Położna ostrzega: te 3 zachowania męża przy porodzie to czerwone flagi. Zwiastują szybki rozwód
„Widzę to w ich oczach i już wiem, że to małżeństwo nie przetrwa”. Przeczytaj mocny list położnej o trzech zachowaniach mężów, które na sali porodowej zwiastują tylko jedno: szybki koniec związku.

Dzień dobry, piszę do Państwa, bo po dwudziestu latach pracy na bloku porodowym, przez który przeszły tysiące par, czuję, że muszę to z siebie wyrzucić. Widziałam w życiu wszystko: narodziny, które scalały związki na wieki, i takie, które były ostatnim gwoździem do trumny małżeństwa. Sala porodowa to niezwykłe miejsce − tu nie ma miejsca na udawanie, tu opadają wszelkie maski, a ból i zmęczenie obnażają to, co w relacji najpiękniejsze albo... najbardziej zgniłe.
Często już po godzinie obserwowania partnera wiem, czy ta kobieta wyjdzie ze szpitala ze wsparciem, czy z kolejnym ciężarem na plecach. Są trzy zachowania mężów, które dla nas, położnych, są jak czerwone flagi. Kiedy je widzę, serce mi pęka, bo wiem, że te pary prawdopodobnie nie przetrwają próby czasu.
1. Telefon ważniejszy niż narodziny własnego dziecka
Pierwszą rzeczą, która doprowadza mnie do pasji, jest mężczyzna przyssany do ekranu smartfona. Wyobraźcie sobie: ona skręca się z bólu, szuka jego wzroku, potrzebuje dotyku, a on... sprawdza wyniki meczu, scrolluje Facebooka albo odpisuje na maile służbowe. To jest absolutny, rażący brak obecności. Kiedy zwracam takiemu panu uwagę, często słyszę: „Przecież i tak nic nie robię, pani mówiła, że to jeszcze potrwa”.
Dla mnie to nie jest kwestia nudy, to kwestia elementarnego braku empatii. Jeśli w najważniejszym, najbardziej granicznym momencie życia twojej żony ty wybierasz świat wirtualny, to dajesz jej jasny komunikat: „Twoje cierpienie mnie nudzi, nie jesteś w tym momencie priorytetem”. Takie zachowanie to fundament przyszłej samotności w małżeństwie. Widzę potem te kobiety − rodzą same, choć mąż stoi obok. Ten dystans, który powstaje na sali porodowej, rzadko udaje się potem zasypać w domu.
2. Licytacja na niewygody, czyli gdy on jest bardziej zmęczony
Drugim zachowaniem, które jest dla mnie znakiem ostrzegawczym, jest narzekanie na własny dyskomfort. Nie zliczę, ile razy słyszałam mężów marudzących, że to krzesło jest niewygodne, że w sali jest za duszno, albo − mój „ulubieniec” − „Jestem głodny i chce mi się spać, długo to jeszcze potrwa?”. Stoję wtedy nad taką parą i nie wierzę własnym uszom. Obok leży kobieta, która od dziesięciu godzin walczy o każdy oddech, której ciało jest wystawione na nadludzki wysiłek, a on licytuje się na to, kogo bardziej bolą plecy od siedzenia.
To jest klasyczny objaw narcyzmu i niedojrzałości. Jeśli mężczyzna nie potrafi na kilka godzin schować swojego ego do kieszeni i skupić się na potrzebach rodzącej żony, to jak poradzi sobie z trudami rodzicielstwa? Jak zareaguje na nieprzespane noce i kolki? Tacy panowie zazwyczaj w dorosłym życiu są pierwszymi, którzy uciekają od domowych obowiązków, zostawiając wszystko na głowie kobiety. Sala porodowa po prostu przyspiesza ten proces demaskacji.
3. Pasywna agresja i ocenianie wysiłku kobiety
Trzecia czerwona flaga, być może najbardziej subtelna, ale i najbardziej bolesna, to komentarze uderzające w godność kobiety. To ten typ męża, który zamiast wspierać, instruuje żonę z wyższością lub rzuca złośliwe uwagi: „Nie krzycz tak, inne rodzą ciszej”, „Przestań panikować, tylko robisz sceny”. Widziałam kiedyś pana, który z obrzydzeniem odsunął się od żony, gdy ta zwymiotowała z bólu, i rzucił: „Mogłabyś się opanować”.
W takich momentach mam ochotę wyprosić partnera z sali. To zachowanie świadczy o całkowitym braku szacunku do kobiecości i do wysiłku porodu. To jest mężczyzna, który nie kocha swojej żony za to, kim jest, on myśli tylko o tym, co „wypada”. Jeśli w chwili największej bezbronności swojej partnerki on potrafi ją tylko oceniać i zawstydzać, to takie małżeństwo jest już martwe, tylko nikt jeszcze nie podpisał papierów. Szacunek rodzi się w trudzie, a jeśli go tam nie ma, to nie będzie go nigdzie indziej.
Z poważaniem,
Położna z powołania
Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl
Zobacz też: Rodziłam w tym samym szpitalu co Andziaks. To nie 22 tysiące zł robią różnicę