„Myślałam, że nauczą moją Tosię siadania na nocnik. Niestety przedszkolanki sobie nie radzą”
Piszę do Państwa, bo czuję się zupełnie bezsilna i, nie boję się tego słowa, oszukana przez system wczesnej edukacji. Moja córka, Tosia, skończyła właśnie trzy latka i dumnie maszeruje do przedszkola, a ja, zamiast cieszyć się jej rozwojem, każdego dnia przeżywam ten sam koszmar związany z pieluchami.

Kiedy zapisywałam Tosię do placówki, byłam pełna optymizmu, bo przecież tyle się słyszy o tym, jak grupa motywuje dzieci do zmian. Tosia w domu wciąż nosi pieluszkę − próbowaliśmy różnych metod, ale zawsze kończyło się to płaczem, awanturą i zasikanym dywanem, więc w końcu odpuściłam, myśląc: „Spokojnie, w przedszkolu podpatrzy inne dzieci i panie ją nauczą”.
Byłam święcie przekonana, że od tego właśnie są profesjonalne przedszkolanki, które mają podejście, cierpliwość i odpowiednie techniki, o których ja, jako zmęczona mama pracująca na pełen etat, nie mam pojęcia.
Wielkie nadzieje i bolesne zderzenie z rzeczywistością
Niestety, rzeczywistość okazała się brutalna. Już po pierwszym tygodniu usłyszałam od pani wychowawczyni, że powinnam przynieść więcej ubranek na zmianę, bo „Tosia nie woła”. No przecież wiem, że nie woła, dlatego jest w przedszkolu, żeby się tego nauczyć! Poczułam się, jakby ktoś dał mi w twarz. Przecież przedszkole to instytucja edukacyjna, a nauka korzystania z toalety to taka sama część rozwoju jak nauka trzymania kredki czy śpiewania piosenek. Dlaczego ja mam to robić sama w domu, skoro płacę niemałe czesne i oddaję dziecko pod opiekę specjalistów?
Czy nauka higieny to nie jest obowiązek nauczyciela?
Zaczęłam drążyć temat i dowiedziałam się, że panie w grupie Tosi oczekują, że to rodzic wykona czarną robotę. Ale przepraszam bardzo, gdzie tu logika? Tosia spędza w przedszkolu osiem godzin dziennie, czyli lwią część swojego aktywnego czasu. To tam ma największą szansę na naukę. Kiedy zapytałam wprost, dlaczego panie nie wysadzają jej regularnie na nocnik, usłyszałam, że mają dwudziestkę innych dzieci i nie mogą zajmować się tylko jednym. Dla mnie to brzmi jak zwykłe lenistwo i spychanie odpowiedzialności.
Uważam, że odpieluchowanie to część misji przedszkola. To tam dziecko powinno uczyć się samodzielności w każdym wymiarze. Skoro panie potrafią zorganizować teatrzyk, wyjście do teatru i rytmikę, to dlaczego przerasta je przypilnowanie, żeby dziecko siadło na nocnik co godzinę? Czuję, że moje dziecko jest zaniedbane pod tym względem. Zamiast wsparcia, dostaję tylko pretensje, że pieluszka znów jest pełna. No jest pełna, bo nikt Tosi nie zachęcił do skorzystania z toalety! Przecież to profesjonalistki, powinny mieć swoje sposoby na oporne maluchy.
Poczucie winy i brak wsparcia dla pracujących rodziców
Najgorsze w tym wszystkim jest to, jak bardzo czuję się oceniana. Kiedy odbieram Tosię, widzę te wymowne spojrzenia innych matek, których dzieci już dawno biegają w majteczkach. Czuję się, jakbym była gorszą mamą, bo nie siedziałam z dzieckiem dwa tygodnie na podłodze, biegając za nim z nocnikiem. Ale ja nie mogę sobie na to pozwolić! Pracuję, mam dom na głowie i po prostu liczyłam na to, że przedszkole będzie dla mnie partnerem, a nie kolejnym źródłem stresu.
Chciałabym zapytać inne mamy: czy ja naprawdę wymagam zbyt wiele? Czy to nie jest tak, że dzisiejsze przedszkolanki chcą mieć tylko „gotowe”, idealne dzieci, a nad tymi, które potrzebują więcej pracy, nie chcą się pochylić? Moim zdaniem to skandal, że system zmusza rodziców do brania urlopów tylko po to, żeby odpieluchować dziecko, bo placówka sobie nie radzi. To jest ich praca, ich obowiązek i część edukacji, za którą my, rodzice, płacimy.
Mam nadzieję, że mój list otworzy oczy niektórym osobom i pokaże, że przedszkole nie może umywać rąk od najważniejszych etapów rozwoju naszych dzieci.
Z poważaniem,
Mama Tosi
Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl
Zobacz też: Ciągłe awantury o „jeszcze minutkę”: 5 błędów rodziców, przez które dziecko przykleja się do telefonu