Usłyszała, jak ojciec nazwał 5-letnią córkę. „Takie słowo do dziewczynki? Byłam wstrząśnięta”
„Stałam obok i nie wierzyłam własnym uszom, to słowo zupełnie nie pasowało do tej małej dziewczynki”. Przeczytaj poruszający list mamy, która uważa, że nazywanie córki słowem, które bardziej nadaje się dla kumpla z boiska, odbiera jej prawo do dziecięcej wrażliwości.

Dzień dobry, piszę do Państwa, bo wczorajsza wizyta na placu zabaw zostawiła we mnie taki niesmak, że do teraz nie mogę przestać o tym myśleć. Jako mama dwójki dzieci staram się być wyrozumiała, nie oceniać innych rodziców i pamiętać, że każdy ma swój sposób na wychowanie. Ale to, co usłyszałam wczoraj z ust pewnego młodego taty, po prostu mnie wstrząsnęło. Nie był to wulgaryzm, nie był to krzyk, a jednak poczułam się nieswojo.
Gdzie podziała się czułość w relacji ojca z córką?
Scena była banalna: mała, może 5-letnia dziewczynka w różowej sukience, z warkoczykami i buzią umorusaną od loda, biegała wokół drabinek. Nagle potknęła się i upadła na piasek. Nie płakała, ale widać było, że szuka wzroku taty, tego bezpiecznego portu, który powie, że wszystko jest w porządku. I wtedy on, zamiast podejść, przytulić ją czy powiedzieć „Kochanie, co się stało?”, rzucił przez ramię, nie odrywając wzroku od telefonu: „Ej, ziom, wstawaj, nic ci nie jest. No już, ziomeczku, ogarnij się”.
„Ziom”. Do pięcioletniej dziewczynki. Do własnej córki. Stałam tam z moimi dziećmi i poczułam fizyczne ukłucie w sercu. To słowo uderzyło mnie swoją szorstkością, brakiem jakiegokolwiek ciepła i kompletnym niedopasowaniem do tej małej istotki. Przecież to jest dziecko! To jest dziewczynka, która potrzebuje słyszeć, że jest ważna, kochana, delikatna, a nie traktowana jak kumpel spod bloku, z którym można przybić piątkę i iść na piwo.
Język kształtuje rzeczywistość, a slang niszczy bliskość
Zastanawiam się, co się stało z nami, rodzicami, że tak bardzo boimy się czułych słów. Czy bycie fajnym tatą musi oznaczać posługiwanie się slangiem, który pasuje do nastolatków, a nie do przedszkolaka? Nazywanie córki ziomem to dla mnie próba ucieczki od roli ojca − tego silnego, ale czułego opiekuna − na rzecz bycia ziomkiem, kumplem, kimś, kto nie musi się angażować emocjonalnie.
Dla mnie to słowo niesie ze sobą pewien chłód. Ziom to ktoś obcy, ktoś z grupy, ktoś, kogo traktuje się z dystansem. Kiedy ojciec mówi tak do córki, buduje między nimi mur. Odbiera jej prawo do bycia córeczką tatusia, a przecież ta relacja buduje w dziewczynce poczucie własnej wartości na całe życie! Jeśli od najważniejszego mężczyzny w życiu słyszy, że jest ziomem, to jak ma się czuć wyjątkowa? Jak ma się czuć piękna i kochana? Mam wrażenie, że dzisiejsi ojcowie tak bardzo chcą być nowocześni, że w tym pędzie gubią to, co najcenniejsze − czułość i szacunek do wrażliwości własnego dziecka.
Czy naprawdę chcemy wychować pokolenie „ziomeczków”?
Może ktoś powie, że przesadzam. Że to tylko słowo, że przecież liczy się intencja. Ale ja wierzę, że słowa mają moc. Słowa tworzą świat, w którym nasze dzieci dorastają. Jeśli będziemy do dziewczynek mówić per ziom, mordo czy stary, to nie dziwmy się później, że w relacjach z mężczyznami nie będą potrafiły stawiać granic i wymagać szacunku. Bo jak wymagać szacunku od świata, skoro własny ojciec traktował cię jak kumpla spod bloku?
Wyszłam z tego placu zabaw z ogromnym smutkiem. Patrzyłam na moją córkę i pomyślałam sobie, że nigdy, przenigdy nie nazwałabym jej inaczej niż najpiękniejszymi, najczulszymi słowami, jakie znam. Czas, kiedy ona chce być moją myszką, kochaniem czy słoneczkiem, tak szybko minie. Nie odbierajmy dzieciom tego dzieciństwa tym szarym, blokowym slangiem. Dziewczynki potrzebują rycerzy, a nie ziomeczków. Potrzebują ojców, którzy widzą w nich księżniczki, a nie mordo-kumpli. Mam nadzieję, że ten tata, gdy wrócił do domu, chociaż raz nazwał ją po imieniu, z miłością, bo to biedne dziecko naprawdę na to zasługuje.
Monika
Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl
Zobacz też: 10 przykazań Montessori. Powtarzaj je jak mantrę, a wychowasz silne psychicznie dziecko