Reklama

Piszę ten list po burzliwej rozmowie z moją koleżanką, która z dumą oświadczyła, że dostała dla córki miejsce w publicznej placówce i będzie miała przedszkole za darmo. Ja na samą myśl o państwowej placówce mam gęsią skórkę. Może to zabrzmi ostro, ale patrząc na to, jak wyglądają tam standardy, mam wrażenie, że publiczne przedszkola są dla biedoty albo dla ludzi, którym jest absolutnie wszystko jedno, co ich własne dziecko wkłada do buzi.

Moje jedyne, ukochane dziecko, Oliwier, od września idzie do placówki prywatnej. Choć czesne i opłata za wyżywienie zjadają sporą część naszej pensji, to wolę dopłacić każdy grosz, byle tylko mój syn jadł zdrowe, urozmaicone posiłki, a nie bezkształtną, tanią masę.

Biała buła i słodki kompot, czyli kulinarna porażka państwowych placówek

Kiedyś z ciekawości przejrzałam jadłospis w rejonowym, publicznym przedszkolu i aż mnie zemdliło. Śniadanie? Biała, napompowana chemią buła z najtańszą margaryną, plasterek wątpliwej jakości szynki i do tego przesłodzone kakao albo kompot, w którym cukier aż zgrzyta między zębami. Na obiad rozgotowane ziemniaki zalane tłustym sosem i wieprzowy kotlet w grubej panierce. Gdzie tu są zasady zdrowego żywienia? Gdzie dbałość o młodego człowieka, o odporność, o nawyki na całe życie?

Wychodzi na to, że w państwowych placówkach liczy się tylko to, żeby dziecko zapchać tanim węglowodanem i mieć święty spokój. Ja na taki chłam w diecie Oliwiera się nie zgadzam. W domu dbamy o każdy kęs, kupuję ekologiczne warzywa, piekę chleb na zakwasie, eliminuję cukier rafinowany. Nie po to wkładam tyle wysiłku w rozszerzanie jego diety, żeby potem system przedszkolny w kilka miesięcy zniszczył jego zdrowie i rozleniwił kubki smakowe najtańszymi półproduktami.

Kuchnia świata na talerzu przedszkolaka zamiast parówki z keczupem

W prywatnym przedszkolu, które wybraliśmy, jedzenie wygląda zupełnie inaczej. Tam dzieci nie dostają parówek ani mortadeli. Menu jest konsultowane z dietetykiem, a potrawy inspirowane są kuchnią całego świata.

Oliwier od małego będzie jadł pieczonego łososia w ziołach, kuskus z warzywami, zupy krem z pieczonej dyni czy hummus z warzywnymi słupkami na przekąskę. Posiłki są apetyczne, kolorowe i uczą dziecko, że jedzenie to przygoda, a nie tylko mechaniczne napełnianie żołądka.

Moja koleżanka puka się w czoło i mówi, że wymyślam, bo kiedyś wszyscy jedli zacierki na mleku i żyją. Tak, żyją, a potem w wieku trzydziestu lat chorują na otyłość, cukrzycę i mają problemy z jelitami. Dzisiejsza nauka jasno pokazuje, jak ogromny wpływ ma dieta w pierwszych latach życia na przyszłe zdrowie człowieka.

Dlaczego państwo za nasze podatki funduje dzieciom jedzenie najniższej kategorii? Dla mnie posłanie dziecka do miejsca, gdzie karmią je byle czym, to po prostu pójście na łatwiznę. Jeśli kogoś stać na wakacje czy nowy telefon, to powinno być go stać również na porządne, pełnowartościowe jedzenie dla własnej pociechy.

Nie jestem snobką tylko odpowiedzialną matką

Wiem, że w komentarzach wyleje się na mnie fala hejtu, że jestem wielką panią z miasta i snobką. Ale ja po prostu jestem odpowiedzialną matką. Będę płacić ponad tysiąc pięćset złotych miesięcznie za prywatną placówkę i decyzję podejmuję z pełną świadomością, że inwestuję w przyszłość mojego dziecka.

Chcę, żeby Oliwier rósł silny, bystry i zdrowy. Chcę, żeby w przedszkolu uczył się kultury jedzenia, próbował nowych smaków i wiedział, jak wygląda awokado czy mango, a nie tylko schabowy.

Czas najwyższy, aby rodzice zaczęli głośno domagać się zmian w publicznych kuchniach. Dopóki będziemy potulnie płacić grosze i przymykać oko na te wszystkie przesłodzone budynie i drożdżówki, dopóty w państwowych przedszkolach nic się nie zmieni. Ja jednak nie mam zamiaru czekać na rewolucję w systemie kosztem mojego syna. Wybieram jakość, zdrowie i szacunek dla młodego organizmu, nawet jeśli oznacza to, że muszę zrezygnować z innych przyjemności, by opłacić to czesne. Zdrowie Oliwiera nie ma ceny.

Pozdrawiam,

Mama Oliwiera


Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl

Zobacz też: Dziadkowie to nie darmowa służba na pstryknięcie. „Gdy synowa podrzuciła mi wnuki, usłyszała tylko 3 słowa”

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...