Reklama

Wszystko zaczęło się niewinnie, od planowania obiadu dla najbliższej rodziny. Myśleliśmy z mężem o skromnym przyjęciu w domu, na dwanaście osób. Ale potem zaczęły się rozmowy pod szkołą i na grupie na WhatsAppie. Dowiedziałam się, że u Julki z klasy będzie wynajęta sala z klimatyzacją, u Antka catering z pięcioma daniami ciepłymi, a u Oliwki − i to mnie dobiło − wielki dmuchany zamek w ogrodzie i profesjonalny animator.

Zastaw się, a postaw się − czy naprawdę nie ma innego wyjścia?

Poczułam ukłucie w sercu. Moja córka nie jest gorsza, prawda? Przecież nie mogę sprawić, by w poniedziałek w szkole dzieci opowiadały o fontannach czekolady, a moja mała siedziała cicho, bo u nas był tylko rosół i domowe ciasto. Mąż początkowo protestował, mówił, że nas nie stać, że przecież mamy ratę kredytu za mieszkanie. Ale uległ, gdy teściowa rzuciła: „Co ludzie powiedzą? Chcecie wyjść na biedaków?”. I tak oto, zamiast skromnego obiadu, mamy wynajętą restaurację na 30 osób i podpisaną umowę z firmą eventową.

Kredyt na jeden dzień, który będziemy spłacać miesiącami

Najgorsze jest to, że nie mieliśmy tych pieniędzy na koncie. Musieliśmy wziąć szybką pożyczkę w banku − 10 tysięcy złotych. Kiedy podpisywałam dokumenty, trzęsły mi się ręce. To są pieniądze, które mogłyby pójść na aparat ortodontyczny dla młodszej córki albo na wakacje, których nie mieliśmy od trzech lat. Ale zamiast tego kupujemy za nie poklask rodziny.

Sama sukienka kosztowała majątek, bo przecież musi być jak u księżniczki. Do tego fryzjerka dla mnie i dla córki, makijaż, kwiaty, zaproszenia z pozłacanymi brzegami. Każdy detal kosztuje setki złotych. Ostatnio złapałam się na tym, że zamiast rozmawiać z córką o tym, co ta Komunia w ogóle oznacza, ja kłócę się z mężem o cenę wiejskiego stołu z wędlinami. Stałam się kobietą, której sama nie lubię − zazdrosną, lękliwą i skupioną wyłącznie na tym, żeby wypaść dobrze. To jest straszne, jak łatwo daliśmy się wciągnąć w tę spiralę konsumpcjonizmu.

Gdzie w tym wszystkim podziało się dziecko i wiara?

W tym całym szaleństwie zupełnie zgubiliśmy sens tego święta. Moja córka pyta tylko o to, czy dostanie quada albo najnowszego iPhone'a, bo koledzy już się licytują na prezenty. Próbuję jej tłumaczyć, że to spotkanie z Bogiem, ale jak ona ma w to wierzyć, skoro widzi matkę, która biega z obłędem w oczach i denerwuje się, że kolor serwetek nie pasuje idealnie do bieżnika na stole?

Czuję ogromną pustkę. Boję się dnia komunii. Boję się, że po tym wszystkim, gdy goście już pojadą, a dmuchaniec zostanie złożony, zostaniemy z pustym kontem, ogromnym długiem i poczuciem, że zrobiliśmy to wszystko na pokaz. Czy naprawdę jesteśmy tak słabi, że opinia sąsiadów jest ważniejsza niż nasz spokój psychiczny? Mam nadzieję, że inne mamy przeczytają to i zastanowią się dwa razy, zanim dadzą się zwariować. Nie bądźcie tacy jak ja. Nie kupujcie luksusu na kredyt, bo to święto powinno być w sercu, a nie w portfelu.

Z poważaniem,

Agata


Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl

Zobacz też: Tegoroczne wakacje zaczną się wcześniej. Na tyle wolnego mogą liczyć uczniowie

Reklama
Reklama
Reklama