Reklama

Siedziałam na kanapie, ostrożnie poprawiając poduszkę pod plecami. Ciało wciąż przypominało mi o trudnym, wielogodzinym porodzie... Każdy ruch kosztował, a noce zbiegały się w jeden długi ciąg karmienia, przewijania i prób chociaż krótkiego snu. Mały Leoś właśnie zasnął w łóżeczku, a ja marzyłam tylko o tym, żeby zamknąć oczy choć na pół godziny.

Wtedy do salonu wszedł Robert. Ubrany w stare dżinsy i flanelową koszulę, wyglądał, jakby wybierał się na jakąś wyprawę.

– Wiesz co, tak za mną chodzi zupa grzybowa – rzucił, wciągając kalosze. – Taka prawdziwa, z leśnych grzybów. Przejdę się do lasu. Podobno jest wysyp.

Spojrzałam na niego z niedowierzaniem. Była sobota rano, po ciężkiej, nieprzespanej nocy. Liczyłam, że przejmie małego, żebym mogła chwilę odpocząć.

– Teraz? – zapytałam cicho. – Nie możesz po prostu kupić suszonych w sklepie? A może jeszcze mamy jakieś zeszłoroczne od mojej mamy, sprawdź w szafce koło chlebaka. Ledwo żyję.

– To nie to samo, Anitko – uśmiechnął się lekko, unikając mojego wzroku. – Będę szybko, obiecuję. Przewietrzę się tylko i zaraz wracam z pełnym koszem.

Zanim zdążyłam zaprotestować, drzwi wejściowe trzasnęły, a ja zostałam sama z narastającym poczuciem rozgoryczenia. Ostatnio często znikał z domu. Tłumaczył to potrzebą odstresowania się po nowej sytuacji, jaką było pojawienie się dziecka. Rozumiałam to, ale ja też potrzebowałam wsparcia.

Pusty koszyk i pełno wątpliwości

Godziny mijały. Szybkie wyjście przeciągnęło się do późnego popołudnia, a potem wieczoru. Dzwoniłam do niego dwa razy, ale nie odbierał. Założyłam, że po prostu nie słyszy w lesie, albo wyciszył telefon, żeby nie płoszyć zwierzyny – choć to brzmiało absurdalnie nawet w moich własnych myślach.

Kiedy w końcu usłyszałam klucz w zamku, było po dwudziestej. Wstałam powoli, by powitać mojego „zbieracza”.

Robert wszedł do przedpokoju, zdejmując kurtkę. Wyglądał na zmęczonego, ale jakoś inaczej. Nie był umorusany ziemią, nie pachniał lasem ani ściółką. Pachniał... dziwnie. Jakby jakimś delikatnym, słodkim zapachem, którego nie potrafiłam od razu zidentyfikować.

– I co, gdzie te grzyby? – zapytałam, patrząc na wiklinowy koszyk, który postawił na szafce. Był zupełnie pusty.

– Wyobraź sobie, że nic nie było – westchnął, unikając mojego spojrzenia. – Przeszedłem chyba z dziesięć kilometrów, same trujące. Wysyp chyba już minął.

– Dziesięć godzin szukałeś grzybów i nic nie znalazłeś? – uniosłam brew. – Nawet jednego podgrzybka?

– No mówię ci, pusto. – Wzruszył ramionami, zdejmując buty. – Zrobię nam herbaty.

Poszedł do kuchni, a ja podeszłam do koszyka. Był czysty. Ani śladu igliwia, ziemi, niczego. Spojrzałam na jego flanelową koszulę, którą rzucił na fotel. Zbliżyłam się, by ją podnieść i wrzucić do prania. I wtedy to zobaczyłam.

Na beżowym kołnierzyku widniał wyraźny, różowy ślad. Szminka.

Różowy dowód

Zamroziło mnie. Wpatrywałam się w ten ślad, próbując racjonalnie to wytłumaczyć. Może to coś innego? Jakiś sok z jagód? Ale nie, kształt był zbyt regularny, a kolor zbyt intensywny. Zresztą, ja od miesięcy nie używałam żadnej szminki, a na pewno nie w takim odcieniu. Od kiedy urodził się Leoś, nakładałam najwyżej bezbarwny balsam do ust.

Zabrałam koszulę i weszłam do kuchni. Robert stał tyłem, zalewając wrzątkiem kubki.

– Robert – zaczęłam, starając się opanować drżenie głosu. – Co to jest?

Wyciągnęłam przed siebie koszulę, wskazując palcem na plamę na kołnierzu.

