„Całuję i przytulam synka milion razy dziennie. Teściowa straszy, że zrobię z niego ciamajdę”
Piszę do Państwa, bo czuję, że duszę się w atmosferze „dobrych rad”, którymi codziennie zalewa mnie moja teściowa.

Mam rocznego synka, Antosia, który jest całym moim światem. Od dnia, w którym przyszedł na świat, czuję niemal fizyczną potrzebę bycia blisko niego − przytulania go, całowania w te małe stópki, noszenia na rękach, gdy tylko zapłacze. Dla mnie to najbardziej naturalna rzecz pod słońcem, ale dla matki mojego męża to... prosta droga do wychowawczej katastrofy.
Zimny chów kontra potęga matczynej bliskości
Za każdym razem, gdy teściowa nas odwiedza, zaczyna się ten sam teatr. Kiedy tylko Antoś zakwili, a ja od razu go podnoszę, słyszę wymowne westchnienie. „Znowu go bierzesz na ręce? Przecież on wymusza! Zobaczysz, zrobisz z niego taką ciamajdę, że w życiu sobie nie poradzi” − te słowa bardzo mnie bolą. Zdaniem teściowej chłopca trzeba hartować od kołyski. Według niej miłość powinna być reglamentowana, a czułość to domena dziewczynek.
Ostatnio usłyszałam, że przez to moje ciumkanie i tulenie Antoś nigdy nie stanie się prawdziwym mężczyzną. Teściowa twierdzi, że prawdziwy facet musi znać twardą rękę, a nie wieczne całusy mamusi. Ja jednak patrzę na mojego synka i widzę dziecko, które dzięki tej bliskości czuje się bezpieczne. Czy to naprawdę źle, że chcę, aby wiedział, że świat jest dobrym miejscem, a jego mama zawsze jest obok? Dlaczego starsze pokolenie tak bardzo boi się emocji u chłopców?
Czy można dać za dużo miłości dziecku?
Teściowa straszy mnie, że syn będzie się trzymał spódnicy do trzydziestki. Twierdzi, że rozpuszczam go i że przez moje zachowanie on nigdy nie nauczy się samodzielności. Ja jednak uważam zupełnie inaczej. Czytam artykuły psychologów, śledzę nowoczesne badania i wszędzie widzę to samo: bliskość buduje poczucie własnej wartości. Dziecko, które jest nasycone miłością, ma odwagę, by poznawać świat, bo wie, że ma bezpieczną bazę, do której może wrócić.
Najbardziej boli mnie to, że teściowa próbuje we mnie zasiać ziarno niepewności. Czasami wieczorem, kiedy mąż już śpi, a ja karmię małego, zastanawiam się: „A co, jeśli ona ma rację? Co, jeśli faktycznie robię mu krzywdę?”. Ale potem Antoś uśmiecha się przez sen i tuli do mojej piersi, a ja wiem, że to, co robię, jest dobre. Miłość to nie jest towar deficytowy, którego może zabraknąć. Nie da się przesadzić z przytulaniem. To paliwo, na którym moje dziecko będzie jechać przez całe życie. Dlaczego mam go tego pozbawiać tylko dlatego, że trzydzieści lat temu panowały inne zasady?
Walka o prawo do czułości bez poczucia winy
Mój mąż stara się mnie wspierać, ale widzę, że jemu też jest trudno. Sam był wychowany w tym zimnym chowie i widzę, jak ciężko mu czasami wyrazić emocje. Nie chcę tego dla mojego syna. Chcę, żeby Antoś wyrósł na mężczyznę, który potrafi przytulić swoją żonę, który nie wstydzi się łez i który wie, że siła nie bierze się z braku uczuć, ale z ich akceptacji. Nie pozwolę, żeby teściowa zrobiła z mojego domu poligon, gdzie każde okazanie słabości jest karane chłodem.
Chciałabym powiedzieć wszystkim mamom, które słyszą podobne uwagi: nie dajcie się zastraszyć! To my jesteśmy ekspertkami od naszych dzieci. Jeśli czujesz, że chcesz pocałować swoje dziecko milionowy raz tego dnia − zrób to. Teściowe i ciocie „dobra rada” przeminą, ich uwagi pójdą w niepamięć, ale to, co zbudujemy w sercach naszych dzieci przez te pierwsze lata, zostanie tam na zawsze.
Mój syn nie będzie ciamajdą. Będzie człowiekiem, który wie, że jest kochany, a to największa siła, jaką może dostać na drogę w dorosłość. Nie bójmy się miłości, bójmy się tylko tego, że mogłoby jej zabraknąć w świecie, który i tak jest wystarczająco twardy.
Asia
Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl
Zobacz też: W latach 90. uznawano je za normę. Oto 3 „metody wychowawcze”, których nigdy nie wolno stosować