Nie kupuje wyprawki w wakacje. „Wydałam 600 zł. Po przeczytaniu wiadomości ze szkoły rozbeczałam się”
„Siedziałam z telefonem w ręku i kilka razy czytałam tę samą wiadomość. Jeszcze tydzień wcześniej byłam z siebie dumna. Myślałam, że w tym roku wreszcie wszystko zrobiłam z wyprzedzeniem. Nie spodziewałam się, że jeden e-mail ze szkoły sprawi, iż poczuję się, jakbym właśnie wyrzuciła kilkaset złotych do kosza” – pisze nasza czytelniczka.

Wielu rodziców kupuje wyprawkę szkolną jeszcze w wakacje. Chcą rozłożyć wydatki, skorzystać z promocji i uniknąć wrześniowych tłumów w sklepach. Nasza czytelniczka zrobiła dokładnie to samo. Dziś mówi, że drugi raz tego błędu nie popełni.
„Jedna wiadomość i cały plan się posypał”
Mam dwójkę dzieci. Córka po wakacjach idzie do drugiej klasy, a syn zaczyna zerówkę. Każdy rodzic wie, ile kosztuje początek roku szkolnego. Plecak, piórnik, zeszyty, kredki, bloki, farby, flamastry, worki na buty, kapcie... No, długo by tak można wymieniać, lista nie ma końca.
Już w lipcu zaczęłam kompletować wszystko po kolei. Trafiłam na promocje, porównywałam ceny, szukałam okazji. Byłam z siebie naprawdę dumna. Kiedy podliczyłam paragony, wyszło około 600 zł. Pomyślałam: „Przynajmniej we wrześniu będę spokojna”.
Kilka dni później przyszła wiadomość ze szkoły córki... Zdziwiło mnie, że pani pisze do nas w wakacje. Wychowawczyni napisała, że od nowego roku dzieci będą pracować na zeszytach w innym formacie niż dotychczas. Pojawiła się też informacja o konkretnych przyborach, a nawet o piórniku, który – ze względów organizacyjnych – powinien mieć tylko jedną komorę.
Na końcu znalazła się prośba, żeby rodzice wstrzymali się z zakupem części rzeczy do czasu pierwszego zebrania. Siedziałam i patrzyłam na tę wiadomość ze łzami w oczach, Większość z tych rzeczy miałam już kupioną...
Niektórych nie mogłam zwrócić, bo zdążyłam oderwać metki albo rozpakować opakowania. Córka cieszyła się nowym piórnikiem i od razu poprzekładała do niego swoje kredki. Rozpłakałam się.
Nie dlatego, że szkoła zrobiła coś złego. Po prostu miałam poczucie, że bardzo się starałam, a wyszło odwrotnie.
„Już nie chcę być tą 'zorganizowaną mamą'”
Oczywiście wiem, że nauczyciele też muszą wszystko zaplanować. Nie mam pretensji do wychowawczyni. Nawet jestem jej wdzięczna, że w ogóle jej się chciało pisać do rodziców w wakacje. Ale i tak mam żal do siebie, że znowu chciałam być o krok przed wszystkimi.
Co roku słyszymy, że warto kupować wcześniej, bo taniej... Tylko że wcześniej nie zawsze znaczy lepiej. Teraz już wiem, że lepiej poczekać kilka tygodni dłużej i mieć pewność, że kupi się dokładnie to, czego naprawdę będzie potrzebować dziecko.
Może nie trafi się na wszystkie promocje, może zapłaci się trochę więcej, ale przynajmniej nie będzie się płakać nad wyprawką... Teraz to już będzie u mnie w domu żelazna zasada: najpierw wiadomość ze szkoły, dopiero później zakupy. Mam nadzieję, że inni rodzice nauczą się na moim błędzie.
Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl
Od redakcji
Chociaż na stronach internetowych placówek można znaleźć listy wyprawkowe dla dzieci, warto powstrzymać się zakupem. Powody są różne – od zmiany wychowawcy, przez wybór konkretnych pomocy dydaktycznych, po decyzje organizacyjne podejmowane dopiero przed startem zajęć.
Jeśli planujemy kupować wyprawkę wcześniej, warto ograniczyć się do najbardziej uniwersalnych rzeczy, takich jak zeszyty, kredki czy długopisy. Z zakupem bardziej specyficznych elementów – na przykład piórnika, teczek, bloków o określonych parametrach czy materiałów wskazanych przez nauczyciela – często bezpieczniej jest poczekać na informacje bezpośrednio ze szkoły.
Zobacz także: Polska szkoła na skraju zapaści: brakuje 20 tys. nauczycieli. Smutne, kto we wrześniu będzie nauczał