Reklama

Od lat obserwuję, jak zmieniają się nasze relacje, jak ewoluują definicje partnerstwa i jak boleśnie potrafimy zderzać się z rzeczywistością. Jednak post, na który natrafiłam na profilu „Mamy siebie” na Facebooku, dosłownie ściął mnie z nóg. Poczułam ten charakterystyczny skurcz w żołądku, który pojawia się zawsze wtedy, gdy widzę kobietę zapędzoną w kozi róg pod hasłem „nowoczesnego, niezależnego związku”. To historia, która mogłaby przydarzyć się każdej z nas, a dyskusja, jaką wywołała, idealnie obnaża tabu, o którym w polskich domach wciąż rozmawia się szeptem: pieniądze w małżeństwie.

Zaczęło się od dramatycznego pytania autorki: „Dziewczyny, potrzebuję naprawdę szczerej opinii, bo zaczynam się zastanawiać, czy nie żyję w jakimś matriksie”. Autorka postu opisała swoją codzienność, która z pozoru wygląda jak marzenie o finansowej samodzielności. Ona zarabia 7 tysięcy złotych, jej mąż − około 14 tysięcy. Mają czteroletnie dziecko, mieszkają w mieszkaniu po jego babci, więc odpada im gigantyczny ciężar w postaci kredytu hipotecznego. Układ? Osobne konta, rachunki i wydatki na córeczkę dzielone skrupulatnie po połowie. Brzmi jak czysty, partnerski układ rodem z XXI wieku, prawda? Diabeł jednak, jak zawsze, tkwi w bezwzględnej matematyce i realiach macierzyństwa. Podczas gdy mąż co miesiąc odkłada potężne sumy i zbudował już imponującą poduszkę finansową, na koncie kobiety po opłaceniu przedszkola, ubrań dla dziecka, jedzenia i codziennego życia zostają grosze. Ona nie ma oszczędności. On ma finansowe eldorado.

Finansowy podział 50/50, czyli pułapka pozornego partnerstwa

Kiedy autorka postu postanowiła przerwać to błędne koło, usłyszała od męża, że ma swoją pensję, powinna sama nią zarządzać i „nie zaglądać do jego konta”. Postawiła więc twarde warunki: „Jeśli chcesz mieć swoje oszczędności, ja też chcę mieć swoje. Nie będę rezygnować z własnych pieniędzy, żebyś ty mógł odkładać dwa razy więcej ode mnie”. Ta sytuacja idealnie pokazuje, jak teoretycznie sprawiedliwy podział „pół na pół” staje się rażąco niesprawiedliwy, gdy zarobki partnerów drastycznie się różnią, a na świecie pojawia się dziecko. Macierzyństwo kosztuje − nie tylko w wymiarze finansowym, ale i logistycznym. Koszty stałe rosną, a kobieta, zarabiająca mniej, zostaje wydrenowana do zera, realizując iluzję równego wkładu.

W komentarzach pod postem natychmiast zawrzało, a internautki celnie punktowały absurd tej sytuacji. Jedna z komentujących napisała wprost: „Niech mi ktoś logicznie wytłumaczy. Po co brać ślub, kiedy zakłada się taki model finansów i życia? Przecież dokładnie takie coś było przed zawarciem małżeństwa”. I trudno nie przyznać jej racji. Ślub w naszej kulturze i prawie to coś więcej niż umowa najmu mieszkania i wspólne dzielenie paragonów za zakupy w dyskoncie. To obietnica wzajemnego wsparcia, także w chwilach, gdy jedno z partnerów z obiektywnych przyczyn ma mniejsze możliwości zarobkowe. Jeśli po ślubie zachowujemy się jak obcy współlokatorzy, którzy rozliczają się z każdej paczki pieluch, to gdzie w tym wszystkim jest przestrzeń na bliskość, zaufanie i poczucie bezpieczeństwa?

Wspólne dziecko i osobne życie finansowe w małżeństwie

Najbardziej uderzające w tej historii jest poczucie samotności, które bije z wypowiedzi autorki. Kobieta zaczyna dostrzegać, że w ich małżeństwie każde buduje sobie zupełnie osobne życie finansowe. Mąż patrzy wyłącznie na czubek własnego nosa, zabezpieczając swoją przyszłość, podczas gdy matka jego dziecka zostaje z niczym, bez jakiejkolwiek poduszki bezpieczeństwa na czarną godzinę. Czy tak wygląda miłość? Wiele internautek nie gryzło się w język, ostrzegając autorkę przed egoizmem partnera.

W sieci pojawiły się bardzo mocne, momentami wręcz brutalne głosy, które pokazują, jak wielki lęk budzi w kobietach taka finansowa zależność i brak lojalności. „On sobie odkłada. Mieszkanie jest jego. Ma gosposię i opiekunkę do dziecka. Ustawił się cwaniak. A za kilka-kilkanaście lat kopnie cię w d... i rozejrzy się za młodą, która poleci na jego (wasz) hajs. Albo wymuś inne warunki tego pseudo małżeństwa, albo zastanów się nad zmianami w swoim życiu” − czytamy w jednym z najpopularniejszych komentarzy. Choć te słowa mogą brzmieć ostro, dotykają fundamentalnego problemu: braku równowagi sił. Kobieta, która inwestuje cały swój dochód w bieżące utrzymanie rodziny, w razie rozpadu związku zostaje bez grosza przy duszy, podczas gdy mężczyzna wychodzi z relacji z potężnym kapitałem. To nie jest partnerstwo, to jest ekonomiczna asymetria, która zagraża kobiecej niezależności.

Jak mądrze dzielić pieniądze, gdy zarobki drastycznie się różnią?

Na szczęście w dyskusji pojawiły się również bardzo konstruktywne i racjonalne porady, które mogą posłużyć za drogowskaz dla par szukających wyjścia z takiego finansowego klinczu. Kluczem do rozwiązania problemu jest zrozumienie sytuacji prawnej oraz zmiana podejścia do podziału kosztów. Jeśli w małżeństwie nie ma podpisanej intercyzy, prawo jasno definiuje, co dzieje się z zarobkami. Przypomniała o tym jedna z użytkowniczek: „Jeśli macie rozdzielność majątkową, to bardziej sprawiedliwie byłoby wpłacać na wspólne konto np. 50% swojej wypłaty i z tego płacić zobowiązania, zakupy itp. Jeżeli nie macie intercyzy, to jego poduszka jest też twoją poduszką finansową”.

To niezwykle ważny punkt widzenia. W świetle polskiego prawa, przy ustawowej wspólnocie majątkowej, wszystko to, co mąż zarabia i odkłada na swoim koncie w trakcie trwania małżeństwa, stanowi majątek wspólny. Oznacza to, że jego mityczna „własna poduszka” w rzeczywistości należy w połowie do jego żony. Dlaczego więc kobieta ma żyć w permanentnym stresie i odmawiać sobie wszystkiego, skoro formalnie te pieniądze są wspólne?

Rozwiązaniem dla par o tak dużych różnicach w dochodach jest często podział procentowy − oboje przelewają na wspólne konto stały procent swoich zarobków (np. 50% lub 60%), dzięki czemu oboje ponoszą sprawiedliwy ciężar utrzymania domu, a reszta zostaje na ich prywatne wydatki i własne, proporcjonalne oszczędności. Tylko wtedy system staje się czysty, a żadna ze stron nie czuje się wykorzystywana. Małżeństwo to gra do jednej bramki, a nie nieustanna rywalizacja o to, kto zachowa dla siebie większy kawałek tortu.

Zobacz też: „Mąż zrobił ze mnie lenia i darmozjada przed całą rodziną, podczas gdy ja zajmowałam się dzieckiem. Smutną prawdę odkryłam na imieninach szwagra”

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...