Widziała, co rodzice robili na weselu. Świadkowa: „Zgłosiłam to obsłudze. Biedne dzieciaczki”
Huczne, całonocne wesela potrafią wyzwolić w dorosłych uczestnikach najgorsze, skrajnie egoistyczne instynkty. Poznaj relację zszokowanej kobiety, która zamiast świętować szczęście młodej pary, musiała interweniować.

Piszę do Państwa, bo od minionej soboty nie potrafię normalnie funkcjonować, a w mojej głowie wciąż kłębią się obrazy, które po prostu rozrywają mi serce. Byłam świadkową na weselu mojej bliskiej przyjaciółki i z racji swojej funkcji musiałam czuwać nad wieloma sprawami organizacyjnymi w trakcie trwania całej imprezy. Sama jestem mamą dwuletniej córeczki, którą na ten czas zostawiłam w domu pod czułą opieką babci, ponieważ uważałam, że głośna impreza do białego rana to nie jest odpowiednie miejsce dla małego dziecka.
Na sali weselnej pojawiło się jednak sporo par, które zdecydowały się zabrać ze sobą swoje pociechy, w tym kilkumiesięczne niemowlęta oraz kilkulatki. To, co ci dorośli, często bardzo eleganccy ludzie, wyprawiali ze swoimi dziećmi w miarę upływu godzin, sprawiło, że poczułam ogromną wściekłość oraz głęboki wstyd za ich skrajną nieodpowiedzialność.
Kulminacja nastąpiła około północy, kiedy po prostu nie wytrzymałam i zgłosiłam całą sytuację obsłudze oraz managerowi sali, bo patrzyłam na te biedne dzieciaczki i łzy same napływały mi do oczu.
Weselna zabawa kosztem bezpieczeństwa najmłodszych
Początek imprezy wyglądał całkiem normalnie, dzieci biegały, bawiły się balonami i jadły słodycze, a rodzice kontrolowali sytuację. Jednak z każdą kolejną godziną uwaga dorosłych zaczynała drastycznie słabnąć. Około godziny dwudziestej drugiej zauważyłam, że nikt już nie interesuje się losem zmęczonych maluchów, które potykały się o własne nogi i płakały ze zmęczenia wniebogłosy. Zamiast wezwać taksówkę i odwieźć dzieci do domu, rodzice woleli bawić się na parkiecie w najlepsze, całkowicie ignorując potrzeby swoich synów i córek.
Wtedy zaczęło się najgorsze i najbardziej przerażające zjawisko, jakie kiedykolwiek widziałam na rodzinnych uroczystościach. Dorośli zaczęli zestawiać ze sobą po dwa lub trzy bankietowe krzesła w rogach ciemnej sali, kłaść na nich swoje maluchy i przykrywać je męskimi, przepoconymi marynarkami. Wszystko to działo się w potwornym huku basów, przy migających, ostrych światłach stroboskopów i wrzaskach bawiących się obok gości. Te biedne dzieciaczki próbowały zasnąć w tych spartańskich warunkach, zwinięte w kłębek, w totalnym hałasie, narażone w każdej chwili na to, że ktoś potknie się i po prostu na nie spadnie.
Skandaliczne zachowanie rodziców na sali balowej
Nie mogłam na to patrzeć, bo moje macierzyńskie serce po prostu krwawiło z żalu i bezsilności wobec ludzkiej głupoty. Jedna z matek bawiła się w kółeczku na parkiecie, podczas gdy jej niespełna roczne dziecko spało w wózku postawionym tuż obok potężnego głośnika, z którego ryczała muzyka disco polo. Kiedy podeszłam do niej i spróbowałam delikatnie zwrócić uwagę, że maluch może doznać uszkodzenia słuchu i bardzo się męczy, usłyszałam bełkotliwą odpowiedź, że ona też ma prawo do życia, a dziecko jak jest zmęczone, to prześpi się w każdych warunkach.
W tym momencie zrozumiałam, że z tymi ludźmi nie ma już żadnej merytorycznej dyskusji. Oni nie widzieli nic złego w tym, że ich dzieci śpią na twardych krzesłach jak porzucone bagaże, bez jakiejkolwiek kontroli i opieki. Liczył się tylko darmowy bar, taniec i chęć zabawy za wszelką cenę, nawet kosztem zdrowia psychicznego i fizycznego własnych pociech. To był przerażający festiwal egoizmu, w którym najmłodsi stali się jedynie uciążliwym balastem, przeszkadzającym w całonocnym resecie dorosłych.
Interwencja u managera i walka o dobrostan dzieci
Widząc, że sytuacja staje się skrajnie niebezpieczna, a na krzesłach śpi już czwórka dzieci, postanowiłam działać i poszłam prosto do managera sali oraz szefa kelnerów. Powiedziałam wprost, że jako świadkowa żądam natychmiastowej reakcji, ponieważ obsługa nosi gorące posiłki i ciężkie tace z napojami tuż obok miejsc, gdzie na złączonych krzesłach leżą bezbronne maluchy. Manager zachował się niezwykle profesjonalnie − natychmiast kazał otworzyć mniejszą, klimatyzowaną salę konferencyjną na zapleczu, przenieść tam bezpiecznie dzieci pod okiem jednej z osób z obsługi i zmusił rodziców do natychmiastowego przeniesienia wózków.
Oczywiście, gdy rodzice zorientowali się, co się stało, wybuchła gigantyczna awantura, a ja zostałam okrzyknięta bezduszną wariatką, która psuje ludziom idealną weselną zabawę. Nie obchodzi mnie jednak ich opinia, bo uważam, że moim świętym obowiązkiem jako człowieka i jako matki było stanięcie w obronie tych dzieciaczków, które same nie mogły poprosić o pomoc.
Chcę zapytać czytelników portalu: czy w naszym kraju naprawdę wciąż panuje przyzwolenie na traktowanie dzieci jak zabawek, które można rzucić w kąt sali weselnej, bo dorośli chcą się zabawić? Przestańmy przymykać oko na takie sytuacje i reagujmy za każdym razem, gdy luz i zabawa wygrywają z odpowiedzialnością za malucha.
Izabela
Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl
Zobacz też: „W piwnicy pod stosem pudeł leżał stary pamiętnik mamy. Jej ostatni wpis sprawił, że wybuchłam płaczem”