Reklama

Nie, nie stało mu się nic złego w sensie fizycznym, ale widok jego nowych spodni, które kupiłam mu zaledwie dwa tygodnie temu, przelał czarę goryczy. Na obu kolanach ziały wielkie, poszarpane dziury, a bluza była umazana czymś, co chyba nigdy nie zejdzie w praniu.

Przedszkole to nie cyrk, a dziecko to nie klaun

Kiedy zapytałam panią przedszkolankę, jak to się stało, usłyszałam tylko lekceważące: „Ojej, no wie pani, chłopcy się bawili w berka, a potem trochę poszaleli na placu zabaw, to normalne”. Normalne? Dla kogo to jest normalne?

Ja ciężko pracuję na to, żeby moje dziecko wyglądało schludnie i czysto. Kupuję mu ubrania dobrej jakości, bo chcę, żeby czuł się dobrze i wyglądał jak człowiek, a nie jak obdartus. Tymczasem mam wrażenie, że w naszym przedszkolu panuje jakaś totalna samowolka.

Panie przedszkolanki chyba zapomniały, że ich rolą jest nie tylko „bycie”, ale przede wszystkim pilnowanie dzieci. Pozwalanie na dzikie gonitwy, szaleństwa i turlanie się po ziemi to dla mnie szczyt niekompetencji. To jest pójście na łatwiznę − wypuścić dzieci na dwór, usiąść na ławce i pozwolić im robić, co chcą, byle tylko mieć spokój.

Gdyby panie zorganizowały im mądrą zabawę, zaproponowały coś kreatywnego w kółeczku, to Antoś nie wracałby codziennie w strzępach. Moim zdaniem to się w głowie nie mieści, że nikt nie stawia dzieciom granic i pozwala na takie zachowania.

Portfel rodzica nie jest z gumy − kto zapłaci za te szkody?

Zastanawiam się, czy te panie zdają sobie sprawę, ile kosztują dzisiaj markowe ubrania dla dzieci. Każda taka para spodni to kilkadziesiąt, a czasem sto złotych. W tym miesiącu wyrzuciłam już cztery pary! To jest kilkaset złotych wyrzuconych prosto w błoto, bo komuś w przedszkolu nie chciało się powiedzieć: „Antosiu, nie biegaj tak szybko, bo się przewrócisz i zniszczysz ubranko”.

Dla mnie to nie jest tylko kwestia estetyki, to kwestia szacunku do mojej pracy i moich pieniędzy. Czuję się, jakby przedszkole traktowało moje wydatki jako nieistotny szczegół. Kiedy próbowałam o tym rozmawiać na zebraniu, inne matki tylko na mnie prychały, mówiąc, że „dziecko musi się wyszaleć”. Dobrze, niech się wyszaleje, ale w granicach rozsądku!

Czy naprawdę musimy uczyć dzieci, że niszczenie rzeczy jest w porządku? Ja uczę Antosia szacunku do przedmiotów, a przedszkole w osiem godzin niszczy cały mój trud wychowawczy. Czy mam zacząć wystawiać placówce rachunki za zniszczoną odzież? Może wtedy panie zaczęłyby patrzeć na dzieci, zamiast zajmować się rozmowami między sobą.

Brak nadzoru to brak bezpieczeństwa i edukacji

Najbardziej boli mnie jednak to, że takie szaleństwa są nazywane rozwojem. Dla mnie to jest po prostu brak dyscypliny. Jeśli dziecko przychodzi do domu całe w piachu, z trawą we włosach i dziurami na ubraniu, to znaczy, że nikt nad nim nie panował. Co będzie następne? Rozbita głowa? Złamana ręka? Bo panie uznały, że dzieci muszą się wybiegać?

Uważam, że przedszkole powinno być miejscem, gdzie uczy się dzieci kultury i dbania o swój wygląd. Tymczasem odbieram synka i widzę grupę dzieciaków, które wyglądają, jakby uciekły z bezludnej wyspy. Czy naprawdę tak ma wyglądać nowoczesna edukacja? Na moje oko to po prostu zwykłe lenistwo kadry. Łatwiej jest pozwolić dzieciom na wszystko, niż postawić jasne granice i pilnować, żeby zabawa była bezpieczna i kulturalna.

Mam dość kupowania nowych ubrań co tydzień. Chcę, żeby moje dziecko było w przedszkolu bezpieczne i żeby wróciło do domu w takim samym stanie, w jakim je tam rano zostawiłam. Czy ja naprawdę wymagam zbyt wiele od instytucji, której powierzam to, co mam najcenniejsze?

Z poważaniem,
Mama Antosia


Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl

Zobacz także: Umęczyłam się z odpieluchowaniem synka, a panie wszystko zepsuły. Weszłam do sali i popłynęły mi łzy

Reklama
Reklama
Reklama