Reklama

Piszę do Was, bo moje serce jest rozbite na tysiąc kawałków, a w oczach wciąż mam łzy, których nie potrafię powstrzymać. Jestem dumną babcią małej Tosi. Odkąd mała przyszła na świat, starałam się być blisko, pomagać mojej córce, wspierać ją w trudnych chwilach i dawać wnuczce wszystko to, co we mnie najlepsze − w tym ogromne, bezwarunkowe ciepło. Jednak to, co wydarzyło się podczas mojej ostatniej wizyty, całkowicie mną wstrząsnęło i uświadomiło mi, w jak dziwnym, pozbawionym ludzkich odruchów świecie przyszło nam teraz żyć.

Przyszłam w odwiedziny, Tosia wybiegła mi naprzeciw, a ja, jak to każda stęskniona babcia, kucnęłam i rozłożyłam ręce, żeby wziąć ją w ramiona. W tym momencie moja córka dosłownie odepchnęła mnie lekko i zasłoniła małą własnym ciałem, rzucając krótkie: „Mamo, stop. Umówiłyśmy się, że nie przytulamy Tosi bez pytania, bo ona teraz uczy się autonomii swojego ciała i nie życzy sobie naruszania jej granic”.

Zimny chów i sztywne reguły, czyli jak poradniki niszczą rodzinne ciepło

Stałam w tym przedpokoju jak rażona piorunem, patrząc to na córkę, to na małą Tosię, która patrzyła na nas swoimi wielkimi oczkami, zupełnie nie rozumiejąc, co się dzieje. Moja córka, zamiast pozwolić dziecku na naturalny, radosny odruch powitania z babcią, zaczęła mi prawić mentorskie kazania o nowoczesnej psychologii. Usłyszałam, że Tosia nie lubi fizycznego kontaktu, że ma prawo decydować, kto ją przytula. No czy to nie jest obłęd?

Przecież ja nie jestem obcym człowiekiem z ulicy! Jestem jej babcią! Kobietą, która przewijała ją, kołysała do snu, gdy ząbkowała, i płakała ze szczęścia nad jej łóżeczkiem. To, co moja córka wyprawia, to jest klasyczny chów kloszowy, który zamiast chronić dziecko, buduje wokół niego niewidzialny, zimny mur. Zamiast wychować silną, pewną siebie dziewczynkę, moja córka tworzy małego, emocjonalnego odludka, który za chwilę zacznie bać się własnego cienia i każdego gestu życzliwości.

Przez te wszystkie nowoczesne poradniki i mądrości z internetu młodzi rodzice zatracili gdzieś instynkt, zdrowy rozsądek i zwykłe, ludzkie serce. Jak można zabraniać dziecku przytulania do rodzonej babci w imię jakichś sterylnych, wymyślonych zasad? Przecież bliskość fizyczna, dotyk i uścisk to najważniejsze narzędzia budowania poczucia bezpieczeństwa u takiego malucha.

Mała Tosia w klatce autonomii − gdzie kończy się edukacja, a zaczyna tresura?

Cała ta wizyta była dla mnie jedną wielką drogą przez mękę. Siedziałam na kanapie, Tosia podchodziła do mnie, bawiłyśmy się klockami, ale ja cały czas czułam na plecach czujny, kontrolujący wzrok mojej córki. Ani razu nie mogłam pogłaskać wnuczki po główce, wziąć jej na kolana, gdy budowała wieżę, ani pocałować w policzek. Kiedy mała uderzyła się klockiem w paluszek i podbiegła do mnie z płaczem, automatycznie chciałam ją przytulić i pocałować − tak, jak robiły to nasze matki i babki od pokoleń. Moja córka natychmiast wkroczyła do akcji, kucnęła przy Tosi i zaczęła pytać: „Tosiu, czy ty chcesz, żeby babcia cię przytuliła? Pamiętaj, że masz prawo powiedzieć nie”.

Dziecko, zdezorientowane tym dorosłym przesłuchaniem, w końcu tylko pokręciło głową i schowało się za mamę. A ja poczułam ogromny, palący wstyd i potworny żal. Ta cała autonomia stała się dla mojej córki narzędziem tresury i odgradzania dziecka od rodziny. Boję się, że przez te sztywne reguły Tosia wyrośnie na osobę zimną, niezdolną do okazywania wyższych uczuć. Przecież dzieci uczą się empatii i miłości poprzez naśladowanie nas, dorosłych. Jeśli od małego wpaja się dziecku, że uścisk babci to zagrożenie i naruszenie granic, to jak ono ma w przyszłości zbudować normalny, ciepły związek? Jak ma zaufać drugiemu człowiekowi?

Samotność na starość i strach przed własną córką

Wróciłam do domu całkowicie zdruzgotana. Siedzę w pustawej kuchni i myślę sobie, jak bardzo ten świat stanął na głowie. Moje pokolenie wychowywało dzieci intuicyjnie − było miejsce na dyscyplinę, ale było też mnóstwo miłości, tulenia, całowania i noszenia na barana. I nikt z nas nie wyrósł z tego powodu na traumatyka! Dzisiaj młode matki wolą ufać bezdusznym artykułom z sieci niż mądrości życiowej własnych matek. Stałam się w domu mojej córki personą non grata, jakimś potencjalnym agresorem, przed którym trzeba chronić trzylatkę.

Najgorsze jest to, że nie wiem, jak mam się teraz zachowywać. Mam przestać przychodzić? Mam patrzeć na moją wnuczkę jak na szklany eksponat w muzeum, którego pod żadnym pozorem nie wolno dotknąć? Serce mi pęka, bo widzę, jak ucieka nam bezpowrotnie ten najpiękniejszy czas, kiedy dziecko jest małe i tak bardzo potrzebuje miłości z każdej strony.

Chcę zapytać inne babcie: czy u Was też panują takie porządki? Czy Wasze córki i synowie też dali się zwariować tym nowoczesnym modom, w których dla babcinego uścisku nie ma już miejsca? Bo ja czuję się w tym wszystkim przeraźliwie samotna i odrzucona przez własną krew.

Alina


Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl

Zobacz też: „Wstyd mi za teściową, że tak podle potraktowała moją córkę na komunii. Dałam jej nauczkę”

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...