jego, i że moje zmęczenie nie jest mniej ważne, bo przecież siedzę w domu. To siedzenie w domu to najcięższy etat, jaki w życiu miałam, i najmniej doceniany pod słońcem.
Zamiast bukietu, wolałabym listę zadań, które on przejmuje na stałe. Chcę usłyszeć: „Od dzisiaj ja kąpię małego co wieczór”, „Od dzisiaj sobotnie poranki są twoje, ja idę z dzieckiem na spacer”. To są prezenty, które budują więź, które dają kobiecie poczucie, że jest kochana i szanowana jako człowiek, a nie tylko jako sprawna maszyna do obsługi ogniska domowego. Kwiaty zwiędną, ale poczucie, że mam obok siebie prawdziwego ojca i partnera, dałoby mi siłę na lata.
Redakcjo, czy ja naprawdę wymagam zbyt wiele? Czy pragnienie, by mąż przestał być turystą w naszym wspólnym życiu, to aż taki wygórowany postulat?
Angelika
Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl
Zobacz też: Dziadkowie to nie darmowa służba na pstryknięcie. „Gdy synowa podrzuciła mi wnuki, usłyszała tylko 3 słowa”