„Nie mogę wyjść do knajpy, bo wstydzę się swojego dziecka. Wrzeszczy i rzuca makaronem”. Matka załamana rodzinnym urlopem
Piszę ten list z pokoju hotelowego, rycząc w poduszkę, podczas gdy mój mąż poszedł na samotny spacer, a nasz trzyletni syn w końcu zasnął po kolejnej potwornej awanturze. Jesteśmy na upragnionym, wyczekanym urlopie nad morzem, ale zamiast sielanki czuję, że jako matka poniosłam totalną porażkę wychowawczą.

Doszło do tego, że autentycznie nie mogę wyjść do żadnej knajpy, bo po prostu potwornie wstydzę się swojego własnego, rodzonego dziecka. Mój mały syn wrzeszczy wniebogłosy przy ludziach, rzuca makaronem i zamienia każdy posiłek w bitwę, a ja mam ochotę zapaść się pod ziemię ze wstydu.
Koszmar w restauracji, czyli jak wygląda obiad z żywiołowym trzylatkiem
Wszystko zaczyna się już w momencie, kiedy przekraczamy próg jakiejkolwiek restauracji, bo u mojego dziecka natychmiast włącza się jakiś bliżej nieokreślony tryb totalnej destrukcji. Nie ma mowy o spokojnym przejrzeniu karty czy zamówieniu chłodnego napoju, ponieważ mały od razu zaczyna wiercić się na krześle i piszczeć, że on chce stąd natychmiast wyjść. Kiedy kelner w końcu przynosi upragnione jedzenie, na stole rozpętuje się prawdziwe piekło, którego nie życzę żadnej, nawet najbardziej odpornej psychicznie mamie.
Ostatnio w popularnej smażalni ryb syn dostał swój ulubiony makaron z sosem pomidorowym, ale zamiast włożyć go do buzi, postanowił sprawdzić, jak daleko ten makaron poleci. Wystarczyła sekunda mojej nieuwagi, a czerwone kluski wylądowały na śnieżnobiałej koszuli starszego pana siedzącego przy stoliku obok, a sos opryskał całe menu.
Moje dziecko zaczyna histerycznie wrzeszczeć, kiedy próbuję mu zabrać talerz lub choćby spokojnie wytłumaczyć, że tak nie wolno robić, a cały lokal natychmiast zamiera i patrzy tylko na nas. Stasiek rzuca się na podłogę, bije rączkami w stół, a ja czuję, jak pot spływa mi po plecach i cała się trzęsę z bezsilności. To nie jest jednorazowy wybryk czy gorszy moment, bo scenariusz powtarza się w kółko, niezależnie od tego, czy idziemy na gofry, lody czy wykwintny obiad. Urlop stał się dla mnie ciągłym pasmem stresu, a jedzenie posiłków w miejscach publicznych kojarzy mi się wyłącznie z gigantycznym upokorzeniem i panicznym strachem.
Karcące spojrzenia ludzi w kawiarniach są nie do wytrzymania
Najgorsze w tym wszystkim nie jest jednak zachowanie mojego upartego synka, bo wiem, że to jeszcze małe dziecko, które dopiero uczy się emocji, ale potworna reakcja otoczenia. Te wszystkie karcące spojrzenia obcych ludzi, te ostentacyjne westchnienia i szepty za naszymi plecami po prostu niszczą mnie psychicznie od środka. Widzę wzrok tych eleganckich par bezdzietnych albo starszych małżeństw, które patrzą na mnie jak na jakąś patologię, która nie potrafi okiełznać własnego rozpuszczonego bachora. Każdy dookoła nagle staje się wybitnym profesorem psychologii dziecięcej i rzuca z boku złote rady, że powinnam zostawić go w pokoju albo po prostu lepiej wychować.
Te komentarze bolą najbardziej, bo nikt nie widzi, jak bardzo się staram, jak tłumaczę, proszę, odwracam uwagę zabawkami i staję na rzęsach, żeby tylko zapanował święty spokój. Ludzie w knajpach potrafią być niesamowicie bezwzględni i nie rozumieją, że zmiana otoczenia, upał i nadmiar bodźców nad morzem mogą totalnie rozregulować układ nerwowy małego człowieka. Czuję się potępiana na każdym kroku, jakby moje dziecko było jakimś potworem, a ja najgorszą matką na świecie, która celowo psuje innym urlopowy wypoczynek. Teraz wolę jeść suche bułki z marketu, niż znowu ryzykować publiczne upokorzenie w restauracji.
Jak przetrwać wakacje z dzieckiem i nie zwariować?
Drogie mamy, piszę ten list także po to, aby zapytać Was, jak mam przetrwać te pozostałe kilka dni urlopu i po prostu nie zwariować z nadmiaru złych emocji. Z mężem zaczynamy skakać sobie do gardeł, jesteśmy wykończeni psychicznie, a nasze małżeństwo, zamiast rozkwitać na wyjeździe, wisi obecnie na włosku przez ciągły stres. Zrozumiałam, że muszę całkowicie zmienić nasze podejście do tych wakacji i odpuścić sobie realizowanie nierealnych planów o luksusowych obiadach w nadmorskich knajpach. Zdrowie psychiczne mojej rodziny i mój własny spokój są o wiele ważniejsze niż to, czy zjem świeżą rybę prosto z kutra przy stoliku z widokiem na zachód słońca.
Postanowiliśmy, że do końca wyjazdu rezygnujemy z tradycyjnych restauracji i przechodzimy na system zamawiania jedzenia na wynos bezpośrednio na plażę albo do hotelowego ogrodu, gdzie mały nikomu nie przeszkadza. Zamierzam też kompletnie ignorować te wszystkie świętoszkowate spojrzenia obcych ludzi na deptaku, bo oni nie mają pojęcia, przez co przechodzimy każdego dnia.
Moje dziecko ma prawo do gorszego czasu, ma prawo nie radzić sobie z emocjami na urlopie, a moim zadaniem jest go wspierać, a nie umierać ze wstydu przed obcymi. Trzymajcie za nas kciuki, bo powrót do domu czeka nas dopiero za cztery dni, a ja muszę zebrać resztki sił, żeby dokończyć ten wyjazd z uniesioną głową.
Karolina
Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl