Reklama

Drogie mamy i babcie, piszę ten list, bo serce mi pęka, gdy patrzę na to, co dzieje się w dzisiejszych domach. Niedawno zaprosiłam moją córkę i jej pięcioletniego synka, mojego ukochanego wnuka, Antosia. Przygotowałam na ten wspólny niedzielny obiad tradycyjne bitki wołowe − mięciutkie, duszone godzinami, takie, jakie moja córka uwielbiała w dzieciństwie. Usiedliśmy do stołu, nakryłam pięknie talerze, licząc na miłą, rodzinną atmosferę.

Niestety, to, co wydarzyło się chwilę później, sprawiło, że w oczach miałam łzy. Antoś podłubał widelcem w talerzu, odsunął kawałek mięsa i z miną wielkiego pana oznajmił: „Ja tego nie jem, nie lubię, to jest fuj”. Czekałam na reakcję córki. Myślałam, że usłyszę: „Spróbuj chociaż kawałek, babcia się napracowała”. Ale nie. Moja córka, z tym swoim nowoczesnym uśmiechem pełnym wyrozumiałości, powiedziała tylko: „Dobrze kochanie, nie musisz kończyć, jeśli nie masz ochoty. Zjedz chociaż te ziemniaczki z masełkiem”.

Oniemiałam. To nie był tylko obiad, to była lekcja rodzicielskiej uległości, którą dorosła kobieta dawała małemu dziecku.

Kult dziecka i brak szacunku do pracy

W moich czasach, gdyby dziecko powiedziało przy stole, że jedzenie jest fuj, nie wstałoby od stołu przez kolejne dwie godziny albo poszłoby spać o głodzie. I nie chodziło o żadną tyranię, ale o szacunek. Do matki, która stała przy garach, do ojca, który zarobił na to mięso, i do samego daru, jakim jest posiłek. Dziś widzę coś, co nazywam rodzicielstwem uległości. Rodzice tak bardzo boją się urazić delikatną psychikę dziecka, że pozwalają mu na wszystko.

Patrzyłam na mojego wnuka, który z triumfalną miną zajadał same ziemniaki, wiedząc, że postawił na swoim. Moja córka tłumaczyła mi później, że teraz nie zmusza się dzieci do jedzenia, żeby nie budować złych relacji z posiłkiem. A ja się pytam: jakie relacje on buduje z ludźmi? Jeśli pięciolatek widzi, że jego „nie lubię” jest ważniejsze niż trud włożony w przygotowanie obiadu przez babcię, to kim on będzie jako dorosły? Czy w pracy też powie szefowi, że nie lubi tego raportu i go nie zrobi? Wychowujemy pokolenie małych królów, którym wydaje się, że świat jest na ich zawołanie.

Granice, których zabrakło przy rodzinnym stole

Nie wytrzymałam i powiedziałam córce wprost: „Pozwalasz mu wchodzić sobie na głowę”. Wywiązała się kłótnia, która zepsuła całe popołudnie. Usłyszałam, że jestem staroświecka i że czasy się zmieniły. Owszem, czasy się zmieniły, ale zasady wychowania powinny być niezmienne. Dziecko potrzebuje granic jak powietrza. Musi wiedzieć, że są rzeczy ważne i ważniejsze. Niedokończenie obiadu, bo „się nie chce”, to nie jest wybór kulinarny, to jest brak dyscypliny.

To rodzicielstwo uległości, które obserwuję u młodych, polega na ciągłym negocjowaniu. „Zjesz dwa gryzy?”, „A może spróbujesz za chwilę?”. To jest upokarzające dla rodzica! Ja nie negocjowałam z moimi dziećmi. Była pora obiadu, jadło się to, co było na stole. Dzięki temu moje dzieci wyrosły na ludzi, którzy potrafią się dostosować, którzy znają wartość pracy i wiedzą, że nie zawsze wszystko musi być po ich myśli. Dzisiejsze matki, jak moja córka, myślą, że są nowoczesne, a tak naprawdę robią swoim dzieciom krzywdę, nie przygotowując ich do prawdziwego życia, gdzie nikt nie będzie ich pytał, czy mają ochotę na ziemniaczki z masełkiem.

Czy jeszcze można uratować autorytet rodzica?

Poszłam spać z ciężkim sercem. Kocham mojego wnuka nad życie, ale boję się o jego przyszłość. Jeśli mama pozwala mu rządzić przy obiedzie, to co będzie za dziesięć lat? Czy ona w ogóle ma nad nim jakąkolwiek władzę? Rodzicielstwo uległości to ślepa uliczka. To rezygnacja z roli przewodnika na rzecz roli animatora zabaw, który boi się tupnięcia małej nóżki.

Drogie mamy, zastanówcie się, czy Wasza łagodność nie jest po prostu wygodnictwem. Łatwiej jest pozwolić dziecku nie dojeść, niż narazić się na fochy i płacz. Ale wychowanie to nie jest konkurs na najmilszą osobę w pokoju. To trudna praca polegająca na stawianiu oporu tam, gdzie jest on potrzebny. Ja nie miałam litości dla postawy mojej córki, bo widzę w tym upadek autorytetu, który kiedyś był fundamentem rodziny. Bez tego fundamentu nasze dzieci pogubią się w świecie, który wcale nie będzie dla nich tak uległy jak ich własne matki.

Z poważaniem,

Zatroskana Babcia


Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl

Zobacz też: Dziadkowie to nie darmowa służba na pstryknięcie. „Gdy synowa podrzuciła mi wnuki, usłyszała tylko 3 słowa”

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...