Odwrócił się. Jego wzrok padł na koszulę, a potem na moją twarz. Widziałam, jak przez ułamek sekundy w jego oczach pojawia się panika, po czym szybko zastępuje ją maska obojętności.

– A to? – zaśmiał się nerwowo. – Nie mam pojęcia. Może ubrudziłem się czymś w lesie? Jakaś żywica albo sok z owoców?

– Sok z owoców, który wygląda dokładnie jak ślad ust pomalowanych różową szminką? – zapytałam chłodno.

– Anita, proszę cię, nie wymyślaj – odparł, krzyżując ręce na piersi. – Jesteś zmęczona, hormony ci buzują. Zrobiłem ci herbatę, napij się i odpocznij.

Zignorował moje pytanie i wyszedł z kuchni, zabierając swój kubek. Zostałam sama z koszulą w ręku. Serce waliło mi jak młotem. Zmęczenie, hormony... Zawsze to samo tłumaczenie, gdy robiło się niewygodnie. Ale nie byłam ślepa.

Telefon pełen tajemnic

Przez kolejne dni atmosfera w domu była gęsta jak mgła. Robert unikał tematu, udając, że nic się nie stało, a ja nie potrafiłam przestać o tym myśleć. Zauważyłam też, że zmienił swoje nawyki. Kiedyś jego telefon leżał wszędzie – na stole, na kanapie, w łazience. Teraz zabierał go ze sobą wszędzie. Nawet kiedy szedł pod prysznic, kładł go na pralce w zasięgu ręki.

Któregoś wieczoru, gdy usypiałam Leosia, Robert zasnął na kanapie przed telewizorem. Jego telefon leżał na stoliku. Ekran co chwilę się podświetlał, informując o nowych powiadomieniach. Podeszłam cicho. Zwykle nie miałam w zwyczaju przeglądać jego rzeczy, ale niepewność po prostu mnie zżerała.

Wzięłam telefon do ręki. Znałam hasło, chociaż dawno z niego nie korzystałam. Wpisałam kod. Odblokował się. Od razu weszłam w wiadomości. Ostatnia konwersacja była z numerem zapisanym jako „Kamil – warsztat”.

Otworzyłam ją. To nie był Kamil.

„Kiedy znowu pójdziemy na grzyby? ;) Wczoraj było cudownie” – głosiła wiadomość sprzed chwili.

Przewinęłam wyżej. Było tego więcej. Żarty, flirty, umawianie się na spotkania. I to wszystko w czasie, gdy ja walczyłam z bólem po porodzie, nieprzespanymi nocami i poczuciem, że przestaję być dla niego atrakcyjna.

Czytałam te słowa i czułam, jak robi mi się niedobrze. Jakby ktoś uderzył mnie w brzuch. To nie był jednorazowy wybryk. To trwający romans.

Konfrontacja i to, co potem

Odłożyłam telefon na miejsce. Nie obudziłam go. Nie miałam siły na krzyki, płacz i kolejne kłamstwa o hormonach. Poszłam do sypialni, położyłam się obok śpiącego synka i po prostu patrzyłam w sufit.

Rano, kiedy Robert wstał, zrobiłam mu kawę. Usiadł przy stole, przecierając zaspane oczy.

– Robert – powiedziałam cicho, ale stanowczo. – Wiem o Kamilu z warsztatu. I wiem, że wczoraj nie szukałeś grzybów.

Zamarł z kubkiem w połowie drogi do ust. Spojrzał na mnie, a jego twarz przybrała popielaty odcień. Przez chwilę panowała kompletna cisza.

– Anita, ja... to nie tak, jak myślisz – zaczął, ale podniosłam rękę, by mu przerwać.

– Proszę, nie rób ze mnie idiotki. Przeczytałam wiadomości. Wiem wystarczająco dużo.

Nie kłóciliśmy się. Nie było rzucania talerzami ani krzyków. Po prostu poprosiłam, żeby na jakiś czas się wyprowadził. Żeby przemyślał, czego tak naprawdę chce. Zgodził się bez słowa. Spakował kilka rzeczy do torby i wyszedł.

Od kilku dni jestem sama z Leosiem. Jest ciężko, fizycznie i psychicznie. Rodzina wypytuje, dlaczego Roberta nie ma, a ja nie wiem jeszcze, co im powiedzieć. Patrzę na małego, na jego spokojną buzię i zastanawiam się, jak to wszystko się ułoży. Nie wiem, czy zdołam mu wybaczyć. Nie wiem, czy w ogóle chcę próbować. Na razie muszę skupić się na tym, by przetrwać kolejny dzień.

Anita, 30 lat.

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych wydarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.

Zobacz także:

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...