Gdy syn się złości, powtarzam mu to zdanie niczym mantrę. Wystarczają 4 słowa
Kiedy mój syn wpada w złość, nie wygłaszam kazań, nie moralizuję i nie pytam, dlaczego „znowu robi scenę”. Zamiast tego powtarzam mu cztery proste słowa – i widzę, jak jego napięcie powoli opada.

Wydawałoby się, że już nic mnie nie zaskoczy w temacie wychowania dzieci. A jednak – najbardziej przełomowa okazała się najprostsza lekcja. Nie o narzędziach, metodach i „systemach”, ale o słowach, które potrafią otulić emocje dziecka, zamiast je tłumić.
Te cztery słowa, które powtarzam mojemu synowi, brzmią: „Masz prawo tak czuć”. To wszystko. Bez dodatku „ale”, bez dopowiedzeń o tym, że „inni mają gorzej”. I – co ważne – bez unieważniania jego emocji.
Dlaczego te słowa działają?
Kiedyś, gdy mój syn wpadał w złość, automatycznie włączał mi się tryb „dorosłej logiki”. Mówiłam: „Przecież to nic takiego”, „Uspokój się”, „Nie ma o co płakać”. Myślałam, że mu pomagam. W praktyce robiłam coś zupełnie odwrotnego – dawałam mu sygnał, że jego emocje są niewłaściwe. Że są problemem.
Dzieci nie mają jeszcze dojrzałego układu nerwowego. One nie umieją od razu regulować swoich emocji. A my – dorośli – często oczekujemy od nich rzeczy, z którymi sami mamy trudność.
Kiedy więc słyszy ode mnie: „Masz prawo tak czuć”, dzieje się coś ważnego. Jego ciało przestaje walczyć. Nie musi już „udowadniać”, że jego złość jest prawdziwa. Może po prostu być. I wtedy dopiero – kiedy emocja jest nazwana i zaakceptowana – pojawia się przestrzeń na rozmowę.
To nie znaczy, że wszystko wolno
Akceptacja emocji nie oznacza akceptacji każdego zachowania. Zdarza się, że moje dziecko krzyczy, trzaska drzwiami, rzuca rzeczami. Wtedy mówię:
„Masz prawo tak czuć. Nie masz prawa rzucać zabawkami. Zadbam, żeby było bezpiecznie”.
Granica jest jasno postawiona, ale emocja – nadal uznana. Jako społeczeństwo wciąż uczymy się tego, że złość to nie jest „złe” uczucie. To sygnał. Informacja. Wołanie o pomoc, a czasem zwykła frustracja po długim dniu. I wiecie, jaka jest największa zmiana? Kiedy ja uznałam jego emocje, zaczęłam też inaczej patrzeć na swoje.
Czego nauczyły mnie te cztery słowa?
Po pierwsze – cierpliwości. Bo to nie jest magiczne zaklęcie. Ono nie zawsze od razu ucisza burzę. Ale sprawia, że ta burza nie jest już samotna.
Po drugie – bliskości. Mój syn coraz częściej mówi mi: „Mamo, jestem zły” albo „Jest mi smutno”. On wie, że u mnie emocje są bezpieczne.
Po trzecie – pokory. Bo czasem ta złość jest reakcją na moje zmęczenie, brak czasu, przegadane „za chwilę”. Dzieci są jak lustra – odbijają nasze napięcia, niewypowiedziane frustracje, niewyspanie.
Dzieci potrzebują przede wszystkim zrozumienia
Nie idealnej matki. Nie taty, który nigdy nie podniesie głosu. Potrzebują dorosłych, którzy potrafią powiedzieć: „Widzę Cię”, „Słyszę Cię”, „Twoje emocje mają znaczenie”. Te cztery słowa – „masz prawo tak czuć” – to dla mnie kwintesencja rodzicielstwa pełnego szacunku.
Słowa, które budują most zamiast muru. I tak, czasem wypowiadam je także… do siebie. Bo my, dorośli, też ciągle uczymy się pozwalać sobie na emocje. Bez wstydu. Bez ocen. A może właśnie od tego wszystko się zaczyna?