Reklama

Gdy ktoś zapytał o organizację przyjęcia, poczułam się jak kosmitka. Jedna z mam ogłosiła, że wynajęła salę bankietową i zamówiła strefę chilloutu z leżakami, bo przecież goście muszą odpocząć. Druga licytowała się na animatorów − u nich ma być malowanie twarzy, puszczanie wielkich baniek i uwaga: dmuchany zamek w kształcie katedry. Czy kogoś tu jeszcze obchodzi, że to jest maj, niedziela i spotkanie z Bogiem, a nie odpust pod remizą?

Pierwsza komunia. Festiwal próżności i licytacja na dmuchańce

Najbardziej jednak zabolało mnie to, jak swobodnie te kobiety mówiły o braniu pożyczek. „No, ciężko jest, mąż wziął nadgodziny, a ja dobrałam kredyt konsumencki, żeby starczyło na fotobudkę, bo przecież u innych będzie, to u nas nie może zabraknąć”. Ludzie, czy Wy to słyszycie? Brać długi na kilka miesięcy albo i lat, żeby przez cztery godziny imponować ciotkom, które i tak pewnie obgadają jedzenie? Ja w tym cyrku brać udziału nie zamierzam.

Sukienka z drugiego obiegu i zapach domowego ciasta

Moja córka, Ania, pójdzie do Pierwszej Komunii Świętej w sukience, którą kupiłam w małym second-handzie za bezcen. Jest przepiękna, biała, z delikatnej bawełny. Wyprałam ją, wyprasowałam, doszyłam małą koronkę przy rękawku i Ania wygląda w niej jak aniołek. Czy jest gorsza, bo nie kosztowała tysiąca złotych w salonie dla dzieci? Moim zdaniem wygląda w niej czysto i skromnie, tak jak przystoi na tę okazję.

Po mszy nie jedziemy do restauracji z kelnerami w białych rękawiczkach. Wracamy do domu. Zaprosiłam tylko dziadków i chrzestnych. Na obiad będzie domowy rosół i pieczeń, a na deser upiekę szarlotkę z jabłek z ogrodu moich rodziców. Cały koszt naszego przyjęcia zamknie się w kilkuset złotych, które odkładaliśmy powoli, bez stresu i bez wizyt w banku. Chcę, żeby w tym dniu w domu pachniało ciastem i spokojem, a nie nerwowym wyliczaniem, czy talerzyk się zwrócił z kopert od gości.

Duchowość przegrywa z kopertami i quadami

Boimy się, co ludzie powiedzą, a nie boimy się tego, co fundujemy własnym dzieciom. Moja Ania wie, że komunia to nie jest dzień wielkich zakupów. Rozmawiamy o tym, co poczuje w kościele, a nie o tym, czy pod kościołem będzie na nią czekał quad z wielką kokardą. Chcę ją nauczyć, że wartość człowieka i ważnych chwil nie zależy od tego, jak bardzo błyszczy złoto na zaproszeniach.

Mam w nosie te wszystkie wymysły nowobogackich rodziców, którzy próbują leczyć własne kompleksy za pomocą wystawnych imprez swoich dzieci. Uważam, że to, co robią, jest po prostu niemoralne i szkodliwe. Dzieci wychowane w takim przekonaniu, że wszystko musi być „naj”, najdroższe i największe, nigdy nie zaznają prawdziwego szczęścia.

Ja wybieram skromność. Wybieram szczerą modlitwę i czas z najbliższymi bez zerkania na zegarek, bo „animator ma już kończyć pracę”. Jeśli dla kogoś jestem przez to biedna albo dziwna, to trudno. Ja będę spać spokojnie, bez raty kredytu nad głową, za to z radosnym dzieckiem, które rozumie, co się właśnie wydarzyło w jego sercu.

Pozdrawiam serdecznie,

Marianna


Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl

Zobacz też: „Wzięliśmy kredyt na komunię, bo tak trzeba”. Dmuchany zamek i DJ to dziś standard, a rachunki szokują

Reklama
Reklama
Reklama