Dzięki metodzie „mimamoru” Japończycy wychowują niezależne dzieci. Polacy mogliby brać przykład
W japońskich domach i szkołach stosuje się metodę, która zmienia sposób patrzenia na dziecięcą samodzielność. Choć brzmi niepozornie, potrafi całkowicie odmienić codzienne relacje dorosłych z najmłodszymi.

Kiedy pierwszy raz natknęłam się na pojęcie „mimamoru”, długo zastanawiałam się, jak jedno słowo może mieścić w sobie tyle znaczeń. W dosłownym tłumaczeniu chodzi o „uważną obserwację”, ale tak naprawdę to sposób myślenia o dziecku jako kimś, kto ma swoje tempo, własne pomysły i naturalną potrzebę sprawdzania świata.
Na czym polega japońska metoda „mimamoru” i dlaczego budzi ciekawość na świecie?
W Japonii „mimamoru” jest czymś oczywistym – rodzice wstrzymują się od ingerencji, nawet w sytuacjach, w których europejscy rodzice już dawno rzuciliby się z pomocą.
Zafascynowało mnie to, bo w Polsce często czuję presję, że rodzic powinien być obecny na każdym kroku, interweniować, pomagać, podpowiadać i pilnować. W japońskim podejściu jest odwrotnie: dorosły stoi krok z tyłu. Nie po to, żeby zostawić dziecko samo sobie, lecz żeby nie zabierać mu szansy na rozwój. W praktyce wygląda to tak, że maluch może sam zawiązać buty, nawet jeśli zajmuje mu to wieczność; sam sprząta po zabawie, choć robi to powoli i niezgrabnie; sam rozwiązuje konflikty z rówieśnikami, bo wie, że dorosły nie wkroczy od razu jako arbiter.
To wszystko sprawia, że dzieci w Japonii szybciej nabierają pewności siebie. Mają poczucie, że potrafią, że są sprawcze, że ich działania mają realny wpływ na otoczenie. Widzę w tym ogromną wartość – zwłaszcza dziś, gdy wiele osób obawia się, że nasze dzieci dorastają w świecie nadmiernej kontroli i podpowiedzi.
Dlaczego warto czasem się wycofać i pozwolić dziecku działać po swojemu?
Kiedy rozmawiam z polskimi rodzicami, często słyszę, że boją się zostawić dziecku zbyt dużo swobody. Obawa przed porażką, bałaganem, konfliktem czy nawet upadkiem jest u nas głęboko zakorzeniona. I nie ma w tym nic dziwnego – tak zostaliśmy wychowani. Jednak analiza metody mimamoru sprawiła, że sama zaczęłam przyglądać się swoim reakcjom.
Nieraz łapię się na tym, że gdy widzę, jak dziecko zmaga się z trudniejszym zadaniem, moja dłoń odruchowo unosi się, żeby pomóc. Ale kiedy powstrzymuję się choć na chwilę, zauważam coś zaskakującego: dzieci radzą sobie częściej, niż nam się wydaje. Owszem, czasem się zirytują, czasem wybuchną płaczem, czasem odpuszczą i wrócą po kilku minutach. Jednak to właśnie w tych momentach uczą się cierpliwości, wytrwałości, przewidywania skutków i podejmowania decyzji.
W Japonii uważa się, że dorosły nie powinien zabierać dziecku tych lekcji. Tam, nawet w przedszkolach, nauczyciele spokojnie obserwują, jak dzieci rozwiązują drobne sprzeczki czy jak radzą sobie z zadaniami wymagającymi precyzji. Oczywiście interweniują, gdy sytuacja zaczyna zagrażać bezpieczeństwu, ale nie wcześniej. To podejście uczy młodych, że konflikty są naturalne, a trudności da się pokonać bez natychmiastowej pomocy dorosłego.
Z mojej perspektywy to ogromna zmiana – nie tylko w zachowaniu, ale i w myśleniu. Gdy zaczęłam stosować elementy „mimamoru”, zauważyłam, że dzieci szybciej podejmują inicjatywę, mniej boją się błędów i dużo lepiej radzą sobie z emocjami. A ja sama czuję mniejszą presję, bo odkryłam, że nie muszę być „ratownikiem” na każde zawołanie.

Czego Polacy mogliby nauczyć się od Japończyków – praktyczne inspiracje na co dzień
Oczywiście nie chodzi o to, żeby przenosić całą japońską kulturę do polskich realiów. Każde społeczeństwo ma swoje zasady, wartości i oczekiwania. Ale mimamoru daje cenną lekcję: dzieci rosną w siłę wtedy, kiedy pozwolimy im próbować. W codziennym życiu oznacza to kilka prostych zmian:
- Po pierwsze – nie robię za dziecko tego, co jest w stanie zrobić samo, nawet jeśli robi to wolniej.
- Po drugie – obserwuję, zamiast od razu podpowiadać. Czasem wystarczy minuta cierpliwości, żeby zobaczyć, że maluch wcale nie potrzebuje pomocy.
- Po trzecie – pozwalam na drobne porażki. W japońskich rodzinach to normalne, bo właśnie z błędów rodzi się odporność psychiczna i samodzielność.
- Po czwarte – nie prowadzę dziecka „za rękę” w sytuacjach konfliktowych. Zamiast wyręczać w tłumaczeniu się koledze czy koleżance, stoję obok i tylko pilnuję, żeby rozmowa nie przerodziła się w krzyk.
W Polsce wciąż pokutuje przekonanie, że rodzic powinien czuwać na każdym kroku. Ale kiedy słyszę od psychologów, nauczycieli i samych dzieci, że pragną większej swobody, zaczynam wierzyć, że zmiana jest możliwa. „Mimamoru” nie jest rewolucją – to powrót do podstaw, do wiary w dziecięce kompetencje, do cierpliwości i do stawiania granicy między troską a nadopiekuńczością.
Zobacz także: Te dzieci osiągną sukces w przyszłości. Rodzice codziennie pozwalają im ćwiczyć 1 rzecz