Pokolenie rodziców-pionków. Babcia nie wytrzymała: „Dzieci nimi rządzą. Scena w kościele mną wstrząsnęła"
Stałam się świadkiem upadku wszystkiego, co uważałam za fundament porządnego wychowania, a scena, której byłam świadkiem w ostatnią niedzielę w kościele, do dziś nie daje mi spokojnie zasnąć.

Od lat obserwuję moje dzieci i ich rówieśników, jak borykają się z rodzicielstwem, ale to, co widzę, to nie jest miłość, to jest niewolnictwo u własnych dzieci. My, starsze pokolenie, wiedzieliśmy, że dorosły to autorytet, a dzisiaj? Dzisiaj widzę pokolenie rodziców-pionków, którzy boją się własnego dziecka, przepraszają, że żyją, i pozwalają małym tyranom wchodzić sobie na głowę w imię jakiejś nowoczesnej psychologii. To, co zobaczyłam podczas mszy świętej, było tylko smutnym podsumowaniem tego, dokąd zmierzamy jako społeczeństwo.
Scena w kościele, która odebrała mi mowę
Była piękna niedziela, kościół pełen ludzi, chwila zadumy i modlitwy. Tuż przede mną stała młoda para z synkiem, na oko może pięcioletnim. To, co ten chłopiec wyprawiał, przechodziło ludzkie pojęcie: biegał między ławkami, kopał w oparcia, a w pewnym momencie zaczął głośno krzyczeć, że on chce teraz loda i ma dość bycia tutaj. I co zrobili rodzice? Czy wyprowadzili go na zewnątrz? Czy stanowczo powiedzieli „Nie wolno”? Skądże! Matka zaczęła go prosić, niemal błagać: „Antosiu, kochanie, jeszcze pięć minutek, dostaniesz loda, tylko bądź cichutko”.
Ojciec stał obok zrezygnowany, jakby go tam w ogóle nie było. Chłopiec w odpowiedzi uderzył matkę w rękę, a ona tylko poprawiła sukienkę i dalej mu potakiwała. Stałam tam i czułam, jak burzy mi się krew − to nie było dziecko, to był mały pan i władca, a ci dorośli ludzie byli tylko pionkami, które on przestawiał według własnego widzimisię.
Bezstresowe wychowanie tworzy małych dyktatorów
Patrzyłam na nich i przypomniałam sobie, jak ja wychowywałam swoje dzieci. Nie było bicia, nie było krzyku, ale było słowo „nie”, które znaczyło „nie”. Dziecko wiedziało, że w kościele, w kinie czy u cioci są zasady, których trzeba przestrzegać. Dzisiaj rodzice boją się urazić delikatną psychikę dziecka, więc pozwalają mu na wszystko. Efekt jest taki, że te dzieci nie mają żadnych granic, nie znają szacunku do innych ludzi, a co najgorsze − nie czują się bezpieczne, bo nikt im tego bezpiecznego płotu z zasad nie postawił.
Rodzice-pionki myślą, że są nowocześni, a tak naprawdę robią swoim dzieciom krzywdę, której owoce będą zbierać za dziesięć, piętnaście lat, gdy ci młodzi ludzie zderzą się z rzeczywistością, która nie będzie ich przepraszać za to, że nie dostali loda na zawołanie.
Gdzie podział się autorytet dorosłego w dzisiejszej rodzinie?
Kiedyś dziadkowie, nauczyciele i rodzice tworzyli jeden front. Dzisiaj matka kłóci się z panią w przedszkolu, bo ta śmiała zwrócić uwagę jej aniołkowi. W kościele, gdy jedna ze starszych pań zwróciła uwagę tym rodzicom, że chłopiec przeszkadza, usłyszała od ojca: „Proszę pilnować swojej modlitwy, syn nikomu nie robi krzywdy”. Co to za nauka dla tego dziecka? Uczy się, że jego „ja” jest najważniejsze, a reszta świata to tylko tło, które ma mu usługiwać. My, babcie, patrzymy na to z przerażeniem.
Chciałabym pomóc, chciałabym doradzić, ale zaraz słyszę, że teraz są inne czasy. Tak, czasy są inne, ale zasady dobrego wychowania i szacunku do drugiego człowieka są wieczne. Jeśli nie wrócimy do bycia rodzicami-przewodnikami, a zostaniemy przy byciu pionkami, to wyhodujemy pokolenie ludzi, którzy nie będą potrafili kochać nikogo poza samym sobą.
Proszę Redakcję, niech ten mój list będzie przestrogą. Kochajcie swoje dzieci, ale je wychowujcie! Nie bójcie się być stanowczy, nie bójcie się łez dziecka, gdy mówicie mu, że czegoś nie wolno. To nie jest trauma, to jest miłość, która uczy życia. Nie bądźcie pionkami we własnych domach, bo dzieci potrzebują rodziców, a nie kolegów, którzy na wszystko pozwalają.
Barbara
Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl
Zobacz też: Pozwoliła dziecku nie zjeść obiadu. Własna matka zmieszała ją z błotem: „Jesteś uległa!”