Polka mieszkająca w Szwajcarii: "Nie dla każdego miarą sukcesu musi być uniwersytet" [WYWIAD]
Krystyna Wichowska od ponad trzech lat mieszka z rodziną niedaleko Bazylei. — Najbardziej uderzył mnie szacunek do dziecka — mówi, wspominając pierwsze miesiące w szwajcarskiej szkole. To system, w którym troska o dobrostan dziecka idzie w parze z twardymi zasadami, a droga zawodowa liczy się tyle samo, co studia.

Kiedy Krystyna Wichowska przeprowadzała się z rodziną do Szwajcarii, jej córka Ewa miała 12 lat, syn Bolek — 9. Oboje zostawili za sobą polską szkołę, przyjaciół i dom w Gdańsku, żeby z dnia na dzień znaleźć się w systemie edukacji, którego językiem nie mówili. Były łzy, tęsknota i długie miesiące oswajania nowego miejsca. Dziś, po ponad trzech latach w kantonie Basel-Landschaft, Krystyna prowadzi profil SwissByKris, gdzie pokazuje Szwajcarię z perspektywy Polki, która nie ogląda tego kraju z okna autokaru, tylko przeżywa go każdego dnia — także tę mniej pocztówkową stronę, związaną z wychowaniem dzieci w zupełnie innym systemie wartości. Zapytałam ją, czego nauczyła się o dzieciach, szkole i sobie samej, patrząc na to wszystko oczami polskiej mamy.
Kadr ze szwajcarskiego dzieciństwa
Mamotoja.pl: Gdyby miała Pani zamknąć szwajcarskie dzieciństwo w jednym obrazku, jednym codziennym kadrze, który najbardziej uderzył Panią po przeprowadzce z Polski — co by to było?
Pierwsze, co przychodzi mi do głowy, to nie góry, narty ani dzieci idące samodzielnie do szkoły. To sposób, w jaki dorosły pochyla się nad dzieckiem i naprawdę go słucha. Najbardziej uderzył mnie po przeprowadzce szacunek do dziecka — zwracanie uwagi na jego potrzeby, mocne strony i dobrostan.
Jednocześnie nie oznacza to braku wymagań. W szkole dużą wagę przywiązuje się do koncentracji, dokładności i staranności w wykonywaniu zadań. Dziecko ma czuć się bezpiecznie, ale jednocześnie uczy się odpowiedzialności i tego, że pewne zasady obowiązują wszystkich. Wyraźnie stawiane są też granice dotyczące agresji wobec innych dzieci. I właśnie to połączenie najbardziej kojarzy mi się ze szwajcarską szkołą: szacunek i troska o dziecko nie wykluczają zasad, wymagań i odpowiedzialności.

Zawał serca czy ulga? O słynnej samodzielności
Szwajcarskie dzieciaki słyną z tego, że od małego same maszerują z odblaskami do przedszkola czy szkoły. W Polsce drżymy o dzieci na każdym kroku, wozimy je pod same drzwi. Jak polska mama radzi sobie z tym momentem odcięcia pępowiny? To był dla Pani szok kulturowy czy oddech ulgi?
Oj tak, to był dla mnie szok. Pamiętam, jak zobaczyłam małe dzieci, nawet przedszkolaki, idące samodzielnie do przedszkola czy szkoły. Byłam przyzwyczajona do przyprowadzania i odbierania swoich dzieci, i moja pierwsza myśl była mniej więcej taka: "Ojej, to tak można? To jest tutaj normalne?"
Z czasem zobaczyłam jednak, że wokół samodzielności szwajcarskich dzieci narosło trochę mitów. Nigdy nie usłyszałam w naszej szkole, że dziecko musi przychodzić samo albo że rodzicom nie wolno go przyprowadzać czy odbierać. Regularnie widuję rodziców odprowadzających dzieci i czekających na nie po lekcjach. Sama zresztą też tak robiłam. Różnica polega raczej na tym, że tutaj widok małego dziecka idącego samodzielnie nie budzi takiego zdziwienia. Dzieciom wcześniej daje się przestrzeń do samodzielności, ale to nie oznacza, że każde dziecko musi być od razu gotowe na wszystko. Dla mnie na początku był to zdecydowanie bardziej szok kulturowy niż ulga. Z czasem zaczęłam jednak doceniać to podejście.
Szwajcarski zegarek a dziecięcy chaos
Szwajcaria kojarzy nam się z absolutnym porządkiem, zasadami i ciszą nocną, której nie wolno łamać. Jak w ten perfekcyjny system wpisuje się naturalny, dziecięcy chaos i hałas? Czy szwajcarscy sąsiedzi są wyrozumiali dla tupoczących małych stópek?
Moje doświadczenie jest pod tym względem bardzo pozytywne. Nigdy nie zdarzyło mi się, żeby ktoś zwrócił uwagę, że moje dzieci są za głośno. Na naszym osiedlu biega i bawi się mnóstwo małych dzieci, słychać śmiech, krzyki i czasem płacz — czyli zwyczajne dziecięce życie — i nie widzę, żeby ktoś robił z tego problem. Oczywiście wiele zależy od ludzi. W Polsce również można trafić na sąsiada, któremu przeszkadzają tupiące dzieci.
Za to bardzo szybko przekonałam się, że inne kwestie związane z hałasem potrafią być tutaj traktowane poważnie. Niedługo po przeprowadzce zostawiliśmy na kilka godzin naszego psa samego w domu. Po zmianie miejsca początkowo źle znosił nasze wyjścia i tego dnia szczekał. Nikt nie zapukał i nie zwrócił nam bezpośrednio uwagi. Dwa dni później otrzymaliśmy oficjalne pismo od administracji budynku. I wtedy po raz pierwszy pomyślałam: "Aha, tutaj takie sprawy załatwia się inaczej". Bardziej formalnie, według określonych procedur. Dlatego nie powiedziałabym, że szwajcarski porządek oznacza, że dzieci mają siedzieć cicho. Przynajmniej w moim otoczeniu dzieci mogą być dziećmi, ale jednocześnie istnieje duży szacunek do wspólnej przestrzeni.
Oceny, presja i definicja sukcesu
W polskiej szkole często wpadamy w pułapkę bycia najlepszym we wszystkim. Tymczasem szwajcarski system bardzo wcześnie profiluje dzieci i nie zakłada, że każdy musi iść na uniwersytet. Jak tamtejsi rodzice podchodzą do edukacji? Czy presja na "czerwony pasek" tam w ogóle istnieje?
Z mojego doświadczenia dzieci nie są obciążone aż tak dużą ilością nauki. Sprawdziany są zapowiadane wcześniej, a nauczyciele zwracają uwagę nie tylko na ocenę, ale również na to, w czym dziecko jest dobre i nad czym powinno jeszcze popracować. Ciekawy jest sam system oceniania — dziecko może dostać na przykład 5,25, wynik jest dokładnie przeliczany. To zawsze wydawało mi się bardzo szwajcarskie: nawet ocena potrafi być precyzyjna.
Dużą różnicą jest konstrukcja systemu. W Basel-Landschaft obowiązkowa szkoła obejmuje Kindergarten, Primarschule, a następnie Sekundarschule, gdzie funkcjonują różne poziomy wymagań wpływające na dalszą drogę edukacyjną. System daje jednak możliwość dalszego rozwoju i zmiany ścieżki — nie jest tak, że jedna decyzja w wieku kilkunastu lat zamyka dziecku przyszłość. Bardzo ciekawa jest Lehre, czyli dualne kształcenie zawodowe: młody człowiek część tygodnia spędza w firmie, zdobywając zawód i praktyczne doświadczenie, a część w szkole. W Szwajcarii nie jest to traktowane jako "gorsza" droga — wręcz przeciwnie, około dwóch trzecich młodych ludzi wybiera kształcenie zawodowe. I właśnie to bardzo mi się tutaj podoba: nie dla każdego miarą sukcesu musi być uniwersytet.
W szkole bardzo wyraźnie widać też nacisk na języki. Wielojęzyczność jest czymś naturalnym — w otoczeniu moich dzieci są uczniowie z rodzin włoskich, niemieckich, portugalskich, gruzińskich i wielu innych, więc dzieci słyszą różne języki i akcenty właściwie każdego dnia. Inaczej rozłożony jest również odpoczynek: wakacje letnie są krótsze niż w Polsce, ale w ciągu roku dzieci mają kilka regularnych przerw. Z drugiej strony obowiązek szkolny traktowany jest poważnie — nie można po prostu zabrać dziecka kilka dni wcześniej, bo chcemy przedłużyć wakacje. W naszej szkole funkcjonują tak zwane Jokertage i inne zasady dotyczące usprawiedliwionych nieobecności, ale trzeba stosować się do procedur szkoły.
Pozytywnie zaskoczyło mnie też, że w szkołach moich dzieci podręczniki i wiele materiałów są udostępniane bezpłatnie — na początku roku dzieci nie muszą przynosić klasycznej wyprawki, potrzebne materiały dostają w szkole, korzystają też z tabletów przekazanych przez szkołę. Za wycieczki często nie płacimy wcale albo dopłacamy niewiele. Bardzo podoba mi się natomiast sposób zbierania dodatkowych pieniędzy — moja córka wraz z klasą sprzedawała na jarmarku świątecznym przygotowane przez dzieci, rodziców i nauczycieli słodkości czy dżemy. Innym razem dzieci sprzedają ciasta w centrum miasta i w ten sposób zbierają pieniądze na wspólną wycieczkę. To jest dla mnie fantastyczna lekcja odpowiedzialności — dzieci widzą, że wspólny cel wymaga działania i współpracy.
Czasem nawet lekcje biologii odbywają się na zewnątrz. Mój syn uczył się kiedyś o roślinach i zwierzętach żyjących w środowisku wodnym — nauczyciel najpierw wprowadził teorię, a potem zabrał klasę nad jezioro, gdzie dzieci rozpoznawały konkretne gatunki w naturze. I właśnie takie rzeczy bardzo mi się podobają: wiedza nie kończy się na podręczniku.

Las zamiast sali gimnastycznej
Zasada "nie ma złej pogody, jest tylko złe ubranie" to tam codzienność. Czy szwajcarskie dzieci faktycznie wychowują się w błocie, deszczu i na mrozie? Czego polska szkoła mogłaby się nauczyć od szwajcarskiej w kwestii kontaktu z naturą?
Pod tym względem Szwajcaria mnie zachwyca. Dzieci w ciągu roku wielokrotnie wychodzą do lasu, spędzają dużo czasu na świeżym powietrzu, rozpalają ogniska, robią grille, jeżdżą na wycieczki. Kontakt z naturą nie jest jedną specjalną wycieczką w roku — jest częścią szkolnej codzienności. Najbardziej podoba mi się wykorzystanie tego, co Szwajcaria ma na wyciągnięcie ręki — góry. Moje dzieci wyjeżdżają ze szkołą w góry i mają możliwość nauki oraz doskonalenia jazdy na nartach.
Gdybym miała wskazać jedną rzecz, którą polska szkoła mogłaby z tego podejścia zaczerpnąć, byłoby to częstsze wychodzenie poza szkolne mury. Nie każda wartościowa rzecz, której dziecko się uczy, musi wydarzyć się przy ławce.
Dobrostan zamiast klasówki
Dziś dużo mówimy o zdrowiu psychicznym uczniów. Jak w Szwajcarii podchodzi się do emocji dziecka w szkole? Czy nauczyciel to tam bardziej surowy egzekutor wiedzy, czy raczej mentor i przewodnik?
To jest jedna z rzeczy, które najbardziej podobają mi się w naszej szkole. Każdego ranka nauczyciel wita się z dziećmi i podaje im rękę, na koniec dnia również się z nimi żegna. Niby drobiazg, ale dziecko od początku czuje, że zostało zauważone. Pierwsze pół godziny dzieci czytają książki albo nauczyciel czyta im na głos — dopiero później zaczynają się zwykłe lekcje.
Raz w roku odbywa się spotkanie nauczyciela z rodzicami i dzieckiem, i co dla mnie ważne — dziecko nie jest podczas tej rozmowy dodatkiem. Nauczyciel pyta: co lubisz w szkole? Czego nie lubisz? W czym jesteś dobry? Nad czym powinieneś popracować? Jak możesz to zrobić? Następnie razem z dzieckiem ustalany jest konkretny cel na kolejny okres.
Bardzo mocno odczuliśmy wsparcie szkoły, kiedy przyjechaliśmy do Szwajcarii. Ewa i Bolek nie znali niemieckiego, szkoła zapewniła im dodatkowe lekcje języka i wsparcie również w innych przedmiotach. Ale dla mnie najważniejsze było to, że nauczyciele i inne dzieci pomogli im również emocjonalnie przejść przez ten czas — bo dla moich dzieci pierwsze miesiące naprawdę były trudne. Tęskniły za Polską, przyjaciółmi, rodziną i swoim domem. Dużo płakały, bywały smutne. Ja też razem z nimi przechodziłam przez tę zmianę — rozmawiałam, wspierałam, uczyłam się z nimi, jeździliśmy poznawać nowy kraj. Z miesiąca na miesiąc było lepiej, ale dopiero po około półtora roku, kiedy język przestał być tak dużą barierą, zaczęły naprawdę budować swoje życie tutaj. Pojawili się przyjaciele, spotkania, zaproszenia na urodziny.
I chyba dlatego dzisiaj tak doceniam fakt, że szkoła nie patrzyła tylko na ich oceny. Widziała również dzieci, które znalazły się w bardzo trudnej dla siebie sytuacji. Dobrym przykładem elastyczności szkoły jest też obecny tydzień — 10 sierpnia rozpoczął się nowy rok szkolny, a w związku z wysokimi temperaturami szkoły naszych dzieci wprowadziły czasowe zmiany organizacyjne: u Bolka lekcje zostały skrócone, a u Ewy część zajęć odbywa się online.

Samotność na alpejskiej prowincji
Mówi się, że do wychowania dziecka potrzeba wioski. Jaką wioskę zbudowała sobie Pani w Szwajcarii? Czy Szwajcarzy to naród, który łatwo wpuszcza obcokrajowców do swojego "rodzicielskiego ekosystemu", czy musiała Pani o te relacje mocno zawalczyć?
Przed przeprowadzką naczytałam się sporo o tym, że Szwajcarzy są chłodni, zamknięci i trudno się z nimi zaprzyjaźnić. Moje doświadczenie jest inne. Nie są może tak wylewni jak Polacy, ale ludzie, których spotykam, są sympatyczni, pogodni i bardzo często skłonni do pomocy.
Kiedyś mojemu synowi ukradziono rower spod szkoły. Napisałam o tym na lokalnej grupie na Facebooku. Następnego dnia zadzwoniła do mnie kobieta i powiedziała, że widziała rower i gdzie mam po niego przyjechać. Po chwili jednak stwierdziła, że sama nam go przywiezie. Przyjechała razem z mężem, a jej mąż wyjął jeszcze olej i nasmarował łańcuch w rowerze mojego syna, żeby lepiej mu się jeździło. Ci ludzie praktycznie nas nie znali. Dlatego nie lubię generalizowania, że Szwajcarzy są chłodni. Każdy człowiek jest inny i w każdym kraju można spotkać osoby bardziej otwarte i bardziej zamknięte. Ja spokojnie weszłam tutaj w bliższe relacje i nie mam poczucia, że Szwajcarzy nie chcą wpuszczać obcokrajowców do swojego świata.
Mit matki-Polki kontra szwajcarski luz
My, Polki, mamy często we krwi poświęcanie się dla dzieci na 100%, wyrzuty sumienia i perfekcjonizm. Czego w kwestii macierzyństwa nauczyły Panią szwajcarskie mamy? Czy potrafią bardziej odpuścić?
Mam wrażenie, że szwajcarskie mamy mają bardzo podobnie jak my. Widzę natomiast dużą różnicę w organizacji życia rodzinnego. Bardzo wiele kobiet nie pracuje na pełnym etacie — popularne są różne wymiary pracy, na przykład 20, 40, 50 czy 60 procent. Nie zawsze wynika to z "luzu" czy świadomego wyboru: dzień szkolny dziecka nie zawsze pokrywa się z pełnym dniem pracy rodzica, a dodatkowa opieka może być kosztowna. Dlatego widzę tutaj raczej mamy, które — podobnie jak Polki — próbują znaleźć sposób na pogodzenie życia rodzinnego, pracy oraz własnych potrzeb i zainteresowań.
Złota klatka? O realiach pracujących mam
Szwajcaria to kraj, który bardzo długo opierał się urlopom macierzyńskim z prawdziwego zdarzenia, a żłobki są tam koszmarnie drogie. Jak system (nie) wspiera tam kobiety, które chcą łączyć macierzyństwo z pracą zawodową?
To jedna z dziedzin, w których Szwajcaria może zaskoczyć Polkę i Polce wcale się to nie spodoba. Federalny płatny urlop macierzyński wynosi zasadniczo 14 tygodni, a drugi rodzic ma prawo do dwóch tygodni płatnego urlopu. W porównaniu z rozwiązaniami znanymi z Polski to bardzo, bardzo krótko. Do tego dochodzi koszt i organizacja opieki nad dziećmi — kiedy trzeba opłacić żłobek, opiekę pozaszkolną czy nianię, rodzina zaczyna kalkulować, jaki model pracy ma sens. To są ogromne koszty. Wprawdzie są pewne dofinansowania z gmin do żłobków, ale to nie są duże kwoty.
To widać również w danych: w 2024 roku 59,5 proc. pracujących kobiet w Szwajcarii pracowało na część etatu, wobec 20,6 proc. mężczyzn. Sama widzę wokół siebie wiele mam pracujących na 40, 50 czy 60 procent. Dlatego nie powiedziałabym, że Szwajcaria nie wspiera rodzin — wspiera, ale inaczej niż u nas, w Polsce. Są różne rozwiązania i wiele zależy od miejsca, pracodawcy czy sytuacji konkretnej rodziny. Ale z perspektywy Polki zaskakujące jest, że w jednym z najbogatszych krajów świata połączenie pełnego etatu z macierzyństwem wcale nie musi być proste.
Rewizja lunchboxa
Dość przyziemne, ale jakże ważne pytanie: co szwajcarskie mamy pakują dzieciom do śniadaniówki? Króluje tam czekolada i ser, zdrowa nuda, czy kulinarny luz, którym nikt się nie przejmuje?
Tutaj nie zauważyłam właściwie żadnej większej różnicy w porównaniu z Polską. Dzieci przynoszą zwyczajne rzeczy — bułki czy kanapki, owoce, zdrowe przekąski, czasem coś słodkiego. Jak wszędzie. Moje dzieci zazwyczaj jedzą śniadanie w domu i zabierają najwyżej coś małego do szkoły.
Bardziej charakterystyczna jest dla mnie organizacja samego dnia. W naszej szkole około 11:45 zaczyna się długa przerwa obiadowa. Dzieci mogą wrócić do domu albo zjeść obiad w ramach zorganizowanej opieki, a później wracają na popołudniowe lekcje. W środę zajęcia zawsze kończą się przed południem. I to właśnie ta długa przerwa obiadowa, a nie zawartość lunchboxa, była dla mnie jedną z największych szkolnych różnic po przeprowadzce.

Bogate dzieci, normalne dzieciństwo?
Nie oszukujmy się, Szwajcaria to jeden z najbogatszych krajów świata. Czy w szkole widać te pieniądze? Czy dzieci porównują się markami ubrań i telefonów, czy może panuje tam etos skromności i nieepatowania majątkiem?
W codziennym życiu szkolnym moich dzieci tego nie widzę. Nie obserwuję wyścigu na marki ani potrzeby pokazywania, kto ma droższe ubrania. Dzieci ubierają się zwyczajnie, bardzo często sportowo i praktycznie. Podobnie zresztą jest z dorosłymi — mam wrażenie, że tutaj pieniądze są mniej ostentacyjne.
Ciekawym przykładem są telefony. W naszej szkole dzieci nie mogą korzystać z telefonów ani podczas zajęć, ani podczas przerw. Najnowszy smartfon nie jest więc czymś, wokół czego kręci się cały szkolny dzień. Oczywiście dzieci są dziećmi i na pewno również i tutaj się porównują, ale nie widzę epatowania majątkiem, którego można byłoby oczekiwać po tak bogatym kraju.
Weekend w stylu "Swiss"
Jak szwajcarskie rodziny spędzają wolny czas? Czy to faktycznie zawsze narty zimą i trekking latem? Jakie są ich "slow" rytuały, których moglibyśmy się od nich uczyć w Polsce?
Szwajcarzy uwielbiają ruch i przebywanie na świeżym powietrzu. Ale to nic dziwnego — tu po prostu nie da się siedzieć w domu, jest za pięknie. Spacery, rowery, wycieczki w góry, zimą narty — to zwyczajna część życia. Bardzo popularne jest też grillowanie i wspólne biesiadowanie.
Ale chyba najbardziej podoba mi się to, że aktywność nie kończy się wraz z wiekiem. Bardzo często widuję starsze osoby maszerujące z kijkami, spacerujące czy jeżdżące na rowerach. Mój sąsiad ma około 80 lat i jeździ na hulajnodze elektrycznej. Za każdym razem, kiedy go widzę, myślę sobie: "Właśnie tak chciałabym się kiedyś starzeć". Mam wrażenie, że ludzie tutaj nie zamykają się w domach, korzystają z natury niezależnie od wieku. I może właśnie tego najbardziej warto się od nich nauczyć: aktywność nie musi być treningiem ani kolejnym obowiązkiem. Może być po prostu częścią codziennego życia.
Na koniec
Po ponad trzech latach w Szwajcarii Krystyna Wichowska nie twierdzi, że tamtejszy system wychowania czy edukacji jest idealny. Są rzeczy, które bardzo jej się podobają, i takie, które potrafią poprawiać albo utrudniać życie rodzinne. Najbardziej ceni jednak szacunek do dziecka, wspieranie samodzielności, kontakt z naturą, praktyczne podejście do edukacji i to, że sukces nie jest tutaj definiowany jedną ścieżką. Szwajcarska szkoła pokazała jej też coś jeszcze: że wymagania i dobrostan dziecka nie muszą się wykluczać — można oczekiwać odpowiedzialności, punktualności i pracy, a jednocześnie słuchać dziecka, wspierać je i dawać mu czas na rozwój i czas wolny.
Dla całej rodziny przeprowadzka była trudnym doświadczeniem, szczególnie na początku. Dziś jednak Krystyna patrzy na Ewę i Bolka i widzi, jak wiele przez te lata zdobyli — nie tylko językowo czy szkolnie, ale też życiowo. Nauczyli się funkcjonować pomiędzy dwoma krajami, językami i kulturami. I to właśnie z tego jest najbardziej dumna.
Krystyna Wichowska — założycielka SwissByKris, Polka mieszkająca od ponad trzech lat w Szwajcarii, niedaleko Bazylei. Tworzy ogólne oraz spersonalizowane przewodniki po Szwajcarii, dopasowane do zainteresowań, wieku, kondycji, budżetu i sposobu podróżowania konkretnych osób i rodzin — pomaga zaplanować wyjazd krok po kroku, od wyboru miejsc i tras, przez transport i koszty, po praktyczne wskazówki na wypadek zmiany pogody. Towarzyszy też turystom z Polski podczas wypraw po Szwajcarii. Na profilu @swissbykris pokazuje zarówno pocztówkową Szwajcarię, jak i jej mniej oczywiste miejsca, lokalne zwyczaje oraz codzienne życie z perspektywy Polki mieszkającej na miejscu. Z wykształcenia jest magistrem inżynierem inżynierii środowiska, absolwentką Politechniki Gdańskiej, a także absolwentką studiów podyplomowych z psychologii pozytywnej na Uniwersytecie SWPS w Sopocie.