Reklama

Gdy weszłam do działu szkolnego w markecie, przeżyłam prawdziwy szok cenowy. Zwykły blok rysunkowy z grubszą okładką kosztuje teraz tyle, co dobra czekolada, a porządne farby plakatowe, które nie zmywają się od samego patrzenia, to wydatek rzędu kilkudziesięciu złotych. Nauczyciele zaznaczają wyraźnie: plastelina ma być miękka i z dwunastoma kolorami, klej tylko w sztyfcie i to często konkretnej marki, bo inne rzekomo słabo trzymają, a zeszyty wyłącznie w grubych oprawach, żeby się nie niszczyły.

Ceny przyborów szkolnych − finansowy armagedon przed wrześniem

Do tego dochodzą specjalne teczki, segregatory, bibuły we wszystkich kolorach tęczy, pędzelki z naturalnego włosia i nożyczki dla leworęcznych, bo mój Janek akurat tak pisze. No na litość boską, czy moje dziecko idzie do pierwszej klasy szkoły podstawowej, czy na akademię sztuk pięknych?

Kupując te wszystkie bloki, wycinanki i pastele dla dwójki dzieci, zostawiłam przy kasie ponad pięćset złotych, a przecież nie kupiłam jeszcze nawet plecaków, piórników, kapci ani strojów na wf. Finanse młodych rodzin w dzisiejszych czasach są napięte jak postronki, a szkoła udaje, że problem drożyzny nie istnieje.

Lista przyborów do szkoły − dlaczego rodzice mają płacić za wyposażenie klas?

Najbardziej rozwala mnie jednak to, że połowa tych rzeczy z listy wcale nie służy mojemu dziecku do indywidualnej pracy. Nauczyciele wymagają, żeby przynieść po dwie paczki białego papieru ksero, trzy opakowania chusteczek higienicznych w pudełku, mydło w płynie i ręczniki papierowe. No przepraszam bardzo, to na co idą pieniądze z budżetu państwa i z naszych podatków, skoro rodzic musi od A do Z wyposażyć klasową świetlicę i łazienkę?

Wychodzi na to, że robimy za darmowych dostawców chemii i artykułów biurowych dla placówek oświatowych. Kiedy rozmawiałam o tym z koleżanką z pracy, ona stwierdziła, że to normalne i pani wychowawczyni przecież nie kupi tego ze swojej pensji. No dobrze, rozumiem to, ale dlaczego pedagog z łatwością wpisuje na listę najdroższe marki kredek czy farb, skoro sam nie musi za to płacić? Łatwo wypisuje się kolejne punkty na kartce, kiedy koszty ponosi ktoś inny.

Gdyby dorośli w szkole musieli sami zrzucić się na te wszystkie wymyślne materiały plastyczne, które potem leżą w szafach do czerwca, na pewno dziesięć razy zastanowiliby się, czy zwykły blok za trzy złote nie wystarczy do narysowania przysłowiowego domku i drzewka.

Wyprawka szkolna za 300 plus? Państwowa pomoc to za mało

Skończyło się na tym, że po powrocie do domu wybuchła u nas potężna awantura, bo mąż zaczął mnie uciszać, mówiąc, że marudzę i z dziećmi nie ma co oszczędzać na edukacji. Ale ja czuję potworny żal i bunt przeciwko takiemu systemowi. Uważam, że dbanie o finanse domowe to obowiązek, a szkoła publiczna z założenia powinna być darmowa. Dzisiaj wyprawka dla pierwszoklasisty to jest koszt rzędu tysiąca złotych, biorąc pod uwagę tornister chroniący kręgosłup i porządne buty na zmianę z białą podeszwą.

Dyrektorzy i nauczyciele ciągle mówią o partnerstwie z rodzicami, a to partnerstwo polega głównie na tym, że my otwieramy portfele, a oni dyktują warunki. Chciałam zapytać inne czytelniczki i pracujące mamy: czy Waszym zdaniem przesadzam? Czy oczekiwanie, że szkoła i grono pedagogiczne zaczną brać pod uwagę realne koszty życia i ograniczą swoje kosmiczne wymagania do minimum, to jest roszczeniowość? Jak to wygląda w Waszych miastach, czy też musicie kupować tony papieru ksero i nożyczki z certyfikatami? Pomóżcie, bo ta sytuacja spędza mi sen z powiek przed nowym rokiem szkolnym.

Pozdrawiam serdecznie Redakcję,

Sylwia


Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl

Zobacz też: Złożyli w porę wniosek i już cieszą się pieniędzmi. ZUS wypłaca po kilkaset złotych na dziecko

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...