Maciej Pela o ojcostwie po rozstaniu: „To obnażyło moje słabości”
O jego życiu prywatnym w ostatnich miesiącach mówiło się dużo. Czasem za dużo. Nagłówki żyją emocją, ale za nimi zawsze stoi człowiek i dzieci, które potrzebują stabilności. W tej rozmowie Maciej Pela nie wraca do medialnego szumu. Opowiada o ojcostwie po rozstaniu – o momencie prawdy, który obnażył jego słabości i zmusił do wprowadzenia porządku tam, gdzie wcześniej rządziła improwizacja.
Są takie momenty w rodzicielstwie, które nie tylko wzruszają, ale też konfrontują z tym, kim jesteśmy, jak funkcjonujemy, z czego się składamy.
– Ojcostwo w tej formie, w której jestem teraz, obnażyło u mnie brak zorganizowania – mówi wprost Maciej Pela.
I dodaje, że to nie była szybka zmiana. To był proces.
„Zawsze płynąłem. Aż nagle trzeba było wprowadzić totalny Ordnung”
Przez lata żył artystycznie. Improwizacja. Hip-hopowe jamy. Pociąg do innego miasta bez planu. Chaos, który był częścią tożsamości.
– Moje życie polegało na tym, że nigdy nie wiedziałem, w jakim mieście wyląduję – wspomina.
Ten styl życia wpływał na wszystko. – To wszystko tak sobie płynęło – mówi. Aż przyszedł moment, w którym sytuacja wymagała – jak sam to określa – „niemieckiego porządku”. Totalnego Ordnungu.
Gdy został z dziećmi i musiał przejąć pełną odpowiedzialność za codzienność, spontaniczność przestała wystarczać. Trzeba było nauczyć się planować, organizować, przewidywać.
– Musiałem się tego nauczyć. To obnażyło, że nie mam tej umiejętności. Ale to jest wspaniałe, że mogłem się tego nauczyć – przyznaje.
Słabość, która stała się kompetencją
W rodzicielstwie często myślimy, że powinniśmy być ogarniający i stabilni, tymczasem ono bardzo szybko pokazuje nam obszary, nad którymi nigdy wcześniej nie pracowaliśmy. U Maćka była to organizacja, u kogoś innego będzie cierpliwość, u jeszcze kogoś – umiejętność proszenia o pomoc.
Najważniejsze w tej historii nie jest to, że musiał się zmienić. Najważniejsze jest to, że nie stracił siebie.
– Nauczyłem się porządku, nie zatracając tej artystycznej, hip-hopowej duszy – mówi.
Bo wciąż tańczy. Wciąż potrafi być „szalony na parkiecie”. Wciąż komunikuje się z córkami językiem zabawy.
Zresztą – jak opowiada – domowe wyścigi bobslejów na kocu i dziecięcej wanience skończyły się kiedyś rozwaloną piszczelą. Był sylwester. Miał pracować. Skończyło się bólem i śmiechem. I właśnie to jest balans.
Dwa banany w głowie
Pytam, czy porządek w domu przełożył się na porządek w głowie.
– W mojej głowie są dwa banany, które się wiecznie kłócą – odpowiada z uśmiechem.
I dodaje, że wcale nie chce mieć idealnego porządku w głowie. Lubi swój twórczy chaos. Lubi to, że nie musi już udawać kogoś bardziej „poważnego”, niż jest.
– Przestałem siebie wprowadzać w schemat, w którym być nie chcę. Wchodzić w ciuchy, w których chodzić nie chcę.
To nie brzmi jak bunt. To brzmi jak dojrzałość.
Ojcostwo jako powrót do siebie
W tej rozmowie najmocniej wybrzmiewa jedno: im bardziej wracamy do siebie, tym lepiej działa rodzicielstwo.
Nie chodzi o perfekcję. Nie chodzi o idealny porządek. Nie chodzi o to, by nagle stać się kimś innym. Chodzi o rozwój, który nie niszczy tożsamości.
Ojcostwo po rozstaniu nie zabrało mu tego, kim jest. Zmusiło go do uporządkowania życia, ale pozwoliło zachować szaleństwo, które buduje relację z dziećmi.
Może właśnie na tym polega dojrzałość rodzica: na znalezieniu własnego „Ordnungu” – bez utraty siebie.
Ten odcinek „Mamy to!” to rozmowa o balansie między chaosem a strukturą. O tym, że słabości nie są porażką, ale punktem wyjścia. I że nawet gdy wokół jest medialny szum, najważniejsze rzeczy dzieją się w ciszy – w codzienności z dziećmi.
Cały wywiad zobaczysz tu: Hejt za emocje? Maciej Pela mówi o ojcostwie bez wstydu